cywinski blog

Twój nowy blog

Należę do grona członków honorowych warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. To chyba wysługa lat, wstąpiłem do niego +-52 lata temu. Bywam tam bardzo rzadko, mieszkając obecnie około 300 kilometrów od Warszawy. Poszedłem tam dziś na panel dyskusyjny: Współczesna Białoruś i doświadczenie polskie. Było to ciekawe, dyskutowali Białorusini, a wśród nich znajomy mi sprzed kilkunastu lat Liawon Barszczeuski, wielka postać tamtejszej opozycji, w ogóle wypowiedzi gości zza wschodniej granicy były bardzo interesujące i ważne. Słuchała ich licznie zebrana licealna młodzież białoruska, spędzająca tu czas na wakacyjnym obozie. Głownym mówcą polskim był mój kolega sprzed lat, Heniek Wujec. Cenię go bardzo, ale dziś mnie wkurzył. Swoją wypowiedź zbudował tak: na przełomie lat 1980-tych i 1990-tych zbudowaliśmy w Polsce demokratyczne państwo, choć nam nikt nie pomagał. Teraz popatrzcie na nasz przykład i zróbcie u siebie to samo. (Oczywiście złośliwie upraszczam jego kulturalną i ciekawą wypowiedź, ale jej sens ogólny wydał mi się własnie taki). Przypomniała mi się w tym momencie wypowiedź Jacka Kuronia na analogiczny temat w Kijowie, gdzieś w połowie lat 90-tych. Jacek, niewątpliwie jeden z architektów Okrągłego Stołu, też mówił o naszych osiągnięciach polityczno-ustrojowych, ale także o błędach – i wypowiedż jego miała sens przestrogi: „nie poróbcie głupstw, jakie myśmy porobili, uważajcie na każdy krok, żeby swoje przemiany zrobić sprawniej, niż wyszło to nam. Było to nie tylko bardziej przekonywujace dla słuchaczy, ale i – przede wszystkim – prawdziwsze. Niezależnie od tej mojej złośliwości wobec Heńka, spotkanie w KIK-u bardzo mnie ucieszyło. Takie inicjatywy mają sens często przekraczający nasze wyobrazenia. Kilkadziesiąt osób – młodych inteligentów białoruskich – dostało dziś cenny zastrzyk. Jestem historykiem idei w Europie Wschodniej i wiem, jak takie zastrzyki potrafią działać. Stało się coś dobrego.  

7 czerwca 2012. Lektura książki Jarosława Szlaszyńskiego „Przerośl” nasunęła mi refleksję historyczną na temat sytuacji politycznej na wsi polskiej w 1945 roku. Na ogół przyjmujemy tezę, że po wejście Armii Czerwonej wieś, przynajmniej w Polsce wschodniej, podzieliła się od razu na dwa obozy ideologiczne: zwolennicy komunizmu i sympatycy podziemia. Nie było to takie proste. W Przerośli część ludności przycupnęła biernie, zaś skłonna do aktywizmu mniejszość z AKowcami na czele na początku weszła do milicji i organizowała nowy ład w dobrej wierze i w duchu PSLowskim. Dopiero stopniowo okazywało się, że to nie ta droga, nie ta firma i AKowcy zaczęli być wyrzucani z lokalnej władzy, albo sami się od niej usuwali, przesuwając się w stronę PSLowskiej opozycji albo WINowskiego podziemia. Podejrzewam, że tak musiało być i gdzie indziej, ale tego nie widać z miasta, gdzie zwraca się uwagę na dzieje raczej firm politycznych, niż na realne przemiany świadomości społecznej. Reforma rolna, zanim stała się hasłem komuchów, była oczywiście programową treścią chłopów z PSL, którzy przecież nie wiedzieli od razu, w jakim kierunku pójdzie powojenna Polska. W 1946 roku, a w jakiejś mierze jeszcze i później, bardziej od ogólnopolskich „miastowych” haseł liczyły się stosunki lokalne, a więc personalia aktywistów, sytuacja AKowców, swoboda lokalnego Kościoła, swoboda samoorganizacji mieszkańców i miejscowa atmosfera swokół reformy rolnej – a ta ostatnia była, jak się zdaje, też bardzo różna, także zależna od personaliów. W sumie – okazuje się tu waga poznawcza historii lokalnej. To także przyczynek do dziejów polskiej mentalności politycznej i tło do pytania o czas i warunki odrzucenia sowietyzmu przez polską wieś.

 Kontynuuję rozważania
poprzednie.

Dlaczego o Europie współczesnej mówię z takim przekąsem? Czy
znam ją dostatecznie? Pewnie nie, choć na Zachodzie w sumie przemieszkałem
ponad dziesięć lat, byłem w zdecydowanej większości europejskich państw, a
przez dłuższy czas – od roku do sześciu lat – pracowałem i uczestniczyłem w
życiu kulturalnym w trzech krajach: Szwajcarii, Francji i Włoszech. Nie były to
lata ostatnie, lecz przede wszystkim dramatyczna dekada lat osiemdziesiątych,
czas trudnej konfrontacji politycznej. 
Dawny, w Polsce zrodzony mit wzniosłego Zachodu rozsypywał się w moim
przypadku właśnie tam – nad Sekwaną, Tybrem, Rodanem i Renem. W ostatnim
20-leciu jeździłem na Zachód tylko na krótko, ale za to dostęp do informacji o
tym, co się tam dzieje, o czym się tam mówi i o co się kłóci, mam lepszy, niż
za komuny. Te informacje wskazują, że spostrzegana już wtedy anemia myślowa i
ideowa tamtejszej Europy z czasem pogłębia się, a mnożenie instytucjonalnych
struktur, promujących wyobrażoną wspólną tożsamość europejską, nie przynosi
rezultatów w mentalności zbiorowej całego kontynentu. Cóż, ogrzania wielkiej
przestrzeni nie zapewni sama instalacja najnowocześniejszej nawet sieci
kaloryferów. Konieczne jest  rozpalenie
ognia, od którego ciepło poniesie się nią dalej. 

Otóż  ognia nie widać.
Czasem w różnych miejscach pobłyskują pojedyncze iskierki, nie stają się jednak
– jak dotąd – zarzewiem czegokolwiek większego czy trwalszego. Kultura
europejska, w której wyrośliśmy, przeżywa, jak sądzę, głęboki kryzys swej
tożsamości. Cóż, historyk powinien patrzeć na takie zjawiska ze spokojnym
dystansem: dzieje cywilizacji uczą go przecież, że kolejne kryzysy kultur
zawsze oznaczają koniec czegoś, co już wyczerpało swój dynamizm – i początek
czegoś nowego, co dopiero rodzi się i jutro zacznie dynamicznie rosnąć.

Do moich ulubionych lektur ilustrujących takie bolesne
przełomy od dawna należy nie dość znana, a jakże cenna powieść Pani Hani –
Hanny Malewskiej –  „Przemija postać
świata” . To obraz usychania kultury antycznego Rzymu i całej kultury
śródziemnomorskiej, smutny i przejmujący, ale równocześnie wskazujący na bóle
porodowe nowej, nieznanej i groźnej, ale już fascynującej siłą, barbarzyńskiej
Europy. Świat staje się inny, a równocześnie ciągle jest ten sam – przemija
jego postać, choć pozostaje to samo ukryte, nigdy do końca nie nazwane wnętrze.
Ta wizja wielkiej pisarki jest mi pomocą w chwilach rozgoryczenia, a zarazem -
drogowskazem. Książka Malewskiej powstawała gdzieś przed 65 laty, w bardzo
czarnej nocy Polaków i uczyła optymizmu mimo wszystko, a od ludzi myślących
domagała się odważnej, wytężonej i mądrej pracy – stale z myślą o odległej
przyszłości następnych pokoleń. Hej, Pani Hania – cóż to był za wspaniały
człowiek… Bóg pozwolił mi spotkać się w młodości z wielu ludźmi nadzwyczajnymi,
którzy stali się wybitnymi autorytetami intelektualnymi i duchowymi dla mojego
i następnych pokoleń. Teraz, po latach, wspominam te spotkania z dużą
wdzięcznością wobec tych Mistrzów. Z biegiem czasu sylwetki jednych bledną,
drugich stają się coraz bardziej wyraziste. Hanna Malewska ciągle „rośnie” w
mojej pamięci, co raz lepiej uświadamiam sobie, ile zawdzięczam właśnie Jej –
tym niezapomnianym rozmowom, obracającym się niby wokół spraw zwykłych,
codziennych, redakcyjno-prywatnych, ale stale otwartym na pytania najważniejsze
i na zadania, o których zapominać nie wolno. Nasze „tu i teraz” jawiło się w
tych rozmowach jako maleńki  ułamek
wspólnej ludzkiej historii…

Cechująca mnie od wczesnej młodości skłonność do
amatorskiego filozofowania i przyglądania się filozofiom cudzym (niestety tylko
przyglądania, bez porządnego studium znaczących tekstów), skłania mnie do
ponawianego co czas jakiś namysłu nad ludzkim poczuciem tożsamości –
indywidualnej i zbiorowej. Kim jestem ja? O kim – i dlaczego – o pewnych
ludziach chcę mówić: my, o innych: oni, a co do jeszcze innych waham się, do
jakiej kategorii ich zaliczyć?

 Moja – i twoja, i
każdego innego człowieka -  ludzka
tożsamość  kształtuje się w zderzeniu
dwóch trudnych do zaprzeczenia faktów. Jestem bytem indywidualnym, w mej
kombinacji i proporcji cech osobniczych i w mojej drodze życiowej na pewno
niepowtarzalnym, więc odrębnym – innym od was wszystkich. Ale równocześnie
uczestniczę w życiu wspólnym, należę i pragnę należeć do jakiegoś „my”. Moja
tożsamość zakłada więc i odrębność i przynależność. Pragnę realizacji obu tych
cech, choć czasem poświęcam jedną z nich dla uwydatnienia drugiej.

W kontekście tych pytań pierwszych, w jakimś sensie
filozoficznych, pojawia mi się kwestia tożsamości polskiej – mojej, twojej,
naszej. Poczuć ją, przeżyć, cieszyć się nią – jest mi łatwo, ale zrozumieć,
nazwać, opisać jej treść – bardzo trudno. Łatwo przy tym opowiadać o niej w
odniesieniu do Kochanowskiego, Kościuszki, Słowackiego czy Traugutta. Myśląc o
nich, można szkicować sobie pewien model Polaka – oczywiście nie takiego, jakim
realnie był, ale takiego, jako chciał stawiać sobie za wzorzec, za ideał
polskości. W tym ideale odbijała się wyobrażona i upragniona odrębność.

Można także przypatrywać się przynależności tego Polaka do
jakichś ówczesnych wspólnot szerszych – geograficznie, ideowo, kulturowo,
politycznie. Wiemy o  historycznym
dramatyzmie tych różnych modeli przynależności: wkraczaliśmy do Europy
chrześcijańskiej, byliśmy w niej pomostem ku Wschodowi, byliśmy przedmurzem
broniącym jej przed nie-Europą, uczyliśmy się w niej Zachodu – jego osiągnięć i
jego mitów, korzystaliśmy z niej i ją współtworzyliśmy naszą pracą i kulturą.
Europa mocarstw skreśliła nas potem ze swej mapy, pozostawiając jednak żywy
polski mit: niech trwa, bo jest piękny i przejmujący. Nieobecni politycznie,
byliśmy na kontynencie wciąż ważni duchowo. To w pewien szczególny sposób
określało i naszą odrębność, i przynależność. W 1918 roku powróciliśmy do
obecności politycznej, a w dwa lata później Radzymin okazał się skutecznym
bastionem obronnym Europy.

 Dalsze dzieje
polskiego dwudziestego wieku – przy całym swym skomplikowaniu – dadzą się
opisywać wciąż tym samym językiem pojęciowym: otwarcia na zawsze imponujący
Zachód, pragnienia uczestnictwa, specyficznego „patriotyzmu Zachodu”, a
równocześnie polskiej nierównej walki i ofiar, zbrodni neo-zaborców i zaskakującej
nas każdorazowo politycznej obojętności aliantów. Przez pół wieku znów
uczestniczyliśmy w rzeczywistości europejskiej jedynie jako treść mitu: byliśmy
Czeczenią epoki pojałtańskiej. Mimo naszej zrozumiałej ówczesnej goryczy –
przyznajmy: to nie było mało. Tamtej Europie byliśmy jako mit, jako
zawstydzający znak zapytania, potrzebni. Toteż szanowano nas, chociaż
wydawaliśmy się bezsilni. A potem „Solidarność” pokazała, że pewną siłę mamy.
Na mapie europejskiej była to swoista powtórka z fenomenu Radzymina. Nie tak
jednoznaczna, ale w swych międzynarodowych skutkach trochę podobna.

Wydarzenia lat 1990-tych i 2000-nych trudno mi jest opisywać
w tej samej konwencji i przy użyciu tych samych pojęć. Dlaczego – czy to
powodowana wiekiem nieostrość spojrzenia, czy jednak może radykalna zmiana
dekoracji, albo i biegu fabuły w 
aktualnej scenie tego samego, ale bardzo urozmaiconego dziejowego
dramatu? Cóż, dekoracje polityczne zupełnie nowe, czasem zaskakujące
pomysłowością, częściej – nieświadomie powtarzające nienajlepsze kształty epok
dawnych. Zainteresowanym polecałbym tu szczególnie spojrzenie na lata 1814-15 i
na konstruowanie ówczesnej „unii europejskiej” pod tytułowym hasłem Świętego
Przymierza, a potem na kolejne etapy jego rozpadu… Zerknięcie w tamte oficjalne
wypowiedzi poszczególnych dworów i rządów, a także w nieznane wtedy kulisy tych
zachowań, to dla współczesnego polityka, ale zwłaszcza dla politologa
–prawdziwy smakołyk… Nihil novi sub Iove?

Ważniejsze od dekoracji są wszakże dramatis personae.
Sprawdźmy, kto z dawnego świata jest, a kogo brakuje, kto wreszcie pojawił się
nowy? Polska i Polacy – są. Nie bardzo przekonywujący, nie bardzo sympatyczni,
nie dość zorientowani w świecie i po staremu naiwni, ale są. Dawni wrogowie i
zaborcy są, w szczególności jest bardzo wyraziste i jak zawsze zbyt pewne
siebie imperium rosyjskie, nawiązujące do dawnej agresywnej wobec sąsiadów
polityki, a zwłaszcza – imperialnej retoryki.

 Czy jednak jest dawny
„Zachód”, czy jest Europa? I tu paradoksalnie stwierdzam zaskakujący brak. O
Unii Europejskiej mówi się ciągle, traktuje się ją jako organizm polityczny
wagi niezwykłej. Ale Europy w dawnym sensie, jako podmiotu czy choćby serii
podmiotów różnych, ale sobie bliskich kulturowo – nie widzę. Czyżby więc nowa
dekoracja nie kryła za sobą istotnej treści?

Tu przerywam, za parę dni postaram się do tego tematu
wrócić.

Pierwszy Maj. To dla mnie
wielkie, bardzo emocjonalnie przeżywane święto. Ze świąt świeckich bodaj
najbardziej „moje”, konkurować z nim mogłyby 
patriotyczne Trzeci Maj i Jedenasty Listopad, oba wydają mi się jednak
tak  bezdyskusyjne, że skłaniają raczej
do celebracji, niż do zadumy.

 Dramatyzm Pierwszego Maja łączy się dla mnie z
losem jego tradycji, od początku dwuwartościowej – socjalnej i niepodległościowej,
a potem uparcie zakłamywanej i ukradzionej 
walczącym o sprawiedliwą Polskę socjalistom i piłsudczykom przez
służących sowieckiej Rosji komunistów. Pamiętam, jak tłumaczył to mi –
dziesięciolatkowi – w 1949 roku mój Tata, dawny uczestnik rewolucji 1905.
Często w domu nucił „Krew naszą długo leją katy…”, ale właśnie dlatego na mój,
obowiązkowy dla uczniów warszawskiej szkoły podstawowej, udział w oficjalnym
pochodzie pierwszomajowym zdecydowanie się nie godził. „Ci, co wtedy walczyli o
sprawę robotniczą, na taki nieprawdziwy pochód nigdy by nie poszli!” Chyba
wtedy zrozumiałem, o co Tacie chodzi – i tak mi już zostało. Tak, jak i On,
całe życie pozostałem bezpartyjny, ale obracając się – jako przeciwnik
komunizmu – przez dziesiątki lat wśród ludzi skłonnych do postaw i do retoryki
prawicowej, zawsze czułem się i czuję inny, odmiennie od nich postrzegam Polskę
i świat.

 Na częste dziś drwiny z całej tradycji
polskiego socjalizmu – i właśnie z naszego Pierwszego Maja  - reaguję alergicznie. Pół biedy, gdy spotykam
je w mediach – bezradnym świadkiem prasowego kłamstwa i chamstwa byłem od
dziecka. To normalne. Gorzej, gdy ten sam ton wychwytuję w prywatnych
wypowiedziach ludzi skądinąd kulturalnych i godnych szacunku. Wtedy poczucie
duchowej obcości boli. Najsmutniej, kiedy pogłosy takiej drwiny wobec
autentycznych cudzych wartości słyszę w polskich kręgach kościelnych – a zdarza
się to niestety jeszcze często.

 Cóż, trudno oczekiwać, by polski ksiądz, czy
polski biskup, wiedział wiele o prawdziwych dziejach i dokonaniach polskiej lewicy,
często w swych akcjach bliższej cnotom ewangelicznym, niż się to z daleka
wydaje. Ale można od niego wymagać, by nie śmiał się z ludzkiego bólu, wysiłku,
ofiary i solidarności z prześladowanymi – tylko dlatego, że działo się to z
dala od często obojętnej na ludzką biedę zakrystii. 

 Sprawa jest ważna przede wszystkim moralnie,
ale także i społecznie. Powracający do Polski kapitalizm w oczywisty sposób
przywraca wagę kwestii wyzysku człowieka przez człowieka. Przez człowieka, a
nie tylko przez brzydki ustrój, do czego przyzwyczajały nas minione lata.
Powiedzmy jeszcze wyraźniej, dobitniej: narasta w Polsce zjawisko WYZYSKU
BLIŹNIEGO PRZEZ BLIŹNIEGO – i walka z nim staje się na nowo ważna, a niedługo
okaże się pierwszoplanowa. Oczywiście tylko dla Kościoła moralnie wrażliwego –
bo historia nas uczy, że czasem bywa inny. O tym wszystkim chciałem pomyśleć
właśnie dzisiejszego Pierwszego Maja.    

Otrzymałem wczoraj od Redaktora Michała Płocińskiego z „Rzeczpospolitej” taki liścik:

Szanowny Panie Profesorze, bardzo by mi zależało na Pana
opinii- 5 książek, które najlepiej „uczą polskości. W tym która jest
najważniejsza dla Pana i dlaczego. Bardzo dziękuję za chęć udziału w
przedsięwzięciu. Pozdrawiam – Michał Płociński, Rzeczpospolita- dział
„Opinie” 

Pytanie zafrapowało mnie na tyle, że odłożyłem inne zajęcia i po dwóch godzinach odpowiedziałem tak:  

 

Bohdan Cywiński                                                                                         
Przerośl, 24.4.12

Szanowny Panie Redaktorze, gratuluję pomysłu tego pytania.
Wywołuje ono u mnie potrzebę natychmiastowego zastanowienia się nad niełatwą
odpowiedzią. 

Nie ma jednego poczucia polskości, przeżywamy to różnie. Tym
bardziej nie da się wskazać najlepszych książkowych dróg do tego przeżycia.
Liczy się czas tego dojrzewania i uwarunkowania środowiskowe. Opowiem, jak to
było u mnie.

Rok urodzenia 1939, środowisko inteligenckie o wyraziście
antykomunistycznym, ale odległym od „bogoojczyźnianej” retoryki  sposobie myślenia. Szkoła powszechna w latach
1945-1952, od początku wiem, że trzeba przez nią przejść i że nie wolno jej
wierzyć. Dwie lektury, ustawione przez Rodziców: „OGNIEM I MIECZEM” i  „KAMIENIE NA SZANIEC”. Ta druga jeszcze w
wersji  wojennej, z przemalowanymi
pseudonimami: „Rudy” w niej występuje jako „Czarny”, „Alek” jako „Wojtek”, a
nazwisko autora brzmi „Górecki”. Te dwie książki, przeczytane bardzo wcześnie,
określały mi  najbardziej podstawowe
zręby polskiego etosu.

 
Warszawskie liceum Reytana, 1952-1956, relatywnie dobre i
uczciwe, ale przyjmowane przeze mnie nieufnie. Głębsze zaprzyjaźnienie się z
Kościołem katolickim, w jego wersji odważnej politycznie, a zarazem
intelektualnie bogatej. Na tym tle dwie następne książki. Czytany pod ławką
Krasiński, a w nim zwłaszcza nie wymieniająca imienia Polski, ale tak wiele o
niej w 1954 roku mówiąca „NIEBOSKA KOMEDIA”. 
A równocześnie – proponowany przez podejrzaną ideologicznie szkołę, ale
bliski domowym rozmowom i doświadczeniom „SAMSON” Brandysa. W domu Rodziców
Żydzi występowali w rolach różnych: w czasie niemieckiej okupacji jako ci, którym
należało pomagać, w latach powojennych – jako ci, których, jako wszechwładnych
komunistów trzeba się było bać, potem wreszcie, jako ci, wśród których trafiali
się także i sprzymierzeńcy.  „Nieboska…”
i „Samson”, czytane równolegle w latach stalinowskich, komplikowały licealiście
obraz polskości, zmuszały do samodzielnej refleksji: co jest wartością
niewątpliwą, a co – tylko swojskim, a niekoniecznie zasługującym na aprobatę,
gestem.

Humanistyczne studia i wszystko, co przyszło w życiu potem,
wepchnęło do głowy tłum książek, czytanych już zawodowo. Spośród tych kilku,
które wywołały najwięcej myśli własnych, pokłonię się Żeromskiemu:  jego „RÓŻA” I „URODA ŻYCIA” rysowały mi
polskość jako propozycję życia godziwego w niełatwej, a równocześnie bliskiej
moim doświadczeniom sytuacji .

Dobrze jest mieć w pamięci trochę takich książek, które
stają się punktami odniesienia dla własnego poczucia tożsamości. Pozdrawiam -  Bohdan Cywiński

x

Umieszczam tę wypowiedź i tutaj, zachęcając wszystkich odwiedzających, by się nad własnymi ważnymi lekturami zastanowili. A może i podzielili się wzajemnie swoimi „znaleziskami” – to może nam coś powiedzieć o nas samych… 

Wzywając do samokształcenia, zwracałem się przede wszystkim do młodych – do licealistów i studentów. W czasie zajęć na uczelni już po dwóch – trzech spotkaniach rozróżniam tych, którzy przyszli na uniwersytet z wykształceniem tylko szkolnym i tych, wcale nie tak rzadko spotykanych, którzy mają obyczaj czytania i myślenia na własny rachunek, a potem na wykładzie zadają kłopotliwe, ale jakże ciekawe pytania. Dziś z kolei chcę dotknąć kwestii, która odnosi do starych – czyli m.in. do mnie osobiście. Zawsze wydawało mi się, ze o problemach młodzieży mówi się mnóstwo, a o starości – znacznie mniej. Teraz sprawa emerytur rozogniła dyskusję. Ja jednak chcę mówić nie o tym. Na emeryturę – jako samodzielny pracownik naukowy – zostałem w sposób zgodny z prawem,ale bardzo niegrzeczny,wygnany w momencie przekraczania 70-tki, potem już dwukrotnie angażowany gdzie indziej, tyle, że za jedną czwartą uprzednich poborów. Okey, budżet nie człowiek, ale musi żyć i kwitnąć, ja już nie. Siedzę na wsi, żyję z emerytury parę razy większej, niż ta u moich tutejszych sąsiadów i parę razy mniejszej od wielu dawnych kolegów warszawskich sprzed trzydziestu lat – i jestem z życia zdecydowanie zadowolony. Starość oznacza koniec „kariery” – i chwała Bogu! Starość wypycha także z rynku – to wymaga ograniczenia potrzeb i czasem bywa niemiłe, ale jak dotąd, da się znieść. Wielkim plusem starości jest to, że odzyskuje się wielkie przestrzenie wolności: wolność czasu.I tu wracam do problematyki samokształcenia. Aktywnośc zawodowa czy publiczna ogromnie ogranicza szanse rozszerzania i pogłębiania zainteresowań intelektualnych. W ostatnich miesiącach znalazłem wreszcie czas na lektury, o których marzyłem od lat. Przeczuwałem, że będą ciekawe, ale okazują się wręcz fascynujące. Z tygodnia na tydzień widzę więcej i lepiej, czuję się dojrzalszy (sic!) i bardziej wolny od bzdurnych teoryjek, jakimi karmi nas dekadencka humanistyka współczesnej Europy. Poczytajcie sobie jakąś rzeczowo napisaną historię filozofii – zaczynając choćby od naszego starego Tatarkiewicza, a potem zaglądając tu i ówdzie do tekstów źródłowych i zobaczcie, jak żałośnie niedouczeni są nasi współcześni autorzy w porównaniu z pisarzami bizantyjskimi, arabskimi czy europejskimi sprzed 1500, 1200 czy 800 lat. Wiemy dziś niby więcej, ale rozumiemy mniej od tamtych.

Kiedy się starzejesz, wolno ci już być niemodnym. Skorzystaj z tego w wymiarze intelektualnym. Nie pożałujesz.

                                                   5.4.2012

 

Dzielni głodówkowicze „oświatowi” sprawili już przynajmniej tyle, że opinia publiczna została poruszona kwestią programów szkolnych. To dobrze, bo decydentom pokazano, że nie poruszają się w bezproblemowej próżni. Ciekawe, czy coś z tego zrozumieją. Sprawa należy jednak nie do nich, ale do nas: po pierwsze – do uczniów, po drugie – do dorosłej myślącej części społeczeństwa, po trzecie – do nauczycieli. których autorytet wychowawców został przez tych decydentów bardzo poważnie uszkodzony. Gdybym był dyrektorem szkoły, zastanawiałbym się, czy nie przejść raczej do handlu pietruszką na bazarze… Sądzę jednak, że wszyscy chętni do myślenia o sprawach społecznych powinni sobie zadać kilka pytań serio, wykraczających poza kwestię, co myślimy o jakości naszego rządu. Po pierwsze: czego można i należy wymagać od szkoły, a co trzeba w dobrze pojętym własnym interesie robić poza nią.Mój Tata chodził jeszcze do szkoły carskiej, ja – do stalinowskiej, moje dzieci uczyły się za granicą, gdzie o Polsce nie dowiadywały się nic poza tym, co same znalazły gdzie indziej,kiedy więc moje wnuki teraz trafią na znakomitą reformę oświatową naszego obecnego rządu, to będzie to zgodne z rodzinną tradycją, że sprawa własnej polskości i własnego poziomu kulturalnego jest za poważna, żeby ją oddawać w ręce fachowców od jakiejkolwiek oficjalnej oświaty. W tych kwestiach będziesz tym, czym się sam zrobisz. Jeśli nie zrobisz nic i zadowolisz się tym, co ci da oficjalna oświata, to zostaniesz dyplomowanym ciemniakiem, pozbawionym treningu w myśleniu o wartościach, a więc podatnym na wszelką manipulację. I będzie to wina nietyle p.Tuska, ile twojej wlasnej głupoty i lenistwa. 

Sprawy ważne muszą być przedmiotem twego SAMOKSZTAŁCENIA. Tak bywa niemal zawsze, bo o programach szkolnych z reguły współdecydują politycy i rynek, a obie te siły chcą tobą manipulować. We współczesnej Polsce póki co jeszcze samodzielne kształcenie się, czytanie książek i rozmowy o nich nie są karane, a internet jest otwarty i daje spore możliwości. Oczywiście 90% twych kolegów pożałuje czasu na samokształcenie, przeznaczą go na imprezowanie, albo na zdobywanie kasy – i zostaną dyplomowanymi ciemniakami. Ale 10% ludzi z ambicją bycia człowiekiem kulturalnym – to wcale nie mało. Warto należeć do tej kasty, choć kasy to nie przyniesie. Wybór należy do ciebie.

Osobiście jestem historykiem kultury, znam się trochę na Europie Środkowej i Wschodniej i na historii Kościołów chrześcijańskich na tym terenie. Ten blog mógłby się stać miejscem startowym dla porad lektur z tego zakresu – zainteresowanych proszę o wpisy i komentarze. A myślę, że z łatwością znajdą się i fachowcy od innych dziedzin, którzy mogą chętnym bezinteresownie ułatwić start do samokształcenia. Nie damy się ogłupić ministerstwu ciemnoty narodowej!   - 30.3.12 

 

 

 

 

20.03.2012

 Wiadomo, że ludzi zniewala się kijem lub marchewką. Odnoszę wrażenie, że w naszej (polskiej? tradycyjnej?) kulturze i w sugerowanej przez nią wrażliwości etycznej jeteśmy stosunkowo odporni na lęk przed kijem. Trochę się go boimy, ale tego strachu nam wstyd i żeby nas rzeczywiście zniewolić, kij musi być naprawdę gruby i sękaty. Naszą większą słabością jest natomiast to, że marchewkę lubimy bardzo. Pół wieku temu niektórzy z nas dawali się zniewolić komunie, stawali się”TW” – na ogół nie ze strachu, ale z apetytu na marchewkę… Dzisiaj błyszczący bogactwem świat oferuje nam marchewkę na każdym rogu. Kupuje naszą wolność wyjątkowo łatwo. Nieźle mi znana młoda, dobrze sytuowana kobieta uważa, że w żadnym razie nie chce obniżyć swego wysokiego standardu materialnego, owszem: chce mieć coraz więcej. Marchewka chyba wydaje się jej już życiowo niezbędna. Żal mi jej, odnoszę wrażenie, że dziewczyna ta po prostu straciła słuch do pewnych rzeczy. I nie zdaje sobie sprawy, że marchewki nigdy nie będzie dość. Przeżyje życie w samodzielnie wybranej niewoli.                                                     

 

Zmarła Litka Stanowska. Dziś chowali Ją w Lublinie. Nie widziałem Jej od kilkunastu lat. Dawno temu – ponad 55 lat – była jedną z trzech – czterech osób, które odkrywały przede mną piękno skautingu i wielką tradycję polskiego harcerstwa: ideę służby. Grzeczny potulny student pierwszego roku polonistyki dowiadywał się, że żyjąc w społeczeństwie, jest otoczony ludźmi, którym trzeba – i można – pomóc. I że właśnie to jest dostępnym każdemu wymiarem chrześcijaństwa. Litka – wtedy jeszcze Samborska – docierała do ludzi poprzez teatr lalek. Ta dziedzina kultury była mi wyjątkowo obca i daleka. Ale optymistyczna życzliwość Litki, Jej naturalna „harcerskość”, budziły myśl, że skoro można przez lalki, to pewnie można i inaczej… Niedługo potem Litka wyszła za mąż – za Adama Stanowskiego, który okazał się dla mnie jednym z najważniejszych nauczycieli uczestnictwa w życiu społecznym, jakich zdarzyło mi się spotkać. Widywaliśmy się nieczęsto, niemniej mogę z przekonaniem powiedzieć, że jestem Ich wychowankiem. I że to właśnie przez Nich zafascynowałem się tą trudną do nazwania tradycją, która łączy katolickość, polskość, inteligenckość, żeromszczyznę i abramowszczyznę, lekceważenie pieniądza, wstręt do nacjonalizmu i szacunek dla pracy społecznej wśród tych, którym jest trudniej. To niebanalna kombinacja sympatii i antypatii ideowych. Nie mieści się w żadnej partii, wszędzie okazuje się niecałkiem poprawna. A równocześnie – wszędzie okazuje się twórcza.  Stanowscy byli tacy. Z radością myślę, że kiedyś się spotkamy…  


  • RSS