cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2004

30.06.04, Przerośl

Wczoraj zadzwoniłem do Akademii Polonijnej, by zbadać na wszelki wypadek, czy nie ma tam awaryjnej możliwości zatrudnienia od października, jeśli Olecko nawali. Do rektora nie dodzwoniłem się, ale ktoś z jego gabinetu obiecał telefon na dziś do mnie. W nocy porównywałem walory ewentualnej pracy w Olecku i ewentualnej pracy w Londynie. Wychodziło mi na fifty-fifty. Dziś dostałem rano telefon z Olecka. Tamtejszy rektor w sposób niezbyt elegancki, bo przez sekretarkę, informował, że niestety na najbliższy rok Wszechnica Mazurska nie będzie miała dla mnie godzin dydaktycznych i że może znajdą coś za rok. Tak więc sprawa jest jasna, długie wywody rektora sprzed dwóch tygodni okazały się całkowitą fikcją. Tymczasem zadzwonił p.P., informując o znalezieniu kandydata na sponsora dla pisma. Tenże kandydat chce u mnie zamówić ekspresową książeczkę o Stefczyku i jego kasach – na osiemdziesięciolecie jego śmierci. Chętnie to zrobię, ale zwróciłem uwagę, że rocznica mija właśnie dzisiaj, więc spóźnienie będzie nieuniknione. Rozmawiać będziemy na ten temat w sobotę w Sopocie. Zadzwonił także rektor z Akademii Polonijnej, grzeczny i radosny. Dokumenty do MEN-u złożyli ostatnio, odpowiedź powinni mieć we wrześniu, szkoła londyńska zaczęłaby funkcjonowanie za rok. Tu jednak zdołałem mu powiedzieć dwa słowa o celowości dwumiesięcznika, propagującego Akademię. Odniosłem wrażenie, że rozmówca kupił tę ideę. Prosił o przedstawienie wstępnego projektu, obiecałem zrobić to w przeciągu dwóch tygodni. Tak więc dydaktyka na najbliższy rok jest zagrożona redukcją, bo poza UKSW w grę wchodzi tylko kontynuacja Witebska, na co szczególnej ochoty nie mam, natomiast pomysł czasopisma jakoś żyje. Tu będzie ważna rozmowa sobotnia. Wygląda przy tym, że większe szanse ma robienie czasopisma pod własnym szyldem przy współpracy z różnymi organizmami, niż praca dla kogoś w charakterze redaktora najemnego. Samodzielności oczywiście się boję, ale mam na nią dużo większą ochotę, niż na spokojną pracę za godziwą pensję. Rozwaga nigdy nie była moją zaletą wiodącą…

P r a w d y b a n a l n e b y w a j ą k ł o p o t l i w e (13):

Swoistym paradoksem jest wielość prób teoretycznego uzasadnienia postaw zwanych chrześcijańsko-demokratycznymi, które starają się nie zauważać lub minimalizują znaczenie sprzeczności między teocentryczną, a socjo-antropocentryczną podstawą zasad współżycia zbiorowego i rządzących nim norm moralnych. Wydają się one nie pamiętać, że demokratyczna opinia Izraela na pustyni po wyjściu z Egiptu wybrała sobie boga w Złotym Cielcu i że powrót do kultu Jahwe dokonał się przy pomocy zorganizowanego przez Mojżesza zamachu stanu…

29.06.04, Przerośl

Leje. Pogoda z tych, co przygwożdżają do domu. Paweł przed północą znalazł się w Brukseli, gdzie mieli przygotowaną metę. Wydaje się więc, że start udał się im znakomicie. Teraz mogą spokojnie uczyć się życia na zachodzie. Piotr obchodzi dziś imieniny, zadzwonimy tam po południu. A z samego rana zadzwoniła Ania. Przyjadą tu około 15 lipca, a Pierre oddzwoni dziś wieczorem w kwestii samochodowej, w której ja dzwoniłem wczoraj. Z dokonanych analiz zdaje się wynikać, że najkorzystniejszy sposób kupna, to wykorzystanie kolegi Pierre’a, garażysty spod Lyonu. Wożenie fachowca stąd do oceny samochodu musiałoby kosztować około tysiąca złotych, a więc podnosiłoby znacznie cenę samochodu, a efekt mógłby być dobry, albo zły. Ten sam efekt da porada faceta spod Lyonu, któremu nie trzeba płacić za podróż i czas.
x
P r a w d y b a n a l n e b y w a j ą k ł o p o t l i w e (10 – 12):
System reprezentacji opinii publicznej w demokratycznym parlamencie jest oparty o założenia: – zaufania wyborcy wobec swego przedstawiciela, – wiarygodności tegoż przedstawiciela. Polityczne, materialne, propagandowe zakłócenia kampanii wyborczych z jednej strony, a wytworzona wielokrotnym doświadczeniem nieufność – z drugiej, sprawiają, że żadne z tych założeń nie odpowiada rzeczywistości. Stąd społeczne zakorzenienie decyzji parlamentu w woli opinii publicznej zawsze w większym lub mniejszym stopniu staje się fikcją. W efekcie fikcją staje się sama demokracja.

Kombinacja przesadnego autorytetu, przyznawanego teoretycznie decyzjom demokratycznie powołanej władzy z praktyczną fikcyjnością realizowanej w wyborach demokracji, daje tej władzy daleko posuniętą niezależność od wszelkich zasad moralnych i praktyczną elastyczność zachowań, zależnych jedynie, lub prawie jedynie, od wymogów aktualnej taktyki politycznej. Efekty tego stanu rzeczy w oczywisty sposób stopniowo pogłębiają kryzys tego systemu.

Popularna opinia, głosząca, że demokracja jest wprawdzie niedoskonałym systemem, ale wykazuje mniej złych cech, niż systemy inne, jest wprawdzie zgrabnym paradoksem, ale nie jest dostatecznie uzasadniona. Nie mniej wiek XX, który przyniósł światu co najmniej dwa totalitaryzmy występujące przeciwko demokracji, skłania do rezygnacji z szukania innych wyjść poza-demokratycznych. Zbyt żywe i zbyt wielkie okazały się światowe koszty obu tych zbrodniczych systemów; po ich szczęśliwym zniszczeniu każde następne kwestionowanie demokracji wydaje się i niesłuszne, i obrzydliwe, i groźne. Nikt przy tym nie chciałby znaleźć się w dziejach myśli społecznej obok teoretyków nazizmu czy komunizmu. Sam też bałbym się takiego sąsiedztwa.

28.06.04, Przerośl

Wczoraj była niedziela, ale dziś o 6.20 wstałem i zacząłem funkcjonować według tutejszego rozkładu jazdy. Mam już za sobą godzinę prac ogrodowych – likwidacji zarośli pokrzywowych w miejscu, gdzie chcemy umieścić miejsce wypoczynkowe. Zaraz zanotuję kolejne „prawdy banalne…”, ale niezależnie od nich chodzą mi po głowie dwa tematy, zasługujące na głębsze i odrębne studia.
Jeden z nich dotyczy aktualnych przemian na wsi polskiej, niewidocznych z Warszawy, a chyba dość ważnych dla przyszłego obrazu naszego społeczeństwa. Pojawia się tutaj nowa klasa średnia, albo nowa inteligencja, a najpewniej – obie naraz. Oznacza to przewidywalną zmianę relacji między wsią a miastem wraz z różnymi konsekwencjami tego zjawiska. Wyglądać to będzie inaczej na terenach, gdzie przeważa drobna własność gospodarstw rodzinnych, a inaczej tam, gdzie uformowały się i dalej się formują wielkoobszarowe folwarki nowoprzybyłych nabywców. W Warszawie mówimy o terenach „postpegerowskich”, tymczasem tu okazuje się, że to już określenie historyczne. Mnie interesują najbardziej konsekwencje kulturowe i socjalno-ideowe tego procesu. Myślę, że to temat na serię artykułów do „Rzeczpospolitej”, jeśli będę w dalszym ciągu z nią współpracował.

Temat drugi jest z całkiem innej półki: szanse rozwojowe kultury chrześcijańskiej XXI wieku nie mogą sprowadzać się do dialogu, a raczej przekomarzania się z kulturą laicką, która w swej wersji post-modernistycznej i podporządkowanej masowemu rynkowi jest po prostu nieciekawa i schyłkowa. Ten dialog należy podtrzymywać – ci, których to interesuje, powinni się tym zajmować. Ważniejszy wydaje się jednak prąd nowego odczytania najstarszych tradycji kultury chrześcijańskiej. Tu, jak mi się zdaje, łatwiej będzie można znaleźć inspirację filozoficzną dla przyszłości, która zostanie uznana za wspólną dla wierzących i niewierzących wtedy, kiedy okaże się naprawdę ciekawa i mądra. Cała tradycja oświeceniowa nie jest ani dogmatem, ani wyrocznią, do której trzeba powracać zawsze i wszędzie. A już na pewno nie może być łańcuchem, który miałby nas do czegokolwiek przykuwać. Hellenizm, judaizm, islam, Daleki Wschód, cała filozofia patrystyczna i scholastyczna, wnoszą razem wątki o wiele bogatsze od tego, co potrafiła wyrazić nowożytna filozofia europejska. O tym jednak wypowiadać się kompetentnie i szczegółowo nie mogę. Znam kilka, no – może kilkanaście, przebłysków myśli, nie wziętych pod uwagę przez formację oświeceniową i jej kontynuatorów. To za mało, żeby po tym terenie oprowadzać nawet mało wymagające wycieczki laików. Sprawa jest jednak jak najbardziej do podjęcia – choćby od strony niektórych wątków dziejów duchowości chrześcijańskiej.
x
P r a w d y b a n a l n e b y w a j ą k ł o p o t l i w e ( 7-9 ):

Istnieją w życiu, także publicznym, wartości etyczne, których obowiązywalność nie zależy od opinii publicznej, która nie jest ani nieomylna, ani koniecznie uczciwa i kierująca się dobrem powszechnym. Zasada równości wszystkich opinii kładzie znak równania między mądrością a głupotą, dobrem a złem, prawdą a kłamstwem. Jej przyjęcie samo przez się niweluje wszelki autorytet przyjętych rozwiązań, co więcej, skłania do szukania autorytetów poza stanowionym tą drogą prawem, a więc w efekcie redukuje rzeczywistą praworządność.
Dla niektórych ludzi konieczność dokonywania wyboru między prawdą i słusznością moralną, a prawem, stanowionym przez opinię publiczną, jest równoznaczna z dystansowaniem się od wspólnoty europejskiej, której praw nie mogą uważać za moralnie obowiązujące. Dystansowanie to dotyka zazwyczaj ludzi najbardziej ideowych, a więc szczególnie wartościowych społecznie.
x
Paweł jedzie autostopem przez Niemcy, dwie godziny temu przysłał sms z okolic Hannoveru, nocować mają w Dortmundzie. Pierwszy dzień wyprawy okazał się więc nadzwyczajnie szybki. Z Warszawy wyjechali pociągiem do Poznania o 6.45, a pod Poznaniem złapali, jak rozumiem, kogoś, kto przewiózł ich około tysiąca kilometrów. Boję się oczywiście o tę ich podróż, ale równocześnie bardzo się z niej cieszę, bo to i wielka frajda i wielka nauka. Boże, błogosław im i chroń od złego!

27.06.04, Przerośl

P r a w d y b a n a l n e b y w a j ą k ł o p o t l i w e :
5. Demokratyczny system sprawowania władzy opiera się na przekonaniu, że nie istnieje obiektywna i pewna wiedza o słusznych kierunkach rozwoju życia publicznego i że w związku z tym trzeba w tym samym stopniu brać pod uwagę wszystkie zgłaszane koncepcje, wybierając spośród nich tę, za którą opowie się największa liczba wyborców. Kryje się w tej opinii cały szereg ukrytych założeń teoretycznych, a między innymi:
- nie istnieje lub istnieje, lecz nie jest nam znana obiektywna prawda o człowieku i społeczeństwie,
- dopuszczalne są wszystkie ukierunkowania biegu spraw publicznych, za którymi wypowie się większość wyborców,
- wszyscy wyborcy reprezentują równie słuszny pogląd na sprawy publiczne i równy stopień dbałości o nie, jeśli zaś jest inaczej, to nie sposób tego obiektywnie wykazać, a zatem należy założyć równą wartościowość wszystkich głosów,
- głos większości decyduje o treści przyjętych rozstrzygnięć także w odniesieniu do obowiązujących praw i on nadawać im ma autorytet norm, decydujących o ideale życia zbiorowego.
Nie przyjmuję żadnego z tych założeń. Czy znaczy to, że nie jestem demokratą?
6. Sądzę, że życie zbiorowe może być przedmiotem racjonalnego studium, w wyniku którego można, jak w każdej nauce, sformułować hipotezy bardzo mocne, mocne, słabsze oraz wyodrębnić tezy jawnie błędne. ~Jeśli jednak taka praca jest możliwa, to poświęcający się jej fachowcy zapewne reprezentują poziom wiedzy o życiu zbiorowym, wielokrotnie przekraczający jej poziom u statystycznego wyborcy. Równe prawa wyborcze dla jednego mądrego i każdego spośród stu głupich są oczywistą promocją głupoty.
x
Pierwszy dzień po przyjeździe z Warszawy na wieś schodzi zwykle na stopniowym odzyskiwaniu równowagi, nadwyrężonej tamtą obfitością kontaktów, z których tylko część okazuje się ważna i płodna. Czasem zastanawiam się, która sytuacja psycho-społeczna jest dla mnie normalna, a która – nadzwyczajna. Chyba jestem w okresie przejściowym: Warszawa już mnie męczy i irytuje, a Przerośli – jako normalnego warsztatu i rytmu pracy – jeszcze nie opanowałem i podchodzę do niej jeszcze trochę wakacyjnie, jak typowy mieszczuch.

26.06.04, Przerośl

Przyjechałem, wróciłem na wieś, do domu. Już po zmierzchu, ale za oknem, na północnym zachodzie, rozpościera się jasna, błękitno-różowa plama wśród szaro- granatowych porozrywanych obłoków. Ile tu piękna! I poczucie dystansu od Warszawy, który wprawdzie nie chroni przed interwencją obcych ludzi całkowicie, ale znacznie zmniejsza jej nagłość i dotkliwość. Zadzwonić może każdy, ale na spotkanie nie wybierze się prawie nikt, a jeśli nawet zechce tu się pojawić, to nie wcześniej niż w ciągu dwóch dni od telefonu, będę więc przygotowany. Sześciodniowy pobyt w Warszawie był raczej udany: spotkania powiodły się, na uczelni moje sprawy posunęły się w dobrym kierunku, konferencja w kwestii czasopisma udała się także, Olek B. zrobił magisterium w dobrym stylu, kontakt z redakcją załatwiłem telefonami, ale chyba dobrze. Bardzo powoli szła praca nad przypisami – tu nie wykonałem nawet połowy programu. Zadowolony jestem ze spotkań z dziećmi, miałem okazję pogadać sobie zwłaszcza z Pawłem i z Marynią.
Dzisiejsza Msza za Jacka w parku Żeromskiego była dobrze pomyślana i zrealizowana pastoralnie, z mocnym akcentem ekumenicznym. Wśród zebranych spotkałem dużo znajomych i przyjaciół, m.in. Bogdanów, Lilkę, Zosię Kułakowską, Mańkowskich, Marię Krystynę, Andrzeja Wielowieyskiego, Krzysztofa Kozłowskiego, państwa Brodowskich, Wałęsę z synem, Jana Grosfelda, panią Urniaż-Grabowską. Dawno nie czułem takiej atmosfery gorącej wspólnej modlitwy. Na cmentarz już się nie wybrałem – opóźniłoby to wyjazd o co najmniej trzy i pół godziny, poza tym uroczystość na cmentarzu wojskowym i w alei zasłużonych miała charakter państwowy. Wczoraj dostarczono mi do domu zaproszenie na uroczystość żałobną do sejmu. Podpisane było przez Józefa Oleksego, czemu nie można się dziwić, bo jest marszałkiem sejmu. Niemniej odczułem to jako niemiły historyczny paradoks, że do wspólnej żałoby po Jacku zaprasza mnie komuch. Nie poszedłem, trzeba było wybrać – Mszę albo sejm. Ale nie poszedłbym, nawet gdyby nie byłoby takiej koincydencji. Śmierć jednego z nas chcę przeżywać wśród swoich.

25.06.04, Warszawa

Czekam znów na książki w BN-ie, w międzyczasie zadzwoniłem, jak należało, do „Rzeczpospolitej” i teraz mogę bez wyrzutów sumienia wskoczyć do Silva rerum. Jeśli zrobię w ciągu dnia dzisiejszego 20 przypisów, to sens pozostania w Warszawie będzie uratowany. Ale oznaczać to będzie dużo roboty przez cały dzień. Tymczasem znów sięgnę do starych fiszek:

Prawdy banalne bywają kłopotliwe :

3. Kto zginie w momencie mojej śmierci – ja czy świat? Ja będę żył dalej – poza światem. Świat będzie żył dalej – beze mnie. A więc nie będzie to niczyja anihilacja,tylko rozstanie. Wieczne, czy czasowe? Rozumiem, że to tego pytania dotyczy nadzieja zmartwychwstania i groźba potępienia. Świat zostanie zbawiony. Moje zbawienie będzie powrotem do świata już wolnego od zła i złych. Moje potępienie będzie wieczną separacją, wiecznym odrzuceniem.

4. Jestem wolny ex definitione, z zamysłu Bożego. O co zatem mi chodzi, gdy deklaruję, że walczę o wolność? Moja wolność jest zagwarantowana bez walki. Walczę – najogólniej mówiąc – o obniżenie kosztów realizacji wolności. O to, by ta realizacja nie kosztowała śmierci, nie kosztowała utraty zdrowia, nie kosztowała niebezpieczeństwa mojego czy moich bliskich, w końcu – by nie kosztowała zbyt wiele materialnie… Czy idzie mi o to, by nie kosztowała nic? Jaka byłaby wtedy wartość mojego wyboru, gdybym go dokonywał bez żadnej ofiary i żadnego ryzyka?…
x

Zbliża się wieczór, rano przypisów zrobiłem raptem ze cztery, może pięć. Przyszedłem jeszcze raz do BN-u, żeby być spokojny, że zrobiłem, ile mogłem. I znów czekam na książki. Pobyt w Warszawie przepracowałem dość uczciwie, ale owoce nie są olśniewające. Odbyłem udaną rozmowę telefoniczną z Maćkiem, powiedziałem, co myślę, ale zrobiłem to w formie żartobliwej, więc jestem rad. Jutro już tylko Msza za Jacka – i w drogę. Paweł pierwszą noc wakacyjną przepracuje przy grillu na jakimś przyjęciu w Konstancinie czy Piasecznie. Dobrze. Podoba mi się ten układ – sporo pracy zarobkowej i trzytygodniowy skok do Europy Zachodniej w znacznym stopniu za samodzielnie zarobione pieniądze. Cenzura roczna na 3,15 – marniutka, ale nie dramatyczna

24.06.04, Warszawa

Z lakonicznej informacji w dzienniku tv wynika, że sobotnia uroczystość pogrzebowa Jacka odbędzie się w sejmie. Wydaje mi się to głęboko niesmaczne. Sejm obecny jest zaprzeczeniem etyki społecznej, jaka cechowała Jacka, a urządzona tam uroczystość będzie pokazem podszywania się rozmaitych szujowatych osobników pod przyjaźń z Kuroniem. Nie wezmę w tym udziału, a w związku z tym moje siedzenie do soboty w Warszawie traci jeden z dwóch zasadniczych powodów. Pozostają sprawy rodzinne. Ekonomiczna strona podróży Pawła przerasta nas, ale na tym etapie zrobić cokolwiek jest już trudno. Podpuściłem Małgosię, żeby naradziła się w tych sprawach z mamą Antka, która bardziej szczegółowo wnikała w kosztorys całej wyprawy. Tak się stało i nieporozumienie się wyjaśniło – miało podłoże arytmetyczne: Paweł podał mi koszt na obu, jako koszt na osobę. W tej sytuacji nie jest wykluczone, że do Przerośli zdołam wyjechać już jutro, na co mam wielką ochotę. A tymczasem idę „w kurs”: do BN-u, do Eli i do Maryni.
x
Już w BN-ie, w oczekiwaniu na pierwsze sześć książek, które muszę sprawdzić. W sumie jest takich około 70-ciu. Paskudne zajęcie, a czekając na książki, zasypiam na siedząco. Doczekałem się ich w końcu, zrobiłem w sumie pięć przypisów i pognałem do Eli. Do doktoratu kandyduje starszy ode mnie zakonnik, robi to w dyskrecji, obawiając się kpin młodszych współbraci. Samo życie. Wzbudził moją sympatię, bo musi być samotny w środowisku, które powinno służyć mu oparciem. Po dłuższej, pełnej humoru rozmowie, wymyśliliśmy temat, który chyba jest do zrobienia: Relacje między Kościołem greko-katolickim a Cerkwią prawosławną w Galicji podczas ofensywy rosyjskiej w 1915 roku. Chodzi tu o akcję likwidacji parafii unickich przez prawosławnego biskupa Eulogiusza na terenach zajmowanych przez armię rosyjską. Temat niekonfliktowy na frontach między Ukraińcami i Polakami i między unitami i łacinnikami, odnoszący się do wyraźnie określonego okresu poniżej jednego roku, mający swój bieg polityczno-oficjalny, swoje zaszłości w łonie miejscowego kleru greko-katolickiego i woje odbicie w postawach ludności świeckiej. Nie przypuszczam, by ktoś go już naukowo gdziekolwiek opracowywał. A rzecz jest ciekawa jako stadium przejściowe między polityką carską z Podlasia i Chełmszczyzny z lat 1870-tych, a polityką sowiecką z lat 1944-47 i późniejszą.
Wieczorem byłem u Maryni, gadało się nam dobrze i ciepło, choć oczywiście niewesoło.
Postanowiłem zostać w Warszawie do soboty i pójść nie na sam pogrzeb Jacka, gdzie będzie cała masa państwowych oficjeli, ale na poprzedzającą pochówek Mszę, która odbywa się równocześnie z oficjalnym zgromadzeniem w sejmie ku czci zmarłego. Tam wchodzi się za zaproszeniami, więc automatycznie na Mszy będziemy sami swoi – i tam właśnie chyba powinienem być.
x
Znalazłem wczoraj pochodzący sprzed dwóch – trzech lat notes z odręcznymi notatkami o charakterze +- bliskim filozofii. Notatek jest 31, stanowią pewien cykl, nie zamknięty zresztą i nie precyzyjnie wyrażony. Postanowiłem je ujawnić na tym miejscu po ewentualnym przeredagowaniu czy uzupełnieniu. Będę to robił stopniowo, po jednej – dwie dziennie. Może niektóre z nich wydadzą się komuś banałem, a inne – prowokacją, a może czyjeś głosy jakoś je pogłębią lub skłonią mnie do zmiany stanowiska.
Tytuł całości brzmi:
PRAWDY BANALNE BYWAJĄ KŁOPOTLIWE…

1. Wolność nie ma treści, jest formą. Dopiero dopełniona treścią odsłania swą aktualną wartość. Ale też aktualizacja tej wartości możliwa jest tylko dzięki owej formie, którą dostarcza wolność. A więc wolność nie jest wartością sama w sobie, ale jest warunkiem urzeczywistnienia wartości. Wszelkiej wartości. Także anty-wartości.

2. Wolność jest największym zagrożeniem człowieka. I zarazem – jego jedyną szansą moralną. Człowiek żyje wolnością i w tym przede wszystkim sensie wolność jest niezbywalna (to nie postulat, to zdanie opisowe!). Czasem realizacja wolności bywa kosztowna, ale odmowa kosztu poniesienia kosztu tej realizacji jest też aktem wolności. W tym sensie przyjmując kondycję niewolnika wyrażam w ten sposób moją wolność. Mogę bowiem zrobić inaczej: odrzucić tę kondycję – i razem z nią ten świat, który mnie za to odrzucenie niewoli będzie chciał zniszczyć.

23.06.04, Warszawa

W nocy do drugiej gadaliśmy o różnych rzeczach z Pawłem – opowiadał mi swoje spostrzeżenia z zamojskiego wesela naszego sąsiada, z czym wiązały się różne tematy socjo-kulturalne i socjo-polityczne. Chłopak obraca się w dość oryginalnym środowisku, od którego może się dużo nauczyć, pod warunkiem, że zachowa zdolność patrzenia na to z dystansu i że nie ulegnie wyobrażeniu, że zdołałby jakąś drogą wejść w te kręgi i uzyskać tam prawo obywatelstwa. Jeśli uległby fascynacji tym światkiem, musiałby za to sporo zapłacić, ale na razie jest to chyba korzystna przyprawa do życia w środowisku młodzieżowym. On verra…
Dziś rano z kolei długa telefoniczna rozmowa z Marynią, dzielną ale pokiereszowaną ostro przez los. Jutro wieczorem wybieram się do niej na pogaduszki, dziś natomiast jestem na kolacji u Piotrów. W sumie – robię za tatusia, ile wlezie.
x
Małgorzata ściągnęła tymczasem w Przerośli pracownika, a teraz już i jego tatę-pomagiera, i odnawia dom. Miało być tylko malowanie dwóch pomieszczeń, ale w kuchni przy przygotowaniu płaszczyzny pod malowanie po prostu zleciała ćwierć sufitu i zrobiła się dziura na strych, więc program działań znacznie się rozszerzył. Ogromnie się cieszę z rozpoczęcia tej inicjatywy i żałuję tylko, że mnie tam nie ma. Gdybyśmy mieli kilka tysięcy wolnych, można byłoby tam za jednym zamachem sporo zrobić, ale warunki każą rozłożyć to wszystko na raty.
x
Dziś rocznica – już jedenasta – śmierci Krzysztofa Majewskiego. Czas leci niezmiernie szybko. Nie bardzo umiem sobie wyobrazić starego Krzysztofa – i to żyjącego w dziwnym dzisiejszym świecie. Jaką niszę społeczną i kulturową mógłby sobie w nim znaleźć? Umierając w czerwcu 93′ miał wrażenie, że nasza czterdziestoletnia już wtedy droga doprowadziła niemal w pełni do celu. Rozczarowania najboleśniejsze przyszły już po jego śmierci. Dla niego tak było lepiej.
x
Siedzę w BN-ie, przyszedłem tu dłubać w przypisach do „Baśni niepodległej”, ale dosłownie zasypiam nad komputerem. Trzeba jednak wziąć się w garść.
Okazuje się jednak, że aplikowanie sobie więcej, niż 4 godziny dziennie biblioteki mija się z celem. Mógłbym siedzieć tu jeszcze 4 godziny i stąd iść do Piotrów, ale mam absolutnie dość myślenia o przypisach. Wracam do domu.
x
Późny wieczór, wróciłem od Piotrów. Zosia coraz doroślejsza, ma dwa zęby (tyle samo, co dziadek…), Dorotea, jak zawsze miła i ciepła, Piotr zaaferowany tym, co dzieje się na zewnątrz, ale równocześnie czuły tatuś, a Zosia stale domaga się od niego pieszczoty. Wygląda na to, że Dorotea z Zosią przyjadą niedługo do Przerośli, byłoby fajnie. Paweł gdzieś szaleje, Małgosia ma zadzwonić za chwilę z Przerośli. Dziś dzień bardzo mało wydajny, może reakcja po poprzednich dwóch.
Paweł wrócił, dyskusja na temat trasy jego podróży autostopowej w domu Antka R. doprowadziła do zredukowania projektów jeszcze bardziej radykalnego, niż to, co proponowałem ja. To chyba dobrze. Świat poznaje się nie z autostrad, ale z wąziutkich bocznych szos, a najlepiej – idąc pieszo małymi dróżkami. Im mniej kilometrów do przebycia dziennie, tym lepsza wyprawa. To jednak filozofia odległa od wyobraźni 17-latków. A w Przerośli szaleństwo remontowe trwa.
x
Dzień naukowo zmarnowałem, ale ciągle wraca mi myśl nawiązująca do wątków wczorajszych. Wiek osiemnasty – studium przemian kulturowych w WKL to raz, studium dziejów laicyzmu europejskich elit kulturalnych – to dwa. Wczorajsza propozycja Wieśka Wysockiego rzeczywiście daje mi do ręki instrument koncentrujący dalszą pracę naukową wokół tych zagadnień, które moim zdaniem domagają się reinterpretacji. Zaraz po uporaniu się z tymi idiotycznymi przypisami zabiorę się do tej tematyki.
x
Moja wczorajsza uwaga o „starczych” pracach doktorskich dotknęła jednego z Gości tego blogu. Wyjaśniam: doktor, którego wspominałem, miał lat bodaj 80, a co najmniej 78. I napisał rzecz niezłą, tyle, że metodologicznie niedopracowaną. Habilitant, do którego mam więcej zastrzeżeń, ma lat 69. Doktorant, którego poznam jutro, jest podobno w tymże wieku. Dla informacji – sam jestem młodzieniaszkiem 65 letnim, a habilitowałem się jako 56 letni pętak, więc coś o późnym zdobywaniu stopni naukowych wiem z własnego doświadczenia. I cieszę się, że dalsze egzaminy już mi nie grożą, nie chciałbym już podchodzić do żadnego. Belwederskiej profesury nie mam, zresztą warunków jeszcze nie spełniłem, bo i książka profesorska i pierwszy własny doktor będą pewnie dopiero jesienią. Ale mi nie śpieszno, bo oświadczenia obecnego prezydenta RP na temat stopni naukowych są – jak wiadomo – nie bardzo wiarygodne, więc może niech mną się nie zajmuje… A „Innemu Proboszczowi” życzę powodzenia i – na niewidziane – zachęcam do roboty. Zajęcie jest bardzo przyjemne, a cała najczęściej niepoważna heca z obroną trwa krótko, kilka kwadransów, więc w sumie warto się w to bawić, byle z pewnym dystansem wobec tytułów, o który człowiekowi starszemu zazwyczaj łatwiej, niż młodym wilkom naukowym.

Dzisiejszy niełatwy dzień, bardzo warszawski, posunął parę spraw naprzód – i to chyba w niezłym kierunku. Rano konferowałem ponad godzinę z p.P. o projekcie czasopisma i wydawnictwa. Była to wymiana uwag, koncepcji organizacyjnych. Nie usiłowaliśmy podejmować żadnych decyzji i w tym sensie nie posunęliśmy się naprzód, natomiast uzgodniliśmy poglądy na kilka kwestii. Idea docierania do inteligencji wiejskiej i małomiejskiej przez uczelnie regionalne wydaje się nam zdrowa, poza Wszechnicą Mazurską rysują się szanse kontaktu z podobną uczelnią w Białej Podlaskiej, ja natomiast przypomniałem sobie o moich kontaktach z Przemyślem, które tu byłyby całkiem a propos. Umówiliśmy się, że po rozmowie z rektorem Kr. skontaktuję się telefonicznie i ustalimy schemat dalszych działań. W sprawach konstytucji europejskiej i perspektywy referendum obaj deklarowaliśmy poglądy takie same, potwierdził też moją opinię o istnieniu szerokiego kręgu katolickiej opinii, który nie odnajduje się ani w radiu Maryja i „Niedzieli”, ani w TP, a obecny jest poza Warszawą znacznie bardziej, niż w samej Warszawie czy Krakowie. Sądzę, że do tej orientacji należałoby spróbować dotrzeć i dowiedzieć się czegoś więcej nie o jej „ideologii”, ale raczej o jej mentalności religijnej. W środku dnia byłem na uczelni, uczestnicząc w trzech egzaminach magisterskich, z których żaden nie był szczególnie świetny, ale wszystkie trzy dość przyzwoite. Pan Olek B. wypadł zupełnie nieźle, dostał prawie czwórkę, a że pracę miał piątkową, to mimo marnej średniej z toku studiów wylądował z czwórką na dyplomie. Jestem ogromnie rad. Po egzaminach pytałem Wieśka Wysockiego, czy naprawdę muszę przyjeżdżać na egzaminy wstępne aż z Przerośli. Z bólem, ale zgodził się, żebym nie przyjeżdżał. Tak więc po sobotnim pogrzebie Jacka jadę do Przerośli i spędzam tam cały tydzień – aż do wyjazdu do Czudca w przyszłą niedzielę. To duża ulga. Sam Wiesiek wystąpił natomiast z pytaniem – propozycją, czy nie cofnąłbym swej specjalizacji w czasie do wieku osiemnastego, łatając nowożytniczą dziurę w kadrze instytutu. Zgodziłem się z miejsca, zaznaczając, że znam się w tym zakresie tylko na Europie Środkowo-Wschodniej i że prac z historii zachodniej prowadzić się nie podejmuję. W gruncie rzeczy to oddalenie od współczesności zrobi mi naukowo bardzo dobrze, bo dla naszej części kontynentu osiemnasty wiek stanowi klucz do wszystkiego, co było później – w ideach, w kulturze, w polityce. Powiedziałem żartem, że zrobię takie seminarium o kulturotwórczej roli masonerii w Europie, że uniwersytet zamknie cały nasz wydział za szerzenie wrogiej propagandy masońskiej. Śmieliśmy się serdecznie, ale takie przeniesienie uwagi na wiek osiemnasty po analizach z historii idei w dziewiętnastym i dwudziestym otwiera mi perspektywę na wielką syntezę czterech fal laicyzacji nowożytnej w dziejach cywilizacji europejskiej, czyli na solidne zrobienie tego, co szkicowo przedstawiłem w ubiegłorocznych wykładach najpierw w Witebsku, a potem w monograficznym wykładzie w Warszawie. Oj, ciekawa byłaby to robota i chyba wartościowa, ale gdzie jeszcze na nią znaleźć czas – bo to trzeba byłoby mieć na to jeszcze kilka lat na czytanie i pisanie… Po południu i wieczorem miałem jeszcze parę w różny sposób ważnych rozmów: trudną ale potrzebną i w gruncie rzeczy dobrą – z Restytutem, wspomnieniową i niby plotkarską, ale zatrącającą o kwestie duchowości – ze spotkaną przy wyjściu z popołudniowej Mszy świętej Renatą Szw., wreszcie telefoniczną w dwóch ratach – z Elą J., która nagania do mnie podeszłego wieku doktoranta, księdza, jeżdżącego od lat z pomocą duszpasterską na Ukrainę. Mamy się z nim spotkać u niej pojutrze o 16.30 i pogadać wstępnie o możliwych tematach. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie – widziałem dotąd jedną starczą pracę doktorską, była do przyjęcia, ale nie świetna i jedną starczą rozprawę habilitacyjną, bardzo ciekawą, potrzebną ideowo, ale jako praca naukowa – bardzo słabą. W obu przypadkach trafiło mi się, że byłem recenzentem – i w tym drugim przypadku, dotąd jeszcze nie rozwiązanym, walczyłem długo z chęcią wycofania się pod jakimkolwiek pozorem z tej funkcji. No, ale zobaczymy, może coś się tu wykroi ciekawego. Biorąc pod uwagę, że po doktoracie Andrzeja Pukszto zostanie mi ledwo napoczęty Marek P., wczoraj przybyły na pierwszą konsultację Dariusz Krz. z Płocka, a teraz szykuje się ten trzeci kandydat, będę miał niedługo całe własne seminarium doktorskie… Pyskuję na tę dydaktykę od czasu do czasu, ale nie jest ona taka zła i ma dość wymierny sens społeczny – jako uczestnictwo w procesie przekazu wiedzy, a raczej – swoistej kultury naukowej, która tę wiedzę otacza. Profesor historii idei, historii filozofii, historii literatury – Kłoczowski, Swieżawski, Tatarkiewicz, żeby mówić o tych wybitnych, których miałem szczęście słuchać nie tylko jako wykładowców, ale i w trybie seminaryjnym – stopniowo wciąga ucznia w pewien styl, sposób myślenia o faktach naukowych i o ich prezentacji. I to jest ważne dla trwania nauki jako elitarnego zjawiska społecznego. Sam pełnię podobną rolę w minimalnym stopniu, nie lubię i nie umiem funkcjonować jako „kapłan nauki”, czasem jednak nawet i we mnie odzywa się taka namiętność czy ambicja.

Wstałem dziś rano w Przerośli o 3.20 i bez śniadania wyjechałem o 4.10 do Warszawy. Na Dewajtis byłem o 8.58, jadąc cały czas w deszczu, co jakiś czas ulewnym. Znaczy, że taka praktyka jest możliwa, przynajmniej wtedy, gdy nie ma śniegu. Był to jednak dzień bardzo męczący, choć w gruncie rzeczy sympatyczny. Pogrzeb Jacka dopiero w sobotę, a magisterium pana B. już jutro. Dodatkowo okazało się, że w przyszłym tygodniu co najmniej jeden dzień muszę spędzić w Warszawie – uczestnicząc w egzaminach wstępnych: czwartek, środa lub wtorek. Dodając do tego przyjęte zobowiązanie wyjazdu do Czudca na 4 dni począwszy od kolejnej niedzieli, otrzymuję układ skrajnie niedobry – w ciągu najbliższych 17 dni przejadę 2 tysiące km za kółkiem, a w Przerośli mogę być tylko trzy razy po trzy dni. Więc albo zrezygnować z udziału w pogrzebie Jacka, albo przyjeżdżając wtedy, zostać tu do wtorku i we wtorek odbyć ten dyżur egzaminacyjny. Małgorzata ma pomysł inny – żebym teraz siedział w Warszawie do soboty, a potem wpadł do Przerośli tylko na cztery dni, wrócił tu w środę wieczór i stąd jechał do Czudca. Kilometraż się zmniejsza dość radykalnie, Przerośl z 9 dni redukuje się do 4, za to zdobywam 4+4 dni warszawskie, do wykorzystania także w BN-ie. Tak, to jest dobry scenariusz, kontaktu z Pawłem, Marynią i Piotrami też będę miał trochę więcej, a Małgosia twierdzi, że w Przerośli sama radzi sobie świetnie – i chyba tak jest rzeczywiście.


  • RSS