cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2004

30.05.04, Przerośl

Narysujmy sobie taki schemat polityki międzynarodowej:
- dotychczasowa Unia jest politycznie zdominowana przez Francję i Niemcy,
- na wschód od Niemiec było imperium rosyjskie, ale uległo rozsypce,
- aktualna Rosja jest słaba i silna jednocześnie, ocena jej walorów jest trudna i dyskusyjna,
- między Rosją a Niemcami pojawiło się znów blisko dziesięciu małych podmiotów, słabych ekonomicznie i cywilizacyjnie, choć od Rosji operatywniejszych,
- podmioty te aspirują do samodzielności politycznej, ale lęk przed Rosją skłonił je do wejścia do Unii nawet na niekorzystnych warunkach,
- dopuszczenie ich do Unii było z punktu sił w Unii dominujących celowe przy założeniu, że nowoprzybyłe państwa podporządkują się im politycznie,
- amerykańska kampania w Iraku wykazała tendencję do zaangażowania się w nią we wszystkich państwach tego regionu,
- osłabiło to dominację franko-niemiecką w Unii, wywołując napięcia w całej Europie i niepotrzebnie ujawniając siłę antyamerykanizmu francuskiego, a także powiązania polityki parysko-berlińskiej z Moskwą,
- oznacza to, że w Europie Środkowo-Wschodniej formuje się grupa odrębnych, drobnych podmiotów politycznych, nieważnych pojedyńczo, ale w chwilach występowania w bloku – uciążliwych dla zachodnio-europejskich hegemonów,
- w grupie tej rolę szczególną odgrywa Polska – kraj duży, grupujący połowę ludności całego regionu państw przystępujących do Unii, z najsilniejszymi tradycjami walki o suwerenność polityczną i niezależność od Rosji.

Nawet najsłabsza Rosja wydaje się wartym pozyskania partnerem zarówno w USA, jak i w Europie Zachodniej. Opinie takie mają fundament w koncepcjach polityki budowanej na pojęciu interesu ekonomicznego. Polityka oparta o pojęcie bezpieczeństwa została zarzucona w 1990 roku, kiedy Rosja przestała na jakiś czas zagrażać komukolwiek militarnie i została zmuszona do wycofania się z Europy Środkowo-Wschodniej. Polityka oparta o ideę praw człowieka funkcjonowała i funkcjonuje przede wszystkim jako parawan dla polityki interesu, ma więc wagę przetargową – realną, ale bardzo ograniczoną. W tej sytuacji fakty ustawicznego łamania praw człowieka w Rosji mogą komplikować prorosyjską politykę zachodu, ale nie doprowadzą do jej zaniechania. Większą wagę miałoby kwestionowanie wartości Rosji jako partnera gospodarczego, produktywnego i posługującego się praktycznie praworządnym i efektywnym systemem ekonomicznym. Walory partnerskie Rosji w niektórych dziedzinach nie byłyby trudne do podważenia, ale to wykracza poza moje kompetencje i zainteresowania. W tej sytuacji sądzę, że należy przyjąć tezę o trwałym charakterze fascynacji politycznej zachodu Rosją słabą, którą można kosztem pewnych inwestycji politycznych i ekonomicznych przekształcić w Rosję użyteczną dla inwestorów i na nowo silną. Z tą fascynacją należy się liczyć, jako z istotnym czynnikiem polityki międzynarodowej w najbliższych latach, a może i dekadach.

Europa Środkowo-Wschodnia nie jest jeszcze traktowana przez zachód ani jako zintegrowany podmiot polityczny, ani nawet jako suma małych podmiocików politycznych, ale jako terytorium wpływów, które – zgodnie z tradycjami Europy mocarstw – powinno pozostawać uprzedmiotowione przez silniejsze ekonomicznie kraje zachodu. Słynny atak wściekłości Chiraca po poparciu amerykańskiej interwencji w Iraku przez państwa tego regionu literalnie zaprzeczał ich ambicjom politycznej podmiotowości. Doktryna „Europy dwóch prędkości” prowadzi w tym samym kierunku uzależnienia krajów gospodarczo i cywilizacyjnie słabszych od państw silniejszych. Koncepcja ta, łatwa do uzasadnienia w kategoriach „politologii ekonomicznej”, pomija zjawisko odrębności kulturowo-ideowej Europy Środkowo-Wschodniej i jej wyrazistej podmiotowości w tej poza-ekonomicznej płaszczyźnie. Podmiotowość ta nie prędko będzie zauważona na zachodzie, nie zainteresowanym kulturami odmiennymi od własnej. Nie będzie prezentowana przez nieprzystosowany do takich ról rynek kultury masowej. Z sympatią, ale fragmentarycznie i zapewne nieudolnie, będzie prezentowana przez Kościoły, chcące w tym regionie widzieć przeciwwagę dla zachodniego laicyzmu. Wydaje się, że promowanie tych wątków kulturowych, które uświadamiają nam szczególne cechy mentalności naszego regionu, stanowić może istotny politycznie czynnik, o działaniu oczywiście ograniczonym i swoiście „opóźnionym”, ale dla przyszłości ważnym.

29.05.04, Przerośl

Kryzys państwa polskiego wydaje się sięgać poziomu nie notowanego od 1989 roku, sejm ukazuje swą kuriozalną słabość, rządu – tak na prawdę – nie ma, system opieki zdrowotnej leży, oświata okazuje się słabiutka i też przeżarta korupcją, perspektywa przyśpieszonych wyborów migoce, ale jeszcze nie jest ani pewna, ani optymistyczna, bo scena polityczna jest w ogóle pod psem. Na tle tego wyjątkowo paskudnego obrazu całości aż strach zapytywać, czy jesteśmy jakimkolwiek rzeczywistym podmiotem polityki zagranicznej, bo wydaje się, że nie mamy na to poważniejszych szans. W sumie jednak wydaje się, że w tej dziedzinie minione piętnaście lat rysuje się nieco lepiej, niż w pozostałych. Polska polityka zagraniczna zapewne jest dziś ułomna, nie wykorzystuje szans, może jest nawet w sumie głęboko mylna – ale jest, funkcjonuje i od czasu do czasu ma nawet co najmniej pojedyńcze sukcesy. Na tle ogólnego chaosu i wszechwładnej korupcji jest to i tak sporo.
Tyle, że teraz niezbędna jest polityka zagraniczna na 4+, a nie na słabe 3. Unia jest szansą tylko dla silnych i precyzyjnie myślących, wszyscy inni na tym boisku muszą przegrać. Polska ma szanse średnie, do czołówki aspirować nie może, ale wcale nie jest skazana na egzystencję na końcu tabeli. Najbliższa dekada – początek nowej Unii – będzie dla zajęcia przez nią miejsca wyjątkowo ważna. Zależy to od jej obecności na paru frontach: europejsko-amerykańskim, europejsko-rosyjskim, europejsko-islamskim i europejsko-latynoskim, a także od aktywności w kręgu Europy Środkowo-Wschodniej. Wszystkie te fronty mają swe wymiary ekonomiczne, dyplomatyczne, ale mają także wyrazisty wymiar kulturowy. Nad tym ostatnim chciałbym się trochę zastanowić, bo w tej płaszczyźnie niewątpliwie jesteśmy kimś i coś moglibyśmy powiedzieć. Ale samo się to ani nie wymyśli, ani nie powie. Tu trzeba sformułować trochę tez, a trochę pytań – i sprowokować dyskusję.

28.05.04, Przerośl

Ponad dwie godziny kosztowało mnie dzisiaj włączenie do blogu dwóch notek z 25.05 i 27.05. W końcu udało się to, ciekawe, ile czasu poświęcę na to następnym razem. Znikł mi przy tym zapis pierwotny notki z 25.05, będę go musiał kiedyś na to miejsce przywrócić.
x
Decyzja władz o wyrzuceniu z Polski poznańskiego imama jako groźnego dla bezpieczeństwa państwa wywołała lekką dyskusję prasową, w której chętnie wziąłbym udział. Wymagałoby to jednak głębszego zapoznania się z całą sprawą, dotarcia i do wywiadu prasowego tego faceta w „Dzienniku Bałtyckim” i do informacji, jaką opinia publiczna otrzymała od Agencji Bezpieczeństwa Państwa. Chciałbym wiedzieć, czy istnieje poważne domniemanie, że zajmował się czymś w rodzaju szpiegostwa na rzecz terrorystów, czy zawinił tylko tym, że propagował poglądy, uznane za politycznie szkodliwe dla Europy, bo wskazujące na fakt, że wina za konflikt leży po obu stronach – islamskiej i zachodniej. Gdyby okazało się to drugie, warto byłoby zadeklarować, że się z nim zgadzam i że stawiam się do dyspozycji władz. Wyrzucić mnie jako obywatela polskiego nie mogą, ale wytoczyć mi proces – proszę bardzo… Jeśli poglądy są karygodne, to chyba niezależnie od tego, czy deklaruje je jemeński muzułmanin czy polski katolik…
x
Ktoś z Gości zapytał mnie, czy jeździłem swego czasu na spotkania środowe do Jezuitów do Łodzi. Jeździłem, jeździłem, dzielny i kochany ojciec Miecznikowski zapraszał mnie tam, choć mógł mieć z tego powodu kłopoty. Tam po raz pierwszy formułowałem własną wizję historii Kościoła w naszej części Europy, miałem wtedy cały cykl odczytów, wspominam je z dużym sentymentem. Tam też poznałem Benedykta Czumę, u którego w mieszkaniu miałem później odczyt na tematy bardziej polityczne. Wlazła wtedy bezpieka, zwinęła nas wszystkich i przetrzymała nas przez noc na komendzie milicji, czy czymś podobnym, na ulicy chyba Abramowskiego, ale rano puścili nas i do Warszawy wróciłem bodaj pierwszym pociągiem. Ech, byli czasy…
x

Pojawienie się tych notatek w blogu uruchomiło kontakt z ludźmi: są już pierwsze komentarze. Trzy osoby spierają się o mój stosunek do doktoranta, który zresztą – zgodnie z umową – zadzwonił. Mamy się spotkać w połowie czerwca, w Warszawie lub tutaj. Okazuje się, że gotów jest zająć się zarówno wiekiem XIX, jak XX-tym, ale zależy mu na ziemi płockiej, czy może szerzej – na północnym Mazowszu. Znaczy, że ma inklinację do historii regionalnej. Tematyka płocka jest mi nieznana, czytałem tylko parę pozycji o dziejach tamtejszej oświaty i świetne wspomnienia bojowca z okolic 1905 roku – Wincentego Jastrzębskiego z PPS-Fr, późniejszego ministra finansów z lat chyba trzydziestych. Gdyby gość miał zainteresowania socjologiczne, czego po lekturze jego pracy magisterskiej nie wykluczam, to może znaleźlibyśmy jakieś pole wspólne, ale inaczej – nie widzę tej współpracy. Trzeba jeszcze podłubać w historii ruchu ludowego albo spółdzielczości w tym regionie, może tu coś dałoby się ciekawego znaleźć. Ale – nic na siłę.
Przyjazd do Przerośli od razu budzi we mnie problematykę kultury agrarnej. Podczas mojej nieobecności do Małgorzaty zgłosił się mój dawny uczeń z Suwałk, redaktor z tutejszego radia i niespokojny duch – pan L. W oparciu o trzydziestkę studiującej młodzieży z naszej gminy zamierza powołać do życia coś pośredniego między klubem dyskusyjnym, a uniwersytetem ludowym, nazywając to „Akademią Przeroską” – i chce mnie w to wmanewrować. Od paru lat się z nim przy kolejnych spotkaniach spieramy o różne rzeczy, ale chłopak musi mnie jakoś akceptować, skoro występuje z taką propozycją, którą chyba przyjmę. Małgorzacie też się to podoba – myślę, że i dla niej znalazłaby się w tym ciekawa rola dydaktyczno-artystyczna. Odnoszę wrażenie, że i ona coraz silniej emocjonalnie wiąże się z tutejszym terenem. Może nawet mocniej, niż ja.
Dzwoniła do mnie profesor Alina Kowalczykowa, chce, bym w początku lipca wziął udział w organizowanym przez nią na Rzeszowszczyźnie kursie doskonalenia wiejskich nauczycieli i wygłosił tam trzy wykłady i poprowadził sześć spotkań konwersatoryjnych. Zaproponowałem tematykę historię kultury agrarnej w Europie Środkowo-Wschodniej. Z kolei pani Magdalena Bajer zaprosiła mnie na konferencję do Wrocławia pod koniec września do panelu na temat: „Po co komu inteligent?” – tu też zaproponowałem temat o nowym fenomenie inteligencji wiejskiej. Wszystko to razem sypie się na mnie jak z worka. Wygląda na to, że ta tematyka kultury niezurbanizowanej stanie się moją specjalnością na stare lata – zarówno w przekroju historycznym, jak i w działalności najzupełniej współczesnej. Jeśli wejdę do parlamentu europejskiego, będę miał na to więcej szans działania i bardzo mało czasu, jeśli nie wejdę – będzie odwrotnie. I wcale nie wiem, które wyjście będzie lepsze.

Z grubsza biorąc, zakończyłem tegoroczną dydaktykę warszawską. Jutro rano wpadnie tu jeszcze pan Olek B., zadzwoni jeszcze do Przerośli parę osób, odezwie się ten kandydat na doktoranta, który szuka tematu związanego z ziemią płocką, ale najbardziej pracochłonna część obowiązków, czyli sprawdzanie prac studenckich, już w całości jest za mną. Jutro w południe mam zamiar jechać do Przerośli, ale przedtem jeszcze raz mam wystąpić w radio. Raz mówiłem już dzisiaj – przez 100 sekund (sic!). Poza tym mam odpowiedzieć na osiem pytań „Gazety Wyborczej” – i to do jutra wieczorem, a najdalej do czwartku rano. Muszę przyznać, że pytania są bardzo ciekawe, dotyczą spraw ważnych i prowokują do wyrażania ostrych opinii. Odpowiem na nie z pewną satysfakcją.Marynia z Pawłem wyszykowali mi bardzo elegancki blog, w którym już widnieją notatki aż do wczoraj włącznie. Teraz problem leży głównie w nauczeniu się, jak należy się z tym narzędziem pracy obchodzić. Marynia twierdzi, że jestem zapewne najstarszym autorem blogu w Polsce. Nie mam nic przeciwko temu.

Wielogodzinne przebywanie w towarzystwie naszej rady wydziału, zazwyczaj nudne i męczące, dziś obfitowało w wątki intelektualne i było przyjemniejsze, niż zwykle. Może powinienem zainwestować w to środowisko więcej wysiłku pobudzania refleksji kulturalnej. Odnoszę wrażenie, że jestem tam już akceptowany bardziej, niż – powiedzmy – trzy lata temu. Działa w tym kierunku moja publicystyka: o ostatnim artykule, dotyczącym chrześcijańskich korzeni Europy, mówiło mi dziś aż pięć osób. Kandydowanie do Strasburga też zrobiło tu spore wrażenie, traktowany jestem jako jeden z kilku poważnych uczestników zespołu. Staram się nie myśleć o tym, że może mnie to do czegoś zobowiązuje, ale chyba trzeba to wziąć pod uwagę. Dziś zrobiono mnie recenzentem w przewodzie habilitacyjnym pewnego starego – starszego ode mnie o dwa lata – historyka regionu łomżyńskiego. Może to być bardzo interesujące, ale będzie wymagało dłuższego myślenia i pewnej ilości lektur, prawda, że na tematy mi bliskie – lokalnej walki z Sowietami i z Niemcami podczas wojny i lat powojennych. Podjąłem się tego z zapałem. Obwąchuje mnie także pewien kandydat na doktoranta, o którym jeszcze nie bardzo wiem, co myśleć: świecki teolog – pastoralista z diecezji płockiej, chce robić coś z najnowszej historii Kościoła w Europie Wschodniej, zna rosyjski. Muszę się jeszcze nad nim zastanowić, czy go brać i co mu proponować. Tak więc uczelnia może okazać się warsztatem bogatszym, niż to było dotąd…

Dziś należałoby napisać: „Unia, Rosja i sprawa polska”. Chyba dobrze, że weszliśmy do Unii – trudniej nas sprzedać Rosji. Gdybyśmy zostali na zewnątrz, można byłoby pokusić się o kolejny rozbiór. Rolę Austrii chętnie odegrałaby Francja… Nie, takich insynuacji wysuwać nie wolno, to znaczna przesada. Jedność Europy wymagałaby jedności kultury europejskiej, a kultur w Europie jest kilka. Trzeba by w szkołach zastąpić „Dziady” – „Cydem”, ale i to nie pomoże, bo Mickiewicza będziemy czytać pod ławką. Model oświaty europejskiej – kontynentalnej czy narodowej – to kwestia bardzo ważna aktualnie. W odniesieniu do oświaty nie tylko szkolnej, ale i internetowej. To temat do dużej dyskusji, którą warto by wzniecić w prasie.

Profesor, jak się o Nim po prostu mówiło 45 lat temu w Lublinie, przeszedł do domu Ojca dwa dni temu, w wieku 97 lat. Żona – Maryś – zrobiła to rok wcześniej, Ksiądz Tadeusz jeszcze trochę przed nią – cała trójka przyjaciół już jest tam. Ich młodszy o paręnaście lat najwspanialszy Wychowanek jest już zgrzybiałym starcem, reszta żyjących jeszcze uczniów Profesora, to też emeryci. Chciałem kiedyś pisać u Niego doktorat, ale mnie już nie przyjął, tłumacząc, że już jest stary – i było mi przykro, ale przyjąłem to z twarzą twardą. Dziś rozmawiałem z bliską mi Poetką, która niedawno przekroczyła osiemdziesiątkę i w ciągu ostatnich pięciu lat rzeczywiście się zestarzała. Wszystko to uświadamia mi fakt, że ze swoimi sześćdziesięciu pięciu latami wchodzę w ostatni etap mego uczestnictwa w życiu zbiorowym. Jak to rozegrać najlepiej, nie wiedząc, czy zostało mi jeszcze dziesięć dni, czy dziesięć lat życia czynnego i jako tako twórczego? Na pewno należy budować na tym, co już się ma, a nie kopać rowów pod fundamenty nowe. Podejmować roboty krótko- albo średnio-terminowe, nie porywać się na to, czego już się zrobić nie zdąży. I chyba nie szukać nowych przyjaźni – umieć radośnie zaakceptować przygodę samotności, która jest swoistą dojrzałością starca przed Bogiem.
Zostało mi jednak tyle napoczętych ciekawych wątków – intelektualnych, naukowych, ideowych, społecznych. Żal mi rozpoczętej, a w niektórych przypadkach zaawansowanej, nad nimi refleksji, która nie zdążyła zaowocować z powodu mojej głupoty lub myślowego lenistwa. To powoduje i dyskomfort psychiczny, i nerwowe miotanie się od tematu do tematu, od zadania do zadania. Do odjazdu na drugą stronę coraz bliżej, a żadna z walizek nie jest dopakowana do końca, wszystko rozgrzebane… A chciałoby się zostawić po sobie możliwie dużo i w porządku. To właśnie stanowi psychiczny kontekst mego ustępstwa wobec Maryni, która wbrew moim wcześniejszym oporom namówiła mnie do pisania tego tekstu. Traktuję go jak intelektualny brulion, przydatny w sytuacji, kiedy nie starczy mi energii i czasu, by nadać myślom właściwszą i porządniejszą formę. Dziś takie pisanie nazywa się blogiem. Nie godzę się na tę nazwę, choć w pełni aprobuję charakterystyczną dla blogu zasadę wtrącania się ewentualnych czytelników i dyskutantów w tok mojej refleksji. Zapraszając do takiej rozmowy, powracam jednocześnie do formuły tradycyjnej, świetnie zakorzenionej w sarmackiej kulturze. To, co w tej chwili piszę, to SILVA RERUM!…
Kontynuując myślenie nad współczesną polską racją stanu, dla przypomnienia sobie sytuacji wcześniejszych sięgnąłem po „Niemcy,Rosja i sprawa polska”. Dmowski pisał to prawie 100 lat temu. Kiedy czytałem to lat temu blisko czterdzieści, nie zwracałem dostatecznej uwagi na zawartą tam geopolitykę, interesując się głównie obecną w tym pisarstwie ideologią nacjonalistyczną. Dziś chodzi mi o coś innego. Jesteśmy dziś w sytuacji bez porównania lepszej, niż byliśmy i 100, i 40 lat temu. Niemniej pewne stałe uwarunkowania geopolityczne są ważne i dzisiaj. Warto o nich pomyśleć – i warto napisać na ten temat jakiś tekst.

Udało mi się zepchnąć dziś zasadniczą grupę prac studenckich, sprawdzałem je w nocy do pół do trzeciej i rano przed wyjściem na uczelnię, ale socjologów przeczytałem wszystkich, z polonistów zostały bodaj dwa niedobitki i około dziesięciorga muzykologów, których muszę ocenić do poniedziałku.
Odbyłem też rozmowę w redakcji, z tym, że zamiast Skórzyńskiego rozmawiał ze mną Maciek, który wyskoczył na parę dni ze szpitala. Wychudł mocno, ale jest pełen werwy, może Bóg da, że pożyje jeszcze i popracuje. Moja sprawa okazała się poważna: nie wiedziałem, że redakcja przyjęła od początku zasadę, że etatowi jej pracownicy nie angażują się indywidualnie w życie polityczne. Kandydując do Parlamentu Europejskiego, bezwiednie przekroczyłem tę regułę i w konsekwencji tracę etat. Prawna strona tej sytuacji nie jest dla mnie do końca jasna, bo żadnych zobowiązań do politycznej abstynencji nigdy ode mnie nie żądano, a wyrzucić mnie nie mogą, bo jestem w okresie ochronnym, ale rękami i nogami trzymać się tego etatu nie będę. Tracę na tym 1 100 złotych miesięcznie, przy czym Maciek pocieszał mnie, że będzie to wyrównywał mocniejszą wierszówką. Rzecz jest o tyle mniej ważna, że zmiany takiej spodziewałem się w momencie wejścia w wiek emerytalny, czyli za dwa miesiące. Jest to wszakże trochę bolące emocjonalnie, bo lubiłem tę redakcję jako miejsce pracy, a teraz – jak by nie było – będę trochę poza nią. Tyle, że politycznie praca w tym piśmie zaczynała mi już trochę ciężyć, zbyt tu jest liberalnie, zbyt silne są sympatie do PO, a dzisiaj usłyszane koncepcje politycznego kontraktu, planowanego przez Maćka, też mi się nie podobały. Odejście w tym momencie z etatu będzie więc w jakiejś mierze i oswobodzeniem… Postaram się zrobić to z pewnym przytupem. A rzecz będzie o tyle zabawna, że szczerze mówiąc, nie bardzo wierzę w to moje wejście do Parlamentu, więc powód mego odejścia wyglądać będzie nader politycznie, zwłaszcza, że zbiegnie się z moim wywiadem w „Życiu”.

Po południu rozmawiałem z Marynią, jej młodziutkim i sympatycznym znajomym i jego dziewczyną. Marynia spodziewa się jakichś większych pieniędzy w czerwcu i wydaje się chcieć kupić ziemię, umyśliła sobie fermę malinową i obliczoną na handel produkcję soku i dżemu malinowego, w oparciu o pracę najemną kobiet z ośrodka w Garbasie. W tym kontekście zapalona jest do naszego pomysłu lokalizacji tego przedsiębiorstwa między Żelazkami a Bitkowem. Chłopak z kolei chce wejść do spółki i zająć się transportem i sprzedażą produktów w Warszawie. Bardzo to wszystko jeszcze zielone, ale projektowane chyba niegłupio, ze zwróceniem uwagi na wiele drobiazgów praktycznych. Sam bym się chętnie w ten interes włączył w jakiejś mierze, z myślą o tym, że pobyty tam można będzie wykorzystać dla udziału w prowadzeniu tej działalności.

Komitet Badań Naukowych zaskoczył mnie dziś: okazało się – wbrew przewidywaniom, wydawało się, zupełnie pewnym – że moja zeszłoroczna prośba o dofinansowanie książki, pisanej w oparciu o wykłady na Białorusi, została w pewnym stopniu uwzględniona i otrzymałem 3 500 zł, które będą mi wypłacone w ciągu tygodnia lub dwóch. To duża ulga w naszym budżecie domowym. Poinformowano mnie dziś o tym na UKSW, gdzie stwierdziłem poza tym, że fakt mojego kandydowania do Parlamentu Europejskiego wzbudził zainteresowanie w gronie profesorskim – indagowały mnie na ten temat kolejno cztery osoby. Przeczytałem pracę Aleksandra Bujko, nie jest to jeszcze produkt finalny i zastrzeżeń drobnych mam mnóstwo, ale w sumie jest to kawał dobrej i sensownej roboty. Już teraz widać, że praca się udała i magisterium jest pewne nawet, gdyby egzamin był słabiutki. A tymczasem czeka mnie jeszcze mnóstwo roboty przy sprawdzaniu prac studenckich. Na parę dni wyłączy mnie to z normalnego funkcjonowania intelektualnego. Równocześnie coś się kroi w płaszczyźnie publicystycznej: jutro mam dawać wywiad dla „Życia”, a dziś zaprosił mnie na rozmowę Janek Skórzyński. Rozmawiać będziemy dopiero w poniedziałek, co mi nie odpowiada, bo czuję, że to zaproszenie oznacza albo początek końca mojej pracy w „Rzepie”, albo odwrotnie – jakąś nową propozycję. Chciałbym o tym przekonać się jak najwcześniej. W sumie – cała kaskada spraw, wymagających umysłowego tańca i nie pozostawiających czasu i energii na myślenie naukowe: coraz bardziej nie lubię takiego rozgardiaszu.


  • RSS