cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

25.09.04, Przerośl

Już wieczór, a nie napisałem jeszcze nic. Rano w Gołdapi udało mi się odebrać obrazy Małgosi. Trzy wyglądają świetnie, jeden wykadrowałbym inaczej, ale widzę to dopiero teraz, piąty do mnie artystycznie przemawia mniej, ale w sumie jestem bardzo zadowolony, że zmobilizowaliśmy się do tego, tym bardziej, że to dopiero początek. Myślę, że Małgosia ucieszy się jeszcze bardziej. Jutro wieczorem już tu będzie.
Sprawy gospodarcze zakończą się jutro. Chłopaki – mimo niedzieli – wywiozą resztkę gruzu. Trochę oponowałem,ale okazuje się, że powiozą go na kolonie, gdzie ktoś go potrzebuje do umocnienia drogi na pole, więc przez wieś jechać nie będą. A ich samych do świętowania niedzieli zmuszać nie chcę, bo to akurat nie katolicy, tylko ewangelicy, więc nie powinienem się wtrącać. Heniek Ch. po kościele przyjdzie na konferencję w sprawie budowy schodów na piętro. Chcę go namówić, żeby to robił od 15 października, on chce od 25-go, ale z nim dogadamy się na pewno, to pierwszorzędny gość.
Rozważania samochodowe skłaniają mnie do rezygnacji z myśli o UAZ-ie (za ciężki) i do powrotu do koncepcji Łady-Niwy, i to nowej. W Rosji kosztuje 4 500 dolarów. Cło trzeba sprawdzić, z gazety „Giełda samochodowa” wynika, że podobno 10% wartości, to oznaczałoby 5 tys.dolarów, czyli wedle obecnego kursu raptem 17 500 złotych. Co płaci się obecnie dodatkowo – i ile – muszę się dowiedzieć. Kosztów podróży „do Putina” doliczać nie muszę, bo wymyślę jakiś temat
dla „Rzeczpospolitej” i pojadę za darmo. Gdzie ją kupować i kiedy? Najpewniej w miejscu produkcji, ale to potwornie daleko – w Samarze. Najprościej w Petersburgu, bo do estońskiej Europy najbliżej, poza tym może miałbym nawet oparcie u mego „uśpionego” doktoranta sprzed lat. Trzeba by do niego napisać, czy miałby tam szansę zorientować się w możliwości kupna i ewentualnie mi pomóc technicznie, za co ja coś tam bym mu wygłosił w jego duszpasterstwie, jeśli takie dotąd prowadzi – bo to przecież ksiądz i społecznik… No, ale w takim układzie trzeba mieć około 20 tysięcy złotych do wyłożenia, a tego na razie nie umiem sobie wyobrazić konkretnie. Niemniej przymierzyć się trzeba…
Trudno po tych sprawach przestawić się na pisanie o pierwszej wojnie światowej w Galicji, ale trzeba, zwłaszcza, że jutro niedzielna „przymusowa” przerwa. Jest ósma, po kawie jestem świeżutki, mogę pisać co najmniej do pierwszej. Wio, koniku, wio!
(…) No, i dochodzi pierwsza. Bilans: 526:74=7h06′; 367:74=4h59′. Mam napisane 85,6 strony, czyli ponad 71% całości. Pisanie idzie strasznie powoli, ale tekst wydaje mi się niezły, bo jest w nim równowaga między szczegółami faktycznymi, a związana z nimi refleksją. Pod tym względem jest chyba lepszy, niż części wcześniejsze, mniej nużący. Niestety najbliższe dni będą, jeśli chodzi o pisanie, słabiutkie. Trzeba się będzie skupić na rozpoczęciu dydaktyki. Doświadczenie uczy, że zwykle dopiero gdzieś po miesiącu zajęć uświadamiam sobie, co chcę nimi osiągnąć, a wtedy jest trochę późno na właściwe ustawienie wykładu. Jutro niedziela, Stefczyk leży, mogę sobie luźno pomyśleć i zapisać koncepcje poszczególnych cykli wykładowych, tak, żeby potem nie szykować tego w ostatniej chwili. Uff, zafundowałem sobie wakacje w tym roku troszkę męczące, niech to szlag trafi! Ale efekt jaki taki jest.

24.09.04, Przerośl

Dzień bardzo roboczy. Napisałem kolejne trzy strony, jestem po omówieniu pierwszej wojny, a przed wojennymi przygodami pana S., więc posunąłem się bardzo daleko do przodu w sensie treści.
Nadzorowałem przywóz węgla i pracę młodych JJ. przy usuwaniu gruzu. Pojawił się Przemek, akurat wtedy, gdy oni pracowali. Chciał się mądrzyć, co mają robić, ale wychyliłem się z okna i powiedziałem krótko i spokojnie: spieprzaj. Chłopaki byli zachwyceni, a on speszony. Potem chciał coś mi pomóc w czym innym, grzecznie powiedziałem, że sobie nie życzę. Zabrał swoją drabinę, po którą podobno przyszedł i tyle, ale na pożegnanie coś zażartowałem i trochę mu się lepiej zrobiło. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się spotkać dorosłego człowieka, który byłby tak psychicznie przeze mnie zdominowany, tak zależny od tego, czy się do niego uśmiechnę. Głupio mi, że mnie akurat sobie ustawił w roli dominującego, chciałbym się od niego odczepić, nie spotykać go, a równocześnie żal mi go, bo razem ze swoją poważnie złą przeszłością – udział w bójce kilku na jednego, która doprowadziła do śmierci człowieka, razem z całą niesolidnością i pijaństwem, wydaje się po pierwsze dzieckiem, po drugie – dzieckiem, które chciałoby być chwalone. Taki człowiek potrzebuje wychowawcy. Tylko ja bardzo nie chcę nikogo wychowywać, wolę kamienie na drodze tłuc. Całe życie udało mi się nie być szefem słabszych czy młodszych ode mnie. I chciałbym, żeby już tak zostało.
Bilans po dzisiejszym dniu: 520:73=7h07′; Stefczyk: 362:73=4h58′.

23.09.04, Przerośl

Doświadczenie samotnej pracy intelektualnej, kontynuowanej przez wiele dni przy minimalnym kontakcie ze światem zewnętrznym (telefony Małgosi, lektura „Rzeczpospolitej”, poranna wizyta w sklepie), to dość chyba rzadka rzecz w dzisiejszym świecie. Zdaje się, że jestem do tego stworzony, bo znoszę to znakomicie i jestem myślowo płodny. Czas pracy przesunął się radykalnie na wieczór i noc, ale – co najzabawniejsze – miesza się z czasem wypoczynku, do tego stopnia, że trudno mi kontynuować moją ulubioną statystykę. Wczoraj miałem wyniki: 504:71=7h06′; 351:71=4h57′, ale dzisiejsze podliczyć będzie trudniej, bo dalszy ciąg rozdziału, który piszę, przyśnił mi się nad ranem – i teraz, na jawie, pomysł wydaje mi się nie tylko sensowny, ale dość odkrywczo syntetyzujący to, co dotąd jawiło mi się jako suma detali. Że mi robota na mózg padła? To co, dobrze, że idzie do przodu.
Zresztą nie jest to monotematyczne: obok książki o Stefczyku, podobne pchnięcie odczułem także w tym wypoczynkowym studium Toynbeego, jakie prowadzę od tygodnia, czy więcej. Historyk, to on jest umiarkowany, ale filozof duży – rozumie jednostkę, społeczność, w ogóle człowieka – i sam tok dziejów też, tylko – jak prawie każdy zachodni myśliciel – jest cholernie europocentryczny i przez to ograniczony.
Lektura Toynbeego przywołuje mi reminiscencje z bytności w Izraelu, w Turcji, zwłaszcza w Efezie i okolicach, w Antiochii, a potem w Harran, na starym szlaku Abrahama. Tam dopiero czuje się ciśnienie historii cywilizacji i jedność dziedzictwa trzech religii – judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Dobrze mi w Przerośli, ale gdybym mógł pojechać i żyć tam, czułbym się chyba na swoim miejscu do samej śmierci: coś bardzo ważnego z mojej osobistej ojczyzny jest właśnie tam. Dobrze byłoby odkryć, co to jest, nazwać to, wypowiedzieć, ale trzeba byłoby się tego nawdychać z powietrza, a nie tylko poznawać z anglojęzycznych książek. A tu starość człowieka dorwała i już nie puści…

Rzeczywistość gospodarcza posuwa się naprzód, ale po wybojach: zamówiłem tonę węgla, mają dowieźć dziś lub jutro, obgadałem z bliźniakami z sąsiedztwa wywóz gruzu, zostawionego przez Przemka pod domem, zrobią to jutro. Przyjechał miejscowy glina z mandatem za przekroczenie szybkości – złapali mnie na ukryty radar dwa tygodnie temu na wjeździe do Suwałk, straciłem dwie stówy i sześć punktów w prawie jazdy, diabli mnie biorą, ale zapłacić muszę.
Glina znajomy, niemal zaprzyjaźniony, pan B., podjechał UAZ-em. Wsiadłem z nim się przejechać. Można podobno takiego starego grata dostać za 4-5 tysięcy w okolicy, trzeba od razu przerobić go na gaz, bo bydlę pali do 17 litrów benzyny, a potem jeździć w terenie bez ograniczeń po błocie, po śniegu – jak chcąc. Na wszelki wypadek poprosiłem o dane faceta chcącego taki wóz sprzedać. Jeśli przyjąć, że auto jest mi potrzebne przede wszystkim tu, a do Warszawy będę jeździł nim tylko parę razy w roku, to może jest to jakaś koncepcja tania, a realna. Oczywiście można potem kiedyś do takiego pudła wstawić silnik z Mercedesa i jeździć jeszcze lepiej i szybciej, tylko w dalszym ciągu nie bardzo elegancko i wygodnie, zwłaszcza w zimie, bo to kryte tylko plandeką. Małgoś, zastanów się nad tym, a ja pogadam z tutejszymi mechanikami… Dzieci będą zszokowane, jak przy kupnie „Sukcesika”, ale trudno. Zresztą – zapraszam do dyskusji całą rodzinę…

A jeśli ktoś z Czytelników bloga ma takie doświadczenia – czym jeździć po marnych bocznych szosach i leśnych drogach tanio i przez cały rok, mała szybkość i niewygody nieważne, a elegancja – wprost nielubiana, to też proszę o uwagi z uwzględnieniem, że budżet mamy taki raczej emerycki, a ja majsterkowiczem nie jestem (nie znam się i nie mam prawej dłoni, prowadzę dużo – 0,7 mln km zrobiłem – i nieźle, ale niczego sam przy aucie nie zrobię, zmiana koła to dla mnie 45 minut ciężkiej pracy…). „Sukcesik” jest maluchem, a ja grubasem, używam go od 8 lat, zrobiłem 177 tysięcy, sprawdził się dobrze, ale już chyba ma dość i trzeba go posłać na emeryturę. Mnie niby też, ale jako „samodzielny pracownik naukowy” mogę jeszcze profesorować co najmniej pięć lat, więc nadaję się też do kupna auta na raty. Duże pieniądze widywałem tylko na obrazku, przy średnich bywam bardzo lekkomyślny, w drobnych za to dość śmiesznie skąpy. Bywa, że chodzę pieszo, żeby nie płacić za tramwaj, ale na drogą książkę albo zwariowaną podróż chętnie dam się namówić. Więc jak, kupować starego UAZ-a za grosze, czy nie? Co radzicie, ludzie mądrzy? I tak zresztą zrobię, jak zwykle, po swojemu, więc nie bójcie się napisać, co się wam wydaje…

Wieczór. Skończyłem rozdział. Mam 144 tysiące znaków, czyli 80 stron. Dwie trzecie tekstu zrobione! O jakości tej książeczki wypowiadać się nie mogę, epokowe dzieło to nie będzie, chciałbym, żeby dało się czytać i żeby choć w paru miejscach skłaniało czytelnika do chwili zamyślenia. Zostawiając jakość na boku, mogę się cieszyć tempem roboty. Jeśli tak dalej pójdzie, plan będzie wykonany.

Obejrzałem dziś – po kilku dniach przerwy – „Panoramę”. Skandal z raportami Błochowiak i Ziobry na temat Rywina nie nadaje się do komentowania przy paniach i młodzieży. Zdziwiło mnie co innego. Zagrożony śmiercią przez terrorystów 61-letni Anglik błaga ich o darowanie życia w sposób wywołujący obrzydzenie. To samo robi jego rodzina w Londynie. Bardzo to przykre, biologia bierze górę nad godnością, różnie można się upodlić – także na chwilę przed śmiercią, i wtedy to jest chyba najgorsze. Ale to w końcu sprawa jednego tchórza i jego ogłupiałych bliskich. Dlaczego jednak pokazują to dzienniki telewizyjne na całym świecie? Przecież to realizacja propagandowych celów terrorystów: ” widzicie, my potrafimy ginąć za sprawę, a wy jesteście gównem i tak się zachowujecie. To jasne, że ostatecznie musimy zwyciężyć my!” Nie pojmuję tępoty decydentów telewizyjnych, którzy ten materiał puścili…
A dzisiejszy bilans: 512:72=7h07′, w tym Stefczyk – 356:72=4h57′.

21.09.04, Przerośl

Początek kalendarzowej jesieni przyniósł deszcze, wiatr, ochłodzenie i nie tylko… Zawsze byłem pewien, że nie grozi nam tu przynajmniej jedna klęska żywiołowa: trzęsienie ziemi. Byłem naiwny! Dziś ziemia dwukrotnie się zatrzęsła – o 13.09 i o 15.35. Gdyby nie reakcja Fajki i Bazylki, sądziłbym, że mam omamy, ale dom wyraźnie się trząsł. W trzy minuty po pierwszym wstrząsie dzwoniła Małgosia, powiedziałem jej o tym. Paweł nie wierzył, ale po dwóch godzinach powiedzieli o tym w telewizji. Małgosia znów zadzwoniła, żeby mnie poinformować, a akurat wtedy – dwie minuty wcześniej był drugi wstrząs, oficjalnie silniejszy, ale ja odczułem go słabiej, bo leżałem na łóżku. Epicentrum było na wybrzeżu Bałtyku, 40 km od Królewca. Pierwszy wstrząs – 4,6 w skali Richtera, drugi – 5,0. Wieczorny dziennik tv podał, że w tej strefie geograficznej trzęsienia nie występują, mogą zdarzyć się raz na tysiąc lat, natomiast fachowcy od wstrząsów sejsmicznych stwierdzają od jakiegoś czasu regularne słabe drgania w okolicy Królewca – i to wyłącznie za dnia, co może oznaczać, że są one związane z działaniem ludzkim, w domyśle – jądrowym. Mój komentarz: zapewne dziś coś się komuś nie udało, może zapił i trochę nierówno mu wyszło, stąd to trzęsienie. Strat w Polsce nie notują na pewno, a w okręgu królewieckim oficjalnie też nie. Jutro mają być dane z sejsmografów krajów otaczających, może coś będzie wiadomo. Gdyby jednak naprawdę było to wywołane jakąś dłubaniną jądrową, to może to mieć spore skutki polityczne…
Przypomina się stara piosenka bodaj Janka Kelusa: …to obsesja czysta – miało być o jeżach, jest o komunistach…
A poza tym – pisałem Stefczyka. Bilans: 497:70=7h06′; w tym Stefczyk:345:70=4h56′. Już jest po pierwszej, rano znów się nie poderwę.

20.09.04, Przerośl

Dziś dzionek pracowity i owocny. Dobiegam dziesiątej godziny roboty. Stefczyk dostał z tego 6, ale też policzywszy znaki stwierdziłem, że mam napisane 70 stron z zamówionych 120. Zaczyna to wyglądać trochę pomyślniej. Jeśli ten samotny tydzień miałby tak iść dalej, to do soboty wieczór miałbym szansę szczęśliwie zakończyć wojnę światową, która ma szansę wybuchnąć w środę koło południa.
Zadzwoniła Małgosia. Szpital rodzinny jako tako egzystuje, Dorotea słaba i raczej leżąca, Paweł, który wczoraj też chorował, ma się lepiej, Zosia już poznajomiła się z Babą i jest im miło, ale Małgorzata mocno zmęczona nerwowo. Od niedzieli dyżur przejmie matka Dorotei, pewnie będzie jej jeszcze trudniej, bo nie będzie, jak Małgosia, we własnym domu, tylko w nieznanym sobie jeszcze mieszkaniu Piotrów. Ale pewnie Dorotea będzie już trochę silniejsza. Kontrast między absolutnym spokojem mojej egzystencji tutaj i urwaniem głowy u Małgosi napawa mnie poczuciem luksusu, niezawinionego wprawdzie, ale będącego jakąś niesprawiedliwością losu.
Zadzwonił także pan dziekan polonistyki – wykłady będę miał w tym roku trochę wcześniej – o trzeciej. To będzie nawet wygodniej, wcześniej będę wracał do domu, a po radach wydziału nie będę czekał dwóch godzin na zajęcia. Zaczynam za tydzień, bez entuzjazmu, ale i bez obrzydzenia. Dydaktyka w tym wymiarze, jaki mi się w tym roku szykuje, będzie stosunkowo łatwa – i nudna, bo w większości powtarzana już bodaj piąty raz.
Przyszło mi do głowy, że w sytuacji, kiedy wiceministrem w MEN-ie została Anna, warto trochę popracować nad sprawozdaniem z mojej pracy na Litwie i Białorusi i nadać mu charakter nie tyle formalny, co merytoryczny i postulatywny, co do koncepcji takiej pracy na przyszłość, bo może coś z moich wniosków doczekałoby się jakiejś realizacji…
Bilans czasu: 488:69=7h04′, w tym Stefczyk: 339:69=4h58′.

19.09.04, niedziela. Przerośl

Małgosia pojechała do Warszawy, robić za babcię. W Olecku, skąd wyjeżdżała, stwierdziłem, że mam autobus do Gdańska o 8.45, który przyjeżdża tam o 16-tej. Powrotny idzie też rano. To dobrze, wykorzystam go 8 października. A tymczasem czeka mnie osiem dni samotności, mam nadzieję, że spokojnie pracowitej.

Znakomity w syntetycznym widzeniu historii cywilizacji i relacji między nimi, Toynbee popełnia czasem żenujące błędy w znajomości konkretnych faktów. Tak znaną bitwę, która powstrzymała w 732 roku napór islamu na Europę Zachodnią, spod Poitiers przesuwa o ponad dwieście kilometrów na północny wschód i nazywa bitwą pod Tours. Im dalej na wschód Europy, tym wie mniej. Kontakt chrześcijaństwa zachodniego z prawosławiem w Europie środkowo-wschodniej osiągnięty został dopiero dzięki Hanzie i Krzyżakom, którzy schrystianizowali pobrzeże Bałtyku od Pomorza aż po Rygę. Habsburska Austria odparła islamskich Turków w 1683 roku spod Wiednia, wykazując swą siłę dawnej niemieckiej marchii południowo-wschodniej. Że wielki historyk nie wie nic o Piastach, Jagiellonach i Sobieskim, to może irytować przede wszystkim Polaka, inni mogą się tym nie przejmować. Jeśli jednak łapię go na takich „drobiazgach” w odniesieniu do tych nielicznych fragmentów historii powszechnej, które znam, to zadaję sobie pytanie, jaka jest jego wiedza o przebiegu wydarzeń w innych regionach i epokach, o których pisze ze swadą i wspaniałą inteligencją. Nie chcę go kompletnie dezawuować po przeczytaniu raptem 140 stron, ale przekonuję się, że jego argumentację warto by jednak sprawdzać, zanim się ją kupi ryczałtem.

Na marginesie tych lektur pojawiają się myśli, które należałoby rozwinąć. Ich notowanie tu będzie irytować tych gości blogu, którzy nie lubią tematów trudnych, ale co zrobić, ten tekst jest po prostu moim – głównie intelektualnym – notesem i dlatego przede wszystkim go prowadzę. Czytanie obowiązkowe nie jest. Otóż:
- ocenom moralnym podlegają w sensie ścisłym czyny, w sensie ograniczonym – ludzie, dokonujący czynów, rozciąganie ocen moralnych na całe społeczności jest godzeniem się na bardzo dużą nieprecyzyjność ocen (tu kwestia stereotypów) – o tym wspominałem już 31.07.04;
- społeczność jest podmiotem moralnym bardzo mgławicowym, ale z reguły dysponuje ona specyficznym dla siebie kodeksem moralnym, wyrażonym symbolicznie w jej kulturze;
- w konsekwencji kultura danej społeczności może podlegać ocenom zawartej w niej aksjologii etycznej znacznie precyzyjniejszym, niż oceny stosowane do samej społeczności czy do jej konkretnych członków;
- głupotą jest mówienie: Polacy, Niemcy, Rosjanie, Żydzi mają takie oto cechy moralne; natomiast możliwe jest bardzo ostrożne twierdzenie, że kultura polska, niemiecka, rosyjska, żydowska ( a także różne kultury religijne), premiują względnie potępiają nieco odmienne zachowania moralne;
- przy wyciąganiu z tego twierdzenia wniosków, odnoszących się do związanych z tymi kulturami społeczności, a tym bardziej do konkretnych ich członków, trzeba brać pod uwagę nigdy w pełni nie znany stopień tego związku między danym indywiduum, a daną kulturą i jej moralnym przesłaniem – nikt nie jest idealnym wcieleniem kultury, do której można go w przybliżeniu przypisywać.
Wydaje mi się, że jakoś tak można byłoby szukać wyjścia ze sprzeczności między doświadczanym zjawiskiem typowości niektórych zachowań w obrębie określonych społeczności, a niebezpieczeństwem jawnego błędu ulegania stereotypom etnicznym, religijnym, czy innym.

18.09.04, Przerośl

Toynbee: łatwość jest zabójcza dla cywilizacji. Geograficzne przykłady cywilizacyjnych zwycięstw ludów z „krajów trudnych” nad ludami „krajów łatwych” są dla mnie tym ciekawsze, że niektóre z nich znam z autopsji. Nie mogę ocenić porównania między dolinami Huang-ho i Jancykiangu w Chinach, ani między Beocją a Attyką w Grecji, czy nawet Anglii i Szkocji. Mówi mi za to coś zestawienie bizantyjskiego Złotego Rogu i Chalcedonu, Nowej Anglii i Wirginii w Stanach, a także Nadrenii i Prus Wschodnich. Ten ostatni przykład porusza mnie głęboko, bo dotyczy między innymi „lichych ziem” Pomorza i Mazur. Autor nazywa je krajem trudnym, zalicza więc do tych, które pobudzają do wysiłku cywilizacyjnego. O Prusakach pisze: „Możemy ich nie lubić, ale nie możemy zaprzeczyć, że pobraliśmy od nich doniosłe i nader cenne lekcje.” To zdanie powinni zapamiętać sobie przede wszystkim Polacy.
Jeszcze jeden przykład Toynbeego daje wiele do myślenia: porównanie dwóch bardzo aktywnych cywilizacyjnie i rywalizujących narodów z trudnego fragmentu ziem syryjskich: Filistynów z nadmorskiego Tyru i Sydonu i schodzących z kamienistych gór Izraelitów. Filistyni to potomkowie Chama, który miał syna Kanaana. To także twórcy państwa na ziemi Kanaan. Państwo to zwało się Philistina=Palestyna… Dzisiejszy konflikt w Izraelu sięga swą mityczną interpretacją czasów noahickich: zaczął się od tego, że – jak śpiewaliśmy przed laty w Kręgu – „Noe upił się i przebrał zwykłej miarki, a że na nogach ledwo stał, więc poszedł spać do Arki. I przyszedł Cham, i zaśmiał się…”
Dla takich skojarzeń rzeczy dalekich i bliskich, dawnych i współczesnych, warto czytać tę książkę.
Małgosia jedzie jutro do Warszawy być troskliwą babcią i dobrą teściową. Oboje z Fajką jesteśmy markotni, patrząc na obrządek pakowania. Zdumiewające, jak bezbłędnie nasza Psica wie, o co chodzi i jak tuli się do Małgorzaty, a mnie traktuje normalnie, wiedząc, że ja tym razem zostanę. Dzwonił Paweł, wykorzystując naszą darmową taryfę weekendową. W nowym roku szkolnym namnożył sobie zajęcia dodatkowe, każde z osobna świetne, ale boję się momentu, kiedy trzeba je będzie zawieszać, bo nie starczy mu czasu na naukę. Za tydzień jedzie ze szkoły na tydzień do Paryża. Radziłem mu, żeby – rezygnując nawet z innych rzeczy – poszedł do l’Orangerie na impresjonistów, a Luwr ograniczył do romańszczyzny, gotyku i renesansu, darowując sobie całą resztę. Zresztą niech wybiera, co chce, ale niech wybiera sam i możliwie świadomie. Tylko wtedy zapamięta coś ze swych kontaktów z dawną sztuką.
Jest późny wieczór. Zdecydowałem się na jeszcze jedną gimnastykę z dziesięcioma stronami Toynbeego. W rozdziale „Geneza cywilizacji” przeczytałem paragrafy: Bodziec nowego terenu i Bodziec ciosów. Mam tu tezy o mobilizującym wpływie migracji, zwłaszcza migracji morskiej, na poddającą się jej społeczność. Pozostająca w starym kraju część populacji bywa bierna w porównaniu z migrantami. Migracja morska, rozbijająca radykalniej stare struktury społeczne,działa tu jako bodziec szczególnie silny. Bodźcem do wysiłku bywa też klęska. Tu – po wielu przykładach politycznych – autor nadzwyczaj ciekawie tłumaczy stan psychiczny apostołów między wniebowstąpieniem Jezusa, a zesłaniem Ducha Świętego: oni przeżywali prostrację – wódz zmartwychwstały ich opuścił, zostawił samych. To była klęska – i odbicie się od niej ku potrzebie mobilizacji dla walki o przetrwanie było psychologiczną treścią zesłania Ducha Świętego. Można tę refleksję odrzucić jako zbyt naturalistyczną. Ale można rozumieć ją jako analizę psychologicznego aspektu tamtych nadprzyrodzonych przemian wspólnoty. Od wczesnej młodości symbolem Wniebowstąpienia był dla mnie pusty peron po odjeździe pociągu, którym odjechał ktoś drogi. To była może nie klęska, ale na pewno smutek i osamotnienie. Ale one mogą być bodźcem do działania – z tym zgadzam się na pewno.
Bilans pracy od 1 lipca: 478h:68 przyjętych dni pracy=7h02′ dziennie, w tym Stefczyk 333:68=4h54′. O.Potocki, przyznając się wczoraj do lektury mojego bloga, podziwiał skrupulatność tych moich wyliczeń. Tak naprawdę są one dowodem mojego strasznego lenistwa: normalny człowiek nie potrzebuje takiej statystycznej podpórki, żeby pracować w potrzebnym wymiarze – ja muszę stwarzać sobie taką dodatkową motywację, żeby nie plunąć na całą robotę i nie zająć się byle czym. Kiedyś w podobny sposób liczyłem wypalone papierosy czy wypite piwa, póki nie zdecydowałem się na kategoryczne odstawienie tych używek. Okresowo liczę wydawane pieniądze. Te sprawdziany są dowodem słabości, którą kiedyś dawno uczono opanowywać treningiem. Jestem starym facetem, z natury mięczakiem. Jeśli coś w życiu umiałem zrobić, to dzięki takim treningom. A zaniechania ich – dla dania folgi mojej autentycznej naturze czy dla przeżycia wolności od narzucanych mi norm, czy dla jeszcze innych podobnych filozoficznych motywacji – spowodowały mnóstwo osłabień, obniżeń jakości mojego życia, po prostu przegranych. Gdybym nie uwierzył na jakieś trzydzieści lat prorokom chrześcijańskiej akceptacji samego siebie takiego, jakim jestem, i w paskudny, przedsoborowy sposób wymagał od siebie więcej, nie porobiłbym mnóstwa głupstw i miałbym bez porównania lepsze osiągnięcia życiowe – i większą satysfakcję. Nikogo tu do niczego nie namawiam, sam dla siebie przyjmuję – niestety niekonsekwentnie – metodę zmuszania się do treningu. Rzekłem.

17.09.04, Przerośl

Tomek J. – lat 7 – miał przedwczoraj atak ślepej kiszki. Za radą Małgosi wylądował od razu w szpitalu, gdzie wieczorem zrobiono mu operację, ale w sąsiedztwie wycinanego wyrostka znaleziono narośl na jelicie cienkim. Operacja zrobiła się podwójna, wycinek pojechał do Białegostoku do analizy. Wynik będzie za dwa tygodnie. Dziś nad ranem sms od pani Ani do Małgosi z prośbą o pożyczkę 100 złotych. Pojechaliśmy rano do szpitala, ona śpi tam przy dziecku na kozetce, to dobry obyczaj dzisiejszych szpitali dziecięcych, ale to kosztuje – niby grosze, ale dla niektórych mam i to jest bardzo dużo. Przy tym ona sama jest w ciąży, czwarte dziecko w drodze, „a tu jeszcze ten szpital Tomka w samo kopanie ziemniaków…” Pomyślałem, że ta nasza Przerośl jest, co tu nie mówić, granicą dwóch światów – socjalnych, ekonomicznych, kulturowych. Na Mokotowie należymy na pewno do biedniejszych mieszkańców naszej spółdzielni mieszkaniowej. Tu – do przybyszy ze świata bogatych i żyjących „na luzie”. Ta relatywność naszej sytuacji jest doświadczeniem pouczającym – i jednocześnie psującym spokój konsumpcji codziennych bułeczek. Cóż, mam 65 lat ukończonych, w tym wieku świata się nie zmienia…
Z Suwałk pojechaliśmy do Gołdapi. Ramki i passepartout do obrazków dopasowane i zamówione, będą za tydzień. Po drodze sms od o.Potockiego, temat wykładu inauguracyjnego na filozofii u dominikanów: „Trwanie wiary na XX-wiecznej Białorusi”. Myślę, że będzie to ciekawe, bo materiał mam do tego doskonały z Witebska. A sytuacja polityczna na Białorusi robi się taka, że chyba nie mógłbym tam dłużej pracować nawet, gdyby Wieniamin się postarał o przedłużenie mojego kontraktu. Mogłoby się to potoczyć ostro, ale ja – jak wielekroć – akurat będę gdzie indziej, a nie tam, gdzie dzisiaj biją… Dziesięć dni temu prosiłem jeszcze o załatwienie mi tego i o kontakt. Jak nie chcą, to nie, mam ich w nosie. Nie mój Łukaszenko, tylko ich, niech się martwią sami, co z tym fantem zrobić. Ja mam swoje bułeczki w Warszawie…
Zadzwonił Mirek, nauczyciel ze Szczekocin, poznany w Czudcu, chce, żebym jesienią przyjechał do jego młodzieży. W kwestii terminu ma się porozumieć między 27 a 30 września, bo na razie jeszcze nic nie wiem na temat harmonogramu zajęć.
A dziś siedemnasty września. Sześćdziesiąta piąta rocznica napaści sowieckiej. Przez całe dziesiątki lat ten dzień był ważny emocjonalnie, jako dzień prawdy przemilczanej. Tak, to chyba ważne: ukryta energia prawdy przemilczanej. Warto o tym pamiętać we wszelkiej propagandzie, we wszelkiej polityce. Prawda ujawniona i ogłoszona tę siłę zapłonową traci, 17 września dziś już takich autentycznych emocji nie budzi, skoro jest przedmiotem oficjalnych enuncjacji i artykułów.
W książeczce o Stefczyku przekroczyłem dziś połowę zaplanowanej i oficjalnie zamówionej długości tekstu – mam napisane ponad 61 stron. Bilans: 470:67=7h01′, 328:67=4h53′.

16.09.04, Przerośl

W redakcji twierdzą, że żadnej sprawy nie było i że rzecz musiała wyniknąć z jakichś przyczyn technicznych. Może i tak, ale przekonany jeszcze nie jestem. Dziś, niezależnie od pisania Stefczyka, zafundowałem sobie fragment Toynbeego, gdzie na dwóch stronach rozprawia się z rasistowską teorią na temat rozwoju cywilizacji. Ciekawsze od tego jest spostrzeżenie o naprzemiennych fazach statyki i dynamiki, ruchu – pauzy – ruchu w dziejach społeczności ludzkich. Baza empiryczna tego stwierdzenia jest nikła, natomiast możność jego wykorzystania filozoficznego, czy nawet ideologicznego – duża. Jest to zatem hipoteza swoiście niebezpieczna intelektualnie. O krok od niej jest przypisywanie własnej teraźniejszości określonego miejsca w tym naprzemiennym rytmie, co może skłaniać albo do konserwatyzmu, albo odwrotnie do radykalnego progresizmu, zależnie od interpretacji, w której fazie jesteśmy.
Zadzwonił Andrzej P., ma pozytywną recenzję Aleksandraviciusa, umówiiśmy wstępnie termin egzaminu na przełom września i października, obronę wyobrażamy sobie w listopadzie. Przymierzamy się do terminu podróży na Wileńszczyznę w tygodniu 9-15 października – i tym razem wygląda to już dość konkretnie: hotel w Wilnie, wyjazdy do Ejszyszek, Solecznik Małych (proboszczem jest ksiądz Kasiukiewicz), Święcian, może Mejszagoły i do Kowna, gdzie pan Andrzej ma dobre kontakty.
Małgosia wyciągnęła z jakiegoś schowka otrzymaną przed dwudziestu laty od ś.p. Kasi i Zdziśka ozdobną skórę bawolą i rozłożyliśmy ją w charakterze dywanu w salonie. Wygląda to niezmiernie atrakcyjnie, pokój zrobił się elegancki i równocześnie przytulny. Dlaczego tak długo tego nie oglądaliśmy? Zdumiewająca jest cechująca nas oboje tendencja do życia w brzydkich prowizorkach nawet wtedy, gdy możemy mieć ładnie. Przez całe życie przytulność mieszkania wydawała mi się zbędna, a nawet „ideologicznie obca”, przywiązująca do materii, do posiadania, w złym sensie stabilizująca i duszna. Pamiętam spory na ten temat przed trzydziestu laty z reprezentującym odwrotną skrajność Staszkiem Gr. Dziś wreszcie, w 66-tym roku życia, stwierdzam, że przestaje mnie gnać gdzieś dalej, że chcę być dalej aktywny, ale raczej siedząc na miejscu, że ciekawość świata z geograficznej przez historyczną przesuwa się coraz bardziej ku filozoficznej. To objaw zdrowy, bo filozofia uchodzi za naukę, w której wiek raczej pomaga, niż przeszkadza. Największe dzieła filozoficzne stworzyli ludzie po 50-tce i starsi, odwrotnie, niż w matematyce, która jest dziełem genialnych młodzieńców. W kontekście tej ewolucji zainteresowań doceniam teraz też walor przytulnego i ładnego mieszkania – i estetyki w ogóle. Z tego względu bawół na podłodze ogromnie mi odpowiada. Jutro pojedziemy z Małgosią do Gołdapi, gdzie mamy speca od ramek do obrazów i zamówimy oprawę do jej malowideł. Wtedy dopiero będzie pięknie, kiedy na ścianach zawisną te prace…
Toynbee mnóstwem przykładów uzasadnia hipotezę, że zmianę społeczności pierwotnej w cywilizowaną, a więc pojawienie się nowej cywilizacji, powoduje wyzwanie ze strony jakiejś wielkiej trudności, która burzy wcześniejszą równowagę i spokojną egzystencję. W tym momencie część populacji ginie, część ucieka, część idzie po linii najmniejszego oporu i pozostaje w stadium bliskim pierwotnemu, a część próbuje przeciwstawić się nowej sytuacji i dokonujje cywilizacyjnego postępu. Bez trudnego wyzwania cywilizacja nie rodzi się, bo nie musi. Jej matką jest potrzeba, mówi przysłowie, a autor dopowiada: a ojcem wytrwały wysiłek odpowiedzi na wyzwanie.
Bilans: 464:66=7h02′; 324:66=4h54′.

15.09.04, Przerośl

W zasadzie dziś ma być dzień przy książce o Stefczyku, ale trudno nie zanotować paru wiadomości politycznych. Po pierwsze: zgłoszony przez Putina projekt dalszej ewolucji ustroju Rosji w kierunku samowładztwa wywołuje, jak się zdaje, pewne zastanowienie w opiniach zachodnich – budzą się i z niedowierzaniem wąchają rękę, wyjmując ją z czegoś lepkiego… Tymczasem Litwa, przywoływana do porządku przez Moskwę do porządku w kwestii użycia przez Maschadowa litewskiego serwera dla nadania „listu gończego za Putinem”, stawia się twardo. To dobra polityka, warto byłoby ją poprzeć, ale nie wiem, jak…
Po drugie: w Niemczech głosy o niepowodzeniu integracji RFN-u z NRD. Być może „Rzeczpospolita” przesadza, ale coś na rzeczy jest – i może to oznaczać ważny kryzys w historii Niemców jako narodu, nawrót starej opozycji między księstwami nadreńskimi, a Prusami. Na tym etapie Niemcom byłby potrzebny geniusz polityczno-wodzowski w typie Bismarcka, który narzuciłby im swoją wolę. Bez tego rozmiękczony konsumpcyjnym wygodnictwem zachód kraju nie dogada się z postkomunistycznym cwaniactwem i roszczeniowym lenistwem ludzi ze wschodu. Prusacy rozwydrzeni i biedni nie mogą się podobać w solidnych Niemczech zachodnich. Politycznych ostrych efektów tego chyba – na razie przynajmniej – nie będzie, ale emocjonalno-kulturowa rysa w jedności narodu pozostanie, a w efekcie potęga największego państwa w Europie może zostać zakwestionowana. Z polskiego punktu widzenia martwić się tym nie trzeba. Kształt ideowy Europy może się jednak w tym momencie nieco zmienić.
Po trzecie: Piotr swym dobrym artykułem w „Rzeczpospolitej” zaangażował się w sprawę tworzenia w Polsce jednego z naukowych ośrodków badania Zagłady żydowskiej. Sądzę, że to pomysł merytorycznie słuszny i chciałbym, żeby coś z tego wynikło w ciągu najbliższych dziesięciu-dwudziestu lat. Stosunkom polsko-żydowskim nadałoby to trochę nowego kolorytu, ważnego w obliczu przygotowującej się nowej odsłony historii europejskiej.
Tak. Spodziewam się, że niedługo nastąpi jakaś zmiana na tej scenie politycznej. Zbyt wiele wahadeł zaczyna się tu chwiać, żeby obecną równowagę uznać za stan trwały. Sądzę, że polski MSZ mógłby stać się dziś warsztatem fascynującej pracy dla człowieka patrzącego naprawdę szeroko i odważnego w posunięciach niekonwencjonalnych. Liny porozpinane, trzeba tylko znaleźć takiego, kto by chciał i umiał po nich chodzić…
(…)Stefczykowi poświęciłem już pięć godzin, mam napisane i wstępnie poprawione 58 stron tekstu, co teoretycznie odpowiada 48% zamówionej całości – i wiem, co pisać dalej. Napracowałem się dziś przy tym solidnie i chciałem pomyśleć o czymś innym. Nagle zadzwonił telefon i odezwała się ze Stanów nieznana mi osobiście, ale znana z lektury znakomitej książki o imperializmie w kulturze rosyjskiej, pani Ewa Th., która, jak twierdzi, studiowała na UW gdzieś w moich latach. Ucieszył mnie bardzo ten telefon, bo już wcześniej myślałem, że chciałbym ją poznać. Nie wziąłem jednak – bałwan – jej namiarów, bo tak zdumiał mnie jej „komunikat”. Otóż czytała w internecie mój artykuł o Biesłanie z „Rzeczpospolitej”. Gdy po dwóch godzinach chciała powrócić do tej lektury w „Rzeczpospolitej on line”, mojego tekstu już tam nie było. Ktoś, znaczy się, zdecydował, że trzeba go zdjąć… I ona uznała, że warto mnie o tym poinformować. Zareagowałem na to nieskromnie: „znaczy, że musiał to być dobry artykuł…” – śmieliśmy się oboje… Cała sprawa zasługuje jednak na chwilę uwagi i na telefon do redakcji, bo to
swoisty szlagier: ktoś musiał interweniować w tej sprawie, ciekaw jestem, kto… Chyba warto się tym zająć i ciekawostkę tę upublicznić, bo o czymś ona mówi. A do pani Ewy odezwę się na pewno, bo skoro jest taka operatywnie zadziorna, to należy znaleźć z nią kontakt. Są jeszcze na świecie ludzie, którzy zdecydowanie nie lubią rosyjskiego imperializmu… Zresztą – nie tylko rosyjskiego. Dziś długi dzień. Bilans:458:65=7h03′; 321:65=4h56′.


  • RSS