cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

30.08.04, Przerośl

Dobrze. Dojechałem bez kłopotów, choć samochód trochę grymasił i pod koniec podróży przy zmniejszaniu obrotów gasł – ciekaw jestem, na czym polega ten defekt, bo dłubało przy tym już ze czterech warsztaciarzy, wymienili gaźnik – i ciągle kłopot się odnawia. Paweł z Adasiem już są w Warszawie, z Małgorzatą miałem kontakt telefoniczny, dom tutejszy po najeździe Hunów mniej więcej oddany w porządku, zwierzęta zdrowe, Fajka szczęśliwa, że wróciłem. Po południu pospałem, zrobiłem trochę porządku w robocie, ale Stefczyka nie pisałem, więc mogę mu zaliczyć tylko jazdę samochodem z biblioteki do warsztatu, pięć godzin, inne roboty intelektualne trwały trzy, więc bilans niezły: 355:51=6h58′, w tym Stefczyk 265:51=5h12′. Jutro będzie chyba szansa na całodzienne pisanie bez podróży i wizyt, ciekawe, czy to wykorzystam właściwie.

29.08.04, Warszawa

Niedziela.
Mniej więcej cztery lata temu rozpoczynałem podróż po Stanach Zjednoczonych. Wydawała mi się wtedy dość mało potrzebna – ot, nadarzyła się okazja dla takiego życiowego luksusu, dlaczego z tego nie skorzystać… Z perspektywy oceniam ją jako ważne doświadczenie w moim obrazie świata: zobaczyłem, że może być inaczej, i jeszcze, i jeszcze inaczej, i że także na tym świecie jest mieszkań wiele – i wiele sposobów przeżywania życia bez oglądania się na cudze opinie. Może to wydać się paradoksalne, ale właśnie odkrywanie USA dostarczyło mi argumentów przeciwko istnieniu cywilizacji i kultury globalnej, w której istnieje centrum wzorcowe i bliższe i dalsze terytoria prowincjonalne. Poszczególne dzielnice Nowego Yorku też okazały się głęboką prowincją, pogrążoną w swej lokalności, mającą swoje domy mieszkalne, biura, fabryki, knajpy i śmietniki. Przechodząc tam, miałem na czole napisane:”obcy”, więc nikt się nie dziwił, że idę nieśpiesznie i że się wszystkiemu przyglądam. Pewnie byłem tam przybyszem z „wielkiego świata”, który lustruje kwartały ich ulic domowych. Nikt nie wiedział, że przyjeżdżałem tam ze światowej metropolii Przerośl. Manhattan – poza nadbrzeżami i Central Parkiem wydał mi się brzydki, Wall Street ma tyleż uroku, ile Bracka czy Nowogrodzka. W Nowym Yorku nie chciałbym mieszkać nigdy. Więcej charakteru ma brzydkie i fatalne klimatycznie Chicago z pięknym, kulturalnym wybrzeżem jeziora i z budzącą zadumę dzielnicą polską, do której idzie się z centrum i idzie – przez brzydkie kwartały przemysłowe i osiedla murzyńskiego proletariatu, żeby w końcu dotrzeć do swoistych wielojęzycznych, ale jakoś zrozumiałych Suwałk. Piękny i patetyczny, choć głęboko obcy w tamtejszym historyzmie, jest Waszyngton. W polskim Chicago – będąc młodszym – może umiałbym zapuścić korzenie. W Waszyngtonie zawsze czułbym się „na delegacji” ( tylko skąd? od kogo???), ale w wyjątkowych warunkach mógłbym uznać, że jest to pobyt sensowny, bo tam parę ważnych kwestii rzeczywiście jest rozważanych. Cóż, zostaną rozważone beze mnie, ja to wytrzymam, i świat też. Widziałem też w Stanach autentyczną Arkadię, w której pozbawiony wrażliwości społecznej intelektualista może być w pełni szczęśliwy. Tak odebrałem Ann Arbor. Bardzo zamożny Otwock ze wspaniałym uniwersytetem. Wystarczą tylko sprawne szare komórki i gotowość do intensywnej pracy myślowej, a całe życie można przetrwać w pachnącym żywicą puchu. Poza tym wszystkim były tylko setki kilometrów szos i autostrad, wiodących przez wspaniałą i po amerykańsku rozległą przyrodę, smutne trupy rozjechanych wiewiórek i śmierdzieli, bary przy stacjach benzynowych i hale lotniskowe. A po drodze mniejsze i większe, bogate i bardzo bogate domy i wille, a w nich – sympatyczni, ale bardzo prowincjonalni – mieszkańcy, równie pogrążeni w swoich kłopotach, jak my w naszych. Życie zupełnie od naszego inne – i bardzo podobne. Umiałbym chyba w nim brać udział – staż emigracyjny mam, więc wiem, jak to jest mieszkać „gdzie indziej”, a do końca u siebie nie czuję się nawet w Warszawie i w Przerośli. Tylko po co takie zmiany, które w istocie nie koją potrzeby pogoni za pełnią? Pełnią czego?…
Ale w następną, miesięczną lub trochę dłuższą podróż w tamte strony, wybrałbym się – byle tym razem z Małgosią – chętnie.

Odwiedziła nas Dorotea z Zosią. Piotr czymś się struł i musiał zostać w domu.

Wracając do podróży po świecie: istnieje miejsce, w którym gotów byłbym spędzać starość i gdzie czułbym się na swoim miejscu, choć byłbym tam niezrozumiałym przybyszem. Zamieszkałbym może na przedmieściach Jerozolimy, może w Betanii, może nawet pod Jerycho, gdzie też jest chrześcijański kościół świętego Jerzego. Pracy szukałbym w instytucjach uniwersyteckich Autonomii Palestyńskiej – myślę, że mają jakąś uczelnię we wschodniej części Jerozolimy, albo gdzie indziej i że przyjęliby tam starego profesora europejskiej historii z marną angielszczyzną, który byłby gotów pracować dla nich. Taka obecność chrześcijańska byłaby tam zdrowa, pozwalałaby pokazywać inną drogę dla Palestyńczyków, niż antyizraelski terroryzm. Tam byłbym jeszcze przez parę lat przydatny. A Ziemia Święta obczyzną dla mnie nie byłaby w żadnym wypadku, stamtąd już nigdzie wyjeżdżać nie musiałbym, za brzozą i wierzbą bym nie tęsknił. To jednak fantazja całkiem nierealna już dzisiaj, a w momencie podjęcia się tworzenia czegokolwiek w Polsce, trzeba będzie o niej definitywnie zapomnieć. Ta droga pozostała z boku.

Jest wieczór, dochodzi dziesiąta. Rano chcę wcześnie wyjechać, więc warto już zebrać rzeczy, pożegnać Małgorzatę i iść spać. Przede mną znów sześć dni Stefczyka.

28.08.04, Warszawa

Sobotni poranek jest u nas ulubioną porą na wyprawy do dużych magazynów. Dziś byliśmy w ursynowskim Leclercku, przywieźliśmy ładny kosz sznurowy na bieliznę do Przerośli i parę innych drobiazgów. A potem znów pisanie, znów trochę spania, spacer z Małgosią po mieszczańsko ładnym Polu Mokotowskim i raz jeszcze pisanie, męczące, nudne, ale szybkie. W sumie: 347:50=6h56′, w tym Stefczyk 260:50=5h12′. Jutro niedzielna przerwa, a w poniedziałek od wczesnego rana jazda do Przerośli. Fajnie.

27.08.04, Warszawa

W świetle wczorajszych rozważań należy przyjąć, że dziś rozpoczynam nowy rok pracy: 2004/2005. O dziewiątej rano byłem już w drodze do BN-u, teraz siedzę w czytelni nad książką Gurnicza i nastawiam się na pisanie Stefczyka. W połowie dnia skoczę do redakcji po pieniądze i albo tu wrócę, albo pójdę do domu, bo wydaje mi się, że na tym etapie mogę już pisać bez ciągłego zaglądania do książek. Spraw żadnych na najbliższe trzy dni nie widać, można skupić się na robocie. Tylko spać chce się potężnie. [...] Wieczór. Ostatecznie poświęciłem sześć godzin BN-u i latania do redakcji sprawom nie-stefczykowym – pchnąłem naprzód myślenie o projekcie pisma i załatwiłem pieniądze na wyprawę na Litwę. Po obiedzie pospałem, a teraz na nowo siadam do roboty. Zabawna rzecz: od dwóch tygodni, odkąd zrezygnowałem z pracy obowiązkowej w niedziele, bardziej oszczędzam czas w pozostałe dni, spanie w dzień uwiera mnie psychicznie – „bo to przecież czas pracy…” i w ogóle pojawił mi się na nowo problem zdyscyplinowania w robocie. [...] Dołożyłem trzy godziny Stefczyka – i więcej mi się już nie chce. Bilans: 339:49=6h55′, w tym Stefczyk 253:49=5h10′. Dochodzi północ, powinienem położyć się, ale jeszcze parę spraw swędzi mnie. Zrobił mi zawód A.Cz., który wbrew umowie nie oddzwonił po moim telefonie proponującym spotkanie. Wiązałem z tą rozmową pewne plany nawiązania dalszych kontaktów, ale skoro nie, to nie…
Nie interesuję się szczególnie sportem, nie jestem typem kibica, ale dużą frajdę sprawiło mi dzisiejsze zwycięstwo Roberta Korzeniowskiego w chodzie na 50 km. Chód sportowy podoba mi się jako dyscyplina promująca walkę z własną słabością – i to walkę samotną, bardzo indywidualną. Poza tym – było to pożegnanie Korzeniowskiego ze sportem wyczynowym. Takie pożegnania zwykle są przyznaniem się do porażki, wywołanej starzeniem się. Tutaj udało się w ostatnim momencie jeszcze odnieść maksymalny sukces: po raz czwarty zdobyć złoty medal olimpijski. To taka pełnia życiowego sukcesu w sporcie, coś wyjątkowo radosnego.
Tęsknię coraz bardziej za Przeroślą i personalnie za Fajeczką. W poniedziałek po południu pójdziemy pewnie razem w pole, Fajka będzie ganiała przepiórki – i będzie cicho, świeżo, spokojnie – i dynamicznie. Jak niewiele potrzeba mi do szczęścia… Arkadyjski mit Przerośli stanowi jeden biegun pragnień, rozmach zarysowującego się na widnokręgu działania – to biegun drugi. Powinienem widzieć je kontrastowo: albo spokój, albo rozmach. Ale dziś, w tę noc z Dziewiątą Symfonią Beethovena i z listem świętego Pawła do Rzymian, wszystko jawi mi się jako harmonijna całość, jak niczym nie zakłócony dzisiejszy finisz Korzeniowskiego. Rano może spojrzę na to samo inaczej, pełen niepokoju, niedobrych przeczuć, lęku, ale teraz jest mi dobrze. Dzięki Ci, Panie!

26.08.04, Warszawa

Próbuję zebrać myśli – i idzie mi to opornie. Odnoszę wrażenie, że jestem na zakręcie, już w niego wszedłem. Jeszcze mogę wyhamować, dać wsteczny bieg, pojechać inaczej – i udawać przed sobą i innymi, że zakręcać nie miałem zamiaru. Albo też kontynuować to zakręcanie, a jest to ten moment manewru, kiedy już można i należy zacząć dodawać gazu. A jednocześnie należy rozejrzeć się w odkrywającym się, niby prawie tym samym, ale już inaczej widzianym krajobrazie…
W życiu rodzinnym nadszedł dziś koniec wakacji. Ania, Pierre i Emilka rano wyjechali w drogę powrotną do Condrieu. Zostaliśmy sami. Projektowany przejazd do Przerośli przez Głody nie da się zrealizować, bo Piotrowie, nie wiedząc nic o naszych dyskretnych chęciach, właśnie na pojutrze zorganizowali sobie powrót do Warszawy. Paweł chce mojego powrotu do Przerośli w poniedziałek w południe. Małgosia zostanie w Warszawie o trzy-cztery dni dłużej. potem wróci na wieś, żebym ja mógł wpaść do Warszawy. Nowe daty wyjazdu na Litwę jeszcze nie ustalone, przeprowadzki zwierząt da Warszawy – też nie. Ale wszystkie te wrześniowe zamieszania, to już nowy „rok szkolny”. Wakacje – w całości przepracowane – skończyły się dziś. Wyniki są u nas z Małgosią dobre, u dzieci – na tyle, na ile wiem, w zasadzie też. Nikomu z nich nie jest łatwo, z całej rodziny najmniej zmartwień mam właśnie ja, ale to wynika chyba po prostu z wieku – teraz może się popsuć w gruncie rzeczy tylko zdrowie. Majątku nie stracę, bo go nie mam. Oczywiście codziennie mogę spowodować na przykład pożar domu i wpaść w krańcową nędzę, ale obawiać się mogę raczej o bliskich, niż o siebie… Swoje już w życiu wygrałem, więcej – chcę, ale nie muszę.
Zakręt, o którym napisałem, dotyczy najbliższej perspektywy mojej pracy zawodowej. Moje poszukiwania szansy robienia czasopisma przyniosły pewne rezultaty: otrzymałem ofertę konkretną, której walorów i ograniczeń nie potrafię jeszcze ocenić, a na którą muszę odpowiedzieć w ciągu paru dni. Blog nie jest miejscem, w którym należy rozważać wszystkie za i przeciw, ale pomyśleć o tym trzeba bardzo solidnie – i nawet trzeba to zrobić na piśmie i w punktach, na innym miejscu.
Niezależnie od tego dużego zakrętu, zarysował się dziś zakręt mniejszy: zapowiedź wystąpienia do mnie z propozycją pracy dydaktycznej w prywatnej „wyższej szkole humanistycznej” w Gdańsku. Pośredniczy w tym życzliwy mi Michał Dr., który zapowiada, że gdańszczanie zwrócą się do mnie z takim pomysłem. Sama praca tego typu odpowiadałaby mi, geografia jest tu obiektywnie nienajgorsza, a emocjonalnie bardzo mi się podoba. Wreszcie trzeci efekt dzisiejszych wytężonych kontaktów, to otrzymanie z „Rzeczpospolitej” delegacji na Wileńszczyznę na pięć dni we wrześniu. Wszystko w sumie układa się w jakąś całość, zadania uzupełniają się wzajemnie i dadzą się wykonywać trochę równocześnie – pozwala to na pewien optymizm.
Dziś święto Matki Bożej Jasnogórskiej, traktowane przeze mnie zawsze z pewnym dystansem z powodu natrętnej jego propagandy w polskim Kościele lat sześćdziesiątych. Zraziło mnie to wtedy. Propagandy Jasnej Góry nie lubię. Natomiast każda bytność tam – zdarzają mi się one raz na kilka lat – jest dla mnie bardzo dużym i długo pamiętanym przeżyciem. Powiem więcej: tam właśnie zdarzały mi się rzeczy ważne, w których nie uczestniczyło żadne duszpasterstwo, żadni ojcowie duchowni, tam bywałem wobec Niej jednocześnie sam – i z całym współczesnym i dawnym narodem, z jego historią i aktualnymi wydarzeniami, i coś z tej trudnej obecności i samotności w pielgrzymim tłumie zawsze dla mnie wynikało dobrego… Nie da się ukryć, że jestem Jej za to winien dużą wdzięczność: po prostu wzbogacała moje życie, upiększała je.
To zastanawiające, jak trudno prosto mówić o życiu religijnym. Łatwiej milczeć, ale wtedy odcina się ze świata psychicznego i moralnego coś bardzo ważnego, po prostu centralnego. I coś najciekawszego, powiedziałbym: najładniejszego. Jeśli miłość dwojga ludzi, przy wszystkich jej niedostatkach i usterkach, jest tak wspaniałą treścią uniwersalnej sztuki, literatury, kultury, to jak znakomitym i bogatym ich przedmiotem mogłaby być relacja człowieka z Sacrum, gdybyśmy umieli ją adekwatnie oddać…
A współcześnie – boimy się o niej nawet napomknąć. Zubożamy w ten sposób naszą – i tak bardzo pokaleczoną – ludzką rzeczywistość.
x
Bilans: 329:48=6h51′; w tym Stefczyk: 250:48=5h13′. Na początku wakacji wyliczyłem, że powinienem pracować 7h dziennie. Wykonałem 6h51′, oznacza to około 98% planu. Chwalić się nie ma czym, ale źle to nie jest…

25.08.04, Warszawa

Minęła jedenasta. Siedzę w BN-ie, Paweł w pociągu, dojeżdża pewnie do rozlewisk Biebrzy, Ania z Pierrem wylegują się jeszcze w łóżkach, Małgosia zbiera się do podróży w Przerośli, nie wiem, co u Maryni i u Piotrów. Kontakt z A.Cz. dzięki niezawodnej pani Ligii nawiązany, spotkamy się chyba jutro, dzwonił też rano p.Pł., spotkanie na jutro umówione. Za chwilę przyjdzie tu p.Michał Dr., a za godzinę mogę dzwonić i umawiać się z Maćkiem Ł., może nawet na zaraz w redakcji. W tym układzie nie bardzo mogę skupić się na pisaniu Stefczyka. Warszawa jest wspaniała i jednocześnie obłędna – pomyślał młynarz z Przerośli.
Jesteśmy aktualnie w zupełnym kryzysie finansowym: kredyt bankowy się wyczerpał, nikt z płatników nie przelewa moich należności na konto, liczę na to, że z delegacją do Wilna uda mi się wydębić jakąś zaliczkę, ale w takim dołku nie byliśmy co najmniej od dwóch lat. [...] Dochodzi pół do trzeciej, Paweł w Przerośli, Małgosia od 50 minut już w drodze do Warszawy. Maciek jutro o pierwszej, Dr. jutro o pół do jedenastej odbierze ode mnie krótkie poparcie dla swego projektu. Dziś mogę pracować swobodnie do 17-tej, potem do domu – i szykować mieszkanie na przyjazd Małgosi. Stefczyk już zaliczył dwie i pół godziny, inne sprawy – dwie. Minąłem ćwiartkę zamówionej długości książki – 54 tysiące znaków, czyli 30 stron. Jestem ciężko zmęczony, a do piątej jeszcze godzina i kwadrans. Uff… No, dobijam do końca posiedzenia bibliotecznego – i pewno do końca roboty na dziś, bo czeka przyjazd Małgosi i obchody wczorajszych urodzin Emilki i dzisiejszych jej mamusi – Ani. Na koniec trochę statystyki: napisane jest 57 tysięcy znaków, czyli 26,4% całości. Bilans czasu pracy: 317:47=6h45′, w tym Stefczyk: 246:47=5h14′. Godzina siódma, dom +- sprzątnięty, Małgosi nie ma. Musiały mieć jakieś opóźnienie związane z niemowlakiem, bo o 17.30 były dopiero w Ostrołęce, a zatem tu będą pewno dopiero za pół godziny. Dostałem bardzo ciekawe zaproszenie na sesję w Warszawie w dniach 9-10 września na temat tradycji imperium rosyjskiego w dziejach nowożytnych regionu. Rezygnacja z udziału w niej byłaby błędem naukowym i wprost zawodowym. Oznacza to jednak wyrwanie czterech dni z czasu pracy nad Stefczykiem i poświęcenie ich na naukę, kontakty, myślenie. W rozliczeniu mieści się jeszcze napisanie z tego ciekawego artykułu do „Rzeczpospolitej”, a może i czegoś do organu własnego… Przyjechała, jest! Dobrze… Jeszcze popracowałem dwie godzinki nad materiałem dla p.Michała Dr., a więc wynik poprawił się: 319:47=6h47′.

24.08.04, Warszawa

Warszawa po kryjomu nie jest zła, bo telefonów nie ma. Do BN-u wybrałem się bez okularów, wyprawa po nie do domu zabrała godzinę straty. Ale i tak nie jest źle. Sprawy rodzinne wydają się być we względnym porządku, można pracować spokojnie.
[...] Późny wieczór. Za mną siedem godzin Stefczyka w BN-ie, w ciągu których napisałem około siedmiu tysięcy znaków niezłego tekstu, potem sen około godziny, telefon od p. Michała Dr., z którego wyniknie jutro krótkie spotkanie, wreszcie długi i bardzo ładny spacer od Dworca Gdańskiego przez Nowe i Stare Miasto, Krakowskie i Nowy Swiat, Ujazdowskie aż do Belwederu i do domu – co najmniej 8 km eleganckiej starej Warszawy, znakomicie wyeksponowanej turystycznie, z nastrojami a la rue Mouffetard i Piazza Navona. Nigdy chyba nie widziałem Warszawy tak wyszykowanej pod kątem turystów zagranicznych, których zresztą dużo – robiło to naprawdę dobre wrażenie. Spotkałem panią U.-Gr., podobno jest w Polsce A. Cz. Bardzo chciałbym się z nim spotkać i dłużej pogadać, bo nie wykluczam, że z tego akurat kontaktu mogłoby wyniknąć coś interesującego. Pani U. ma mi dostarczyć danych, jak to zorganizować.
Ciekawych rzeczy dowiedziałem się z rozmowy z Pierrem i Anią. Zdaje się, że fascynuje ich propozycja pracy dla Pierre’a w Teatrze Wielkim i że przymierzają się do powrotu na jakiś czas do Polski. Trudnością jest zdobycie mieszkania za nieduże pieniądze i w bliskości dobrej szkoły dla Emilki. Pierre optuje za szkołą polską, Ania – za francuską. Wszystko to nie wygląda zbyt realnie, ale byłoby to piękne i chętnie bym posłużył im jakąś pomocą, gdyby rzeczywiście się na to zdecydowali. Nie zabieram jednak głosu na ten temat, bo to ich sprawa, nie moja.
Wracając do kwestii symbolizowanej przez inicjały A.Cz., problematyka emigracyjna jest w tej chwili jak najbardziej do podjęcia. Podejrzewam, że wiem, jak by to należało postawić merytorycznie, nie mam dobrych pomysłów organizacyjnych. Perspektywa startu dwumiesięcznika stwarza tu jednak nową jakość. Należy co najmniej zamówić artykuł i zapowiedzieć własny na ten sam temat, ewentualnie postawić pytanie o możliwości szerszej i bardziej długofalowej współpracy. Jutro sam zadzwonię do pani U. z prośbą o tamten numer telefonu. Byłoby bardzo, źle, gdyby ta szansa spotkania przeszła mi koło nosa. A tymczasem robi się północ – idę spać. Bilans: 310:46=6h44′, w tym Stefczyk: 241:46=5h14′.

23.08.04, Przerośl

Dziś niespodziewana gimnastyka systemu nerwowego: wszystkie plany na najbliższe dni trzeba zmienić. Oczekiwane z czterech różnych tytułów pieniądze nie wpłynęły na konto [dwa przez naszą nieuwagę, jedno przez urzędniczą opieszałość, czwarte - nie wiem, dlaczego], w efekcie podróż na Litwę w przewidywanym terminie niemożliwa. Zamęt w głowie duży, szkoda mała, bo przesunięcie wyjazdu o trzy tygodnie w Polsce nie zaszkodzi, a na Litwie pewne kontakty nawet ułatwi. Żeby było śmieszniej, nie bardzo mamy co ze sobą zrobić, bo zobowiązaliśmy się do pozostawienia Przerośli Pawłowi na cztery dni – i w efekcie teraz musimy wyjechać. Gdzie? Najrozsądniej – do Warszawy (BN, redakcja, p.Pł), najprzyjemniej – do Głodów, jeśli okaże się, że jest tam akurat miejsce.
Sporą elastyczność w przystosowaniu się o zmieniających się sytuacji uważam za zaletę mego usposobienia, ale tym razem dość trudno mi przestawić się psychicznie na tę nową kombinację. [...]
Wieczór. Siedzę przy biurku w Warszawie. Uznaliśmy z Małgosią, że tak będzie najrozsądniej: Paweł będzie w Przerośli dopiero pojutrze w połowie dnia. Małgosia czeka na niego z Joanną i przyjedzie tu pojutrze wieczorem. Ja przyjechałem dziś, żeby zyskać na tym dwa dodatkowe dni BN-u i dzisiejszy zwariowany dzień wykorzystałem na szoferowanie. Jechałem tylko 4h46′, trasa miała około 325 km, dokładnie jeszcze nie sprawdziłem licznika. W Warszawie mieszkają aktualnie: Ania, Pierre, Emilka i Paweł, ale w domu nie zastałem nikogo. Póki nie przyjdą, mogę zająć się trochę Stefczykiem, który już dziś zaliczył 5 godzin podróży… A jutro będzie cały dzień BN-u, więc się chłop obłowi… Bilans: 301:45=6h40′; 234:45=5h12′.

22.08.04, Przerośl

I znów niedziela, dzień poza wyścigiem pracy. Bardzo szybko minął ten tydzień – i efekty mam nieduże. Wskaźniki zmalały, niedobrze. W tym tygodniu czeka mnie trudne ćwiczenie: Wilno i Wileńszczyzna, które postanowiłem powiązać z czasem imprezy organizowanej przez Pawła w Przerośli i teraz zapłacę za tę życzliwość ojcowską tym, że nie starczy mi czasu na załatwienie tego, co jest do załatwienia. Przychodzi mi do głowy jedno wyjście, trochę obłędne: pojechać do Wilna jutro samemu, wydłużając czas pobytu tam do sześciu dni, a w środę wieczorem lub – a la limite – w czwartek oczekiwać tam, lub nawet dowieźć stąd Małgosię – i wrócić z nią w przyszłą niedzielę. To byłoby wyjście najbardziej racjonalne, ale nie wiem, czy Małgorzata je zaakceptuje. [...] Paweł przyśpiesza powrót do Warszawy, będziemy mogli oboje wyjechać najdalej w środę raniutko. W tej sytuacji chyba tak i zrobimy, a Małgosia sama proponuje, że wróci sama wcześniej, a mnie pozwoli zostać na Wileńszczyźnie trochę dłużej, jeśli okaże się to potrzebne. Myślę, że już czas opracować szczegółowy projekt tej podróży.

su: 286:43=6h39′, w tym Stefczyk: 226:43=5h15′.

21.08.04, Przerośl

Małgosia z Joanną pojechały do Suwałk na zakupy, ja szczęśliwie zostałem przy biurku.
Przy śniadaniu sięgnąłem po podrzuconą nam przez Anię śliczną książeczkę „Kot rabina” – rodzaj żydowskiej baśni filozoficznej w postaci komiksu. Ton pogodnej groteski, auto-ironicznej w odniesieniu do kultury talmudycznej, bardzo sympatyczny, humor subtelny, trochę surrealistyczny, trochę poetycki.
Na odległym marginesie tej lektury pojawił mi się pewien ciąg myślowy, który można by zanotować tak: 1) uniwersalnym ludzkim sposobem porządkowania spraw zbiorowości jest ich instytucjonalizacja – instytucja, to twór ludzki, pozwalający zmierzyć się z chaotycznym bogactwem człowieka, 2) instytucjonalizacji w nieunikniony sposób jest poddawana także sfera wiary religijnej, żywej we wspólnocie – tu także instytucja ma opanować chaos wielokierunkowych przeżyć, reakcji i postaw, 3) instytucja – porządkując i wspomagając rozwój wspólnoty wiary – równocześnie ogranicza ją i spłaszcza, usiłując podporządkować schematom ludzkiego racjonalizmu także i to, co jest bezpośrednim śladem obecności Sacrum, 4) opozycja między ożywczym, ale chaotycznym, przeżyciem Sacrum a niezbędnym, ale ograniczającym, ludzkim ładem instytucjonalnym, wydaje się nieunikniona dla każdej ludzkiej zbiorowości religijnej i zawsze będzie powodować pewne lokalne czy szersze konflikty opinii i postaw, 5) z problemem tym borykali się i dotąd borykają się judaiści, chrześcijanie różnych wyznań, mahometanie, a zapewne i inni, próby poradzenia sobie z tym są rozmaite, ale ich sukcesy okazują się ograniczone w czasie i przestrzeni, bo ta trudność życia przed Bogiem, a równocześnie we wspólnocie z bliźnimi, jest stałą cechą kondycji ludzkiej.
x
Zadzwonił p.Pł. z pytaniem, jak idzie robota nad książką i z propozycją spotkania na temat dwumiesięcznika (lub miesięcznika), bo jego koledzy są zainteresowani kwestią wydawnictwa, oferują usługi produkcyjne i po części – kolportażowe. Proponują start już 1 stycznia. Zaproponowałem rozmowę w pierwszych dniach września – tutaj lub w Warszawie czy Gdańsku. Telefon ten można byłoby nazwać w tym przypadku licytacyjnym forsingiem, nie zgłosiłem jednak gotowości do szlemika, tłumacząc to wyprawą na Litwę i koncentracją uwagi na kwestii książki, ale też, nie osłabiłem chyba impetu. [...] Już wieczór. Rozmowa z Pł. podnieciła mnie do tego stopnia, że przez cały dzień zastanawiałem się głównie nad tym, jak rozgrywać tę rundę i cały mecz miesięcznikowy. Po pierwsze jest to bieg na niewiadomy dystans: nie wiem, ile lat będę mógł jeszcze pracować twórczo: może dziesięć, ale może rok czy dwa. Po drugie jest to dyscyplina indywidualna, ale gra się w uzależnieniu od innych – i albo się to uda lepiej, albo gorzej. Popełnionego jutro czy za miesiąc błędu naprawić już nie zdążę, bo będzie to ostatnia gra w życiu twórczym. Mogę sobie teraz sprawić warsztat dobry, niezły, marniutki, albo zupełnie nieużyteczny.
Najprościej byłoby zrezygnować z transakcji: wtedy nie popełnię błędu. Zostaje mi wtedy pięć lat dydaktyki, stopniowo usychająca publicystyka w „Rzepie” i napisanie dwóch kolejnych książek – tematy przychodzą do głowy bardzo często. Roboty wystarczy, nudzić się nie będę, śpieszyć też nie będzie trzeba.
Pomysł z czasopismem jest wzięciem sobie na głowę dużego kłopotu. Motywacja jest jedna: wtrącać się w tok wydarzeń doczesnych i aktualnych w sposób bardziej klarowny i uporządkowany, niż mogę to zrobić w warunkach dotychczasowych. Wyraziściej usytuować swój komentarz do tego, co się dzieje i dokładniej pokazać, co wydaje mi się szczególnie ważne. Warunki są takie: mam szansę zdobyć sobie zaufanie pewnej kategorii czytelników, z którymi się rozumiemy. Szansa ta będzie rosnąć lub maleć w zależności od tego, jakie to będzie pismo. Kolejność kryteriów oceny pisma jest taka: treść, autorzy, redaktor, forma wypowiedzi, więź z czytelnikami, polityczne zaplecze pisma. I szczerze mówiąc, chcę się sprawdzić w grze w te klocki… Wbrew opiniom niektórych osób z otoczenia – wśród nich i Małgosi – jestem optymistą. Gdybym nie spróbował wykorzystać tej szansy, która niespodziewanie pojawiła się w toku ostatnich kilku miesięcy, miałbym do siebie żal. Jeśli spróbuję i przegram, sytuacja będzie honorowa, a stracę stosunkowo niewiele. Jeśli spróbuję i wygram, mam szansę zostawić po sobie wyrazistszy ślad, biegnący w kierunku, na którym mi zależy. I tyle.
Bilans: 292:44=6h38′; w tym Stefczyk: 227:44=5h10′.


  • RSS