cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2004

15.10.04, Przerośl

2 komentarzy

15.10.04, Przerośl

Popracowałem. Jedenaście godzin, w tym dziewięć Stefczyka. Bilans: 686:91=7h32′, w tym Stefczyk 448:91=4h55′. Dostaję jednak oczopląsu: Stefczyk, MEN, Paryż, doktorat poniedziałkowy, Tadek M., wykłady poniedziałkowy i wtorkowy, redakcja dwumiesięcznika, Rzeczpospolita – trochę za dużo. Napięcie dojdzie do zenitu za dwie doby w Warszawie, potem zacznie się z dnia na dzień rozluźniać. A Stefczyka już mam 111 stron… Minęła pierwsza w nocy, za 11 godzin odbieram Małgosię w Suwałkach i jedziemy w podróż imieninową… Trzeba iść pospać.

14.10.04, Przerośl

Brak komentarzy

14.10.04, Przerośl

Sprawy posuwają się naprzód, ale lekko nie jest. Rano świetnie zorganizowany i operatywny BC dzwoni do MEN-u, potem do Witebska, potem znów do MEN-u – i już wie, że 29 listopada o godzinie 23 czasu miejscowego będzie wysiadać z wagonu relacji Szczecin – St.Petersburg na stacji w Witebsku. Musi przedtem załatwić trochę papierków, ale wygląda na to, że nawet forsa za zimowy semestr zostanie uratowana. Do kogo i o czym będzie mówił w tym semestrze, dowie się niebawem. W południe troskliwy opiekun zwierząt BC jedzie do Dubenink, bo w Przerośli nie ma puszek z żarciem dla kotów. W Dubeninkach sprzęgło w Sukcesiku nie daje znaku życia, a obaj miejscowi mechanicy „są wyjechani”, zaś Mirek i Jarek z Przerośli są poza domem i nie odpowiadają na telefony. Autobus do Przerośli jest za dwie godziny, ale energiczny i wysportowany BC wyrusza w 9-kilometrową pieszą wędrówkę przez pola na ukos i przychodzi do domu na pół godziny przed autobusem. Zaraz potem kładzie się i zasypia na półtorej godziny. Potem wysyła znalezionego Jarka z kolegą po samochód, idzie na spacer z Fajką, wraca, pali w piecu i zły, że stracił prawie cały dzień, nie ma ochoty na obiado-kolację. Siada do komputera i zamiast kontynuować Stefczyka, myśli o życiu. Za tydzień, jako wybitny europejski historyk idei, BC będzie wygłaszał wykład w l’Institut Catholique de Paris o religii w życiu narodu pozbawionego państwa w wieku XIX i stwierdza z lekkim przerażeniem, że ten wykład trzeba przygotować – i to po francusku. Marynia tekst poprawi, ale ten tekst trzeba przedtem napisać.

Chciałoby się, żeby był dobry, dla zachodników nowy, żeby im dawał do myślenia. Ale nie może być dłuższy, niż 6-7 stron, ta cholerna francuzczyzna ze swoim eleganckim stylem, pełnym wygibasów, przekazuje myśl wolniej, niż polszczyzna. Trzeba więc skoncentrować się na paru myślach, w których barwny koncept, przeciwieństwo, czy paradoks, będą ważniejsze od suchego faktu, którego w ogóle nie zechcą zauważyć. Widziałbym to tak:
- czy można trwać bez państwa? odpowiedzi: oświeceniowa i romantyczna, tu „Jeszcze Polska nie zginęła”
- les ennemis des nos ennemis sont nos amis – jako stała dewiza polskiej strategii
- razem z Napoleonem przeciwko całej Europie – my też rewolucjoniści, ale chrześcijańscy
- kultura wbrew państwu cudzemu – to nie kwestia losu, ale zadania
- wielka emigracja: fenomen polityczny, kulturalny i religijny – sytuacja nieustannego dialogu
- Prusy i Rosja w walce z narodem – trzy wymiary walki: ziemia, kultura i wiara, w tym momencie zaborcy upolityczniają polskiego chłopa
- politologia kultury, politologia religii – kto to rozumie? ( nie rozumiał Grzegorz XVI, nie rozumiał Bismarck, rozumiał Marks, rozumiał Pius XII )
- tradycja zrodzonego na przedmurzu anarchizmu chrześcijańskiego wobec państwa w ogóle i Unii Europejskiej w szczególności.
Siedzę nad tymi ośmioma punktami już parę godzin, łażę po mieszkaniu, przemawiam po francusku – i zaczynam się z tym jeszcze nie narodzonym tekstem zaprzyjaźniać. Już go widzę: każdy z punktów będzie rozpisany na kilka zdań. W końcu – będzie to wypowiedź, skierowana do fachowców, więc można sobie darować uzasadnienia niektórych spostrzeżeń uogólniających, należy przyjąć, że słuchacze będą wiedzieć, do czego będą się odnosić moje złośliwe komentarze. Bilans do tej chwili: 675:90=7h30′, w tym Stefczyk, dziś nie ruszony: 439:90=4h53′. Co jeszcze zrobię, to pójdzie na karb dnia jutrzejszego, teraz jest 23-cia.

13.10.04, Przerośl

Brak komentarzy

13.10.04, Przerośl

Życie bywa czasem bardziej skomplikowane, niż się to wydaje. Dziś o ósmej rano zadzwonił z Witebska Wieniamin, dlaczego się nie odzywam. „Prafiesor, wy nam nużen. Prijezżajtie liekcji czitat’” Przyjąłem go oschle, bo jego brak reakcji na mój telefon sprzed sześciu tygodni w tej sprawie potraktowałem, jako wyjątkowe chamstwo. Jak się okazało, rzecz wyglądała inaczej. Chamstwo nosi sutannę – i to nie wiadomo, czarną czy fioletową, ale niestety katolicką i polską. Wieniamin naszykował pismo do MEN-u ze wszystkimi pieczęciami i nie ufając poczcie, zaniósł do biskupa B., który obiecał to przekazać mi przez księdza, wyjeżdżającego do Polski. Na kopercie był mój adres i telefon. I na tym historia się kończy. Jakiś cholerny katabas kopertę wziął i nie oddał, ani nie zadzwonił, a co mu tam jakieś białoruskie interesy, ma to gdzieś… Wieniamin był dziś zdumiony, jak katolicki i polski biskup mógł zrobić mu taki numer. Przykro mi było mówić mu, że jest naiwny.
Po namyśle zadzwoniłem do MEN-u, chciałem zapytać, czy coś z tym fantem dalej robić, bo w tej sytuacji wychodzi, że to nie strona białoruska, ale polska zrywa współpracę. Pani Śl., która zna moją sprawę, będzie osiągalna jutro. Jeśli MEN zgodzi się na delegowanie mnie do Witebska, będę tam jeździł dalej, żeby zatrzeć to wrażenie lekceważenia współpracy z tamtejszą uczelnią, ale wściekły jestem na tamtejszy polski kler w stopniu wyjątkowym. Poza wszystkim innym wyjęli mi z kieszeni ponad 10 tysięcy złotych za bieżący semestr, albo i dwa razy tyle – za rok. Udowodnić im niczego oczywiście nie jestem w stanie, a każdy uwierzy raczej polskiej kurii biskupiej, niż białoruskiej uczelni.
Jeśli natomiast MEN się zgodzi na moją dalszą pracę w Witebsku – to jak ja wygospodaruję teraz na nią czas, skoro podjąłem się robót innych? Nie wiem, tym będę martwić się, jeśli sprawa okaże się aktualna.
Dane bilansowe po dwóch dniach – wczorajszym i dzisiejszym – są takie: 669:89=7h31′, w tym Stefczyk: 439:89=4h56′. A napisałem dziś kolejne cztery strony, w sumie mam ich prawie 107, bo 192 tysiące znaków. Do umownej objętości już tylko 24 tysiące, czyli mam napisane 8/9 całości.

12.10.04, Przerośl

Brak komentarzy

12.10.04, Przerośl

Bilans po wczorajszym dniu korzystny: 653:87=7h30′; w tym Stefczyk: 426:87=4h54′. Dziś natomiast przez większość dnia łażę i nic nie robię, cały czas będąc czymś zajęty. Pogoda piękna, ale zimno, wygląda na to, że nadchodzi już wczesna zima. (…) Wziąłem się jednak w końcu do roboty: popracowałem osiem godzin, w tym Stefczykowi poświęciłem siedem, pisząc przeszło pięć stron tekstu. Odnoszę wrażenie, że do końca zostało mi już nie więcej, niż dwadzieścia, a wedle umowy – 17 i 1/3. Nie jest źle, powinienem zdążyć. Bardzo już chcę mieć to za sobą, cztery miesiące orki, to dużo. Podejmując się tego zadania, nie myślałem, że będzie ono wymagać aż takiej mobilizacji psychicznej i koncentracji uwagi na tym temacie. Ale jestem rad, bo dzięki temu zyskałem praktycznie bardzo dużo – gdyby nie ta robota, chyba nie urodziłby się dwumiesięcznik. A i ja sam jestem trochę pewniejszy siebie – widzę, na co mnie jeszcze stać i kosztem jakiego wysiłku.
Doszedłem dziś do wniosku, że w nowej sytuacji zawodowej można wziąć pożyczkę bankową na kupno samochodu właśnie w „Skoku”. Jako ich pracownik powinienem być dla nich w pełni wiarygodnym kredytobiorcą i dostać optymalne warunki

11.10.04, Przerośl

1 komentarz

11.10.04, Przerośl

Strzeliłem sobie dziś 10 godzin Stefczyka – i widzę już go do końca. Będzie miał 120-130 stron, nie więcej – i chyba zrobię go w terminie, jeśli coś nie zepsuje mi najbliższych dni. Tymczasem przyszła nagle późna jesień, temperatura spadła do +3 stopni w dzień, palę sobie obficie pod kuchennym piecem i mało wychodzę z domu, ale jest mi z tym dobrze.
Jest mi dobrze – i aż się niepokoję, że to nie może tak trwać, że coś się zdarzy… Ale rozmawiałem niedawno i z Marynią i z Małgosią – i w domu wszystko okey. A u mnie spokojna samotna praca, którą lubię – i cisza.

10.10.04, Przerośl

Brak komentarzy

10.10.04, Przerośl

Wczorajszy dzień był wyczerpujący. Rano owocna rozmowa z Pł., potem początek wyjazdu, potem telefon od Oss., że zalazł się mój kingston, więc spod autobusu jadącego do N.Dworu powrót do Sopotu, odbiór zguby, powtórna jazda na dworzec PKS, powtórne czekanie, autobus, warsztat w N.Dworze, obiór samochodu, po 3 km stwierdzam, że nie naprawiony i nie do jazdy, powrót, wymiana przewodów paliwowych, wydostanych z zamkniętego już na weekend sklepu, powtórny obiór auta – i 300 kilometrów bocznych dróg pomorskich, warmińskich i mazurskich. Na końcu, przed Gołdapią, kilkanaście km mgły takiej, że bałem się jechać, żeby nie rozjechać pieszego czy rowerzysty. W domu byłem o 21.05, słabo przytomny, po 13 godzinach ostrych napięć nerwowych.
W gruncie rzeczy dzień dużego sukcesu. Bilans: 643:86= 7h29′; w tym Stefczyk 416:86=4h57′.
Wiele mówi się w Polsce od dziesięcioleci o ścianie wschodniej. Mam wielką ochotę napisać coś o ścianie północnej, wzdłuż której jechałem wczoraj.
Tymczasem jest niedzielny wczesny wieczór w Przerośli. W tej chwili rozmawiałem z Małgosią, która dotarła właśnie do domu w Warszawie, Paweł był po nią na dworcu. Dzwoniłem też do Piotrów – wszystko okey i do Maryni, z którą pogadaliśmy bardzo serdecznie i w gruncie rzeczy optymistycznie.

Siedzę przy komputerze, słucham Brahmsa i myślę o tym, że zaczyna się w moim życiu coś nowego i obiecującego – może spóźnionego, ale będę starał się pokazać samemu sobie i czytelnikom, że jeszcze nie spóźnionego definitywnie. Mam wymarzony od wielu lat nowy warsztat pracy. Otrzymuję go w parę miesięcy po dojściu do wieku emerytalnego. Nadeszła szansa, której już nie powinno było być. Miałem ją raz – i zrezygnowałem z niej, żeby zrobić coś, co uznałem za swoje szczególne zadanie: pójść na głodówkę do Świętego Marcina. Miałem ją drugi raz i odebrano mi ją, bo mason rzucił kłodę pod nogi katolikowi, a ktoś z hierarchii kościelnej nie chciał pomóc niepokornemu weredykowi. Teraz będę ją miał po raz trzeci. Czy dam radę? Jak długo będę się nadawał do pełnienia tej funkcji? Nie wiem. Spróbuję stworzyć czasopismo dla szczególnej elity – antyelity, dla tych, co mają odwagę być niemodni, mają w sobie jakąś energię życiową, a równocześnie są psychicznie gotowi do służby. Jest takich w Polsce parę dziesiątków tysięcy. Chciałbym dotrzeć do co dziesiątego, co dwudziestego spośród nich. Dwumiesięcznik, to niewiele, ale to już może być czymś. Zobaczymy, czy potrafię to coś zrobić. Ale na razie o tym sza! Ten wątek do blogu się całkiem nie nadaje. Nie uznaję wizyt w kuchni w czasie przygotowywania posiłków…

8.10.04, Gdańsk

Brak komentarzy

8.10.04, Gdańsk

Wieczór, po wszystkim. Chyba poszło dobrze.
1) Fakt, że 80% Stefczyka napisałem, został przyjęty z aplauzem. Część napisaną musiałem pokazać – i tu zdarzył mi się przykry przypadek. Dałem tekst do skopiowania, a potem, odbierając klucz komputerowy, gdzieś go posiałem. Efekt jest niemiły finansowo, ujawnia wszystkie moje zapiski i krańcowo komplikuje użycie komputera, bo nie mogę wyciągnąć z niego nic, nie mając do niego wejścia. Przed chwilą nadałem sprawę do p.Pł., ale to nie jego sekretarka mogłaby coś tu pomóc, ale Bieleckiego. Jutro sobota i pewnie nic się nie da zdziałać. Kłopot duży. Stefczyk musi być gotowy na 1 listopada, bo chcą mieć pierwszych trzysta egzemplarzy na 19.11. na jakiś zjazd spółdzielczy. Oznacza to cholernie szybką robotę, ale myślę, że to zdołam wykonać.
2) Wykład poszedł dobrze. Był strasznie skrótowy, ale wyrazisty w głównym przesłaniu, poza tym udało mi się powiedzieć go dobrze. Zabrakło w nim wątku roli Kościoła, ale młody kanclerz uczelni w podziękowaniu nadzwyczaj inteligentnie i cienko dopowiedział to, o czym ja zapomniałem – po prostu zacytował Jana Pawła.

Rano chodziłem po Oliwie, Wrzeszczu, potem po Sopocie – i czułem się tu bardzo dobrze. Mógłbym tu chyba nawet mieszkać… A napracowałem się tu dziś sporo: 11 godzin, w tym Stefczykowi należy się pięć. Za wczoraj też pięć z jedenastu. Z Małgosią rozmawiałem dziś dwukrotnie, w domu wszystko okey, natomiast sprzedawczyni domu, kupowanego przez Joannę, zaczyna ujawniać cechy niesympatyczne. Radziłem przeprowadzić intensywny wywiad środowiskowy, żeby się tam nie okazał jakiś „trup w szafie”. Niby to trochę późno na takie zabiegi, bo akt już podpisany i pieniądze wpłacone, ale lepiej późno niż wcale. Wydaje się, że pani chce swym dotychczasowym sąsiadom zniknąć bez pożegnania – a to może oznaczać różne rzeczy, raczej niedobre. Nie należy jej takiego zniknięcia ułatwiać. I Małgosia i Joanna przyznały mi rację.
Chyba można iść spać – do internetu wejścia stąd nie mam – i troszkę mi już tego blogowania brakuje. Jutro odbiję sobie to w Przerośli.

7.10.04, Gdańsk

Brak komentarzy

7.10.04, Gdańsk-Oliwa

Za mną wczoraj kilka godzin pisania, rachunki zostawiłem w Przerośli. Mam napisane cokolwiek ponad 96 stron, czyli 4/5 całości. Wczoraj wieczorem przyjechała do Przerośli Joanna, jutro finalizuje objęcie swego domu w posiadanie. Małgosia jej towarzyszy, a ja przyjechałem dziś do Gdańska na jutrzejsze rozmowy o piśmie i na wykład inauguracyjny. Mieszkam, jak poprzednio, u sióstr Brygidek. Podróż miałem skomplikowaną i długą. Jechałem Sukcesikiem, ale w Nowym Dworze Gdańskim zepsuł się. Zostawiłem go do naprawy, dość dużej, bo połączonej z naprawą blaszanych osłon silnika zupełnie popękanych i zniszczonych przewodów paliwowych. Majster wydziwiał bardzo nad naprawami, jakimi leczono auto w Przerośli – i wygląda, że miał rację. Zobaczymy, ile weźmie za swoje jutrzejsze roboty – i jakie będą ich rezultaty. Mam się tam zgłosić po odbiór w sobotę rano.

Jadąc dziś przez północną Warmię, trafiłem nagle na drogowskaz: „Stoczek Klasztorny 4km”. Skojarzyłem, że to miejscowość, którą znałem z lektur jako Stoczek Warmiński i że to tu siedział Prymas przez pierwszy rok swego uwięzienia. Podjechałem tam. Wiedziałem, że jakoś tak w październiku 1954 roku wywieziono go stąd na Śląsk. Na miejscu wyczytałem, że właśnie wczoraj minęło 50 lat od tamtego dnia. Ładny stareńki kościół i klasztor, użytkują je marianie. Wioseczka maleńka, może z dziesięć domów. Pusto. Ciągle nie mogę zrozumieć, dlaczego tak mało mówi się o tamtych latach i o nieprawdopodobnej roli Prymasa Wyszyńskiego w Kościele Polskim. Odnoszę wrażenie, że nie ma ludzi, którzy by rozumieli, co mu zawdzięczamy. To smutne. Nie należę do najwierniejszych czcicieli Matki Bożej, ale ilekroć myślę o nim, zaczynam się do Niej modlić inaczej, serdeczniej. To dzięki Niej stał się tym , kim był i zrobił dla nas to, co zrobił.

Jutro niełatwy i ważny dla mnie dzień. Trzeba prosić Pana, żeby ustrzegł mnie od życiowego błędu naiwności z jednej, a małoduszności z drugiej strony. Jeszcze wcześnie, ale z całą satysfakcją położę się spać. Za mną 10 godzin drogi, wcale nie łatwej.

5.10.04, Przerośl

2 komentarzy

5.10.04, Przerośl

Bazylka urodziła dziś w nocy siedmioro kociąt. Umaszczone znacznie ładniej, niż w poprzednich miotach – część prawie całkiem czarnych, z minimalnymi wypustkami bieli, część pręgowanych – ciemnoszarych. Małgosia całkowicie skoncentrowana na nich, przewiduje wydłużenie pobytu w Przerośli co najmniej do późnej jesieni, żeby odchować je i rozdać w miarę możności tutaj. Jednocześnie zrobiła od razu ofertę rozdawnictwa w swoim blogu. Sądzę, że w obu wypadkach ma rację, ale jednocześnie twierdzę, że trzeba Bazylkę wysterylizować, kiedy tylko będzie to możliwe ze względów biologicznych: w tym sezonie w ciągu czterech miesięcy urodziła w dwóch miotach jedenaścioro dzieci, takiej fabryki prowadzić się nie da nie tylko w Warszawie, ale nawet i tutaj.
Wspomniałem wczoraj o aktywizmie Pawła. Ta cecha odnosi się do całej naszej rodziny, Małgosi, mnie, wszystkich dzieci, a teraz i do Bazylki. Filozoficzny spokój i wyrozumiałość wobec cudzych priorytetów cechuje tylko Fajeczkę, tym razem zresztą też bardzo serdecznie opiekującą się Bazylką. W przerwie porodu kotka tuliła się do suki jeszcze bardziej, niż do Małgosi, oba zwierzaki lizały się po pyszczkach – i było to niezwykle rodzinne i sentymentalne. Do sielanek od dziecka odnosiłem się z podejrzliwym dystansem i lubiłem akcentować, że się bez tego ciepełka potrafię obchodzić. Rodzina, jaka nam wyrosła, też oparta była o zasadę zimnego wychowu cieląt, każde z dzieci rozwinęło się w innym miejscu świata i kultury intelektualnej, czy duchowej. Tymczasem na starość sielanka nas dopadła i robi się coraz cieplej. Zwierzęta odgrywają w tym bardzo ważną rolę. Ludzie – jesteśmy wobec siebie lepsi lub gorsi, ale zasada, że zwierzętom przykrości się nie robi, była zawsze ściśle przestrzegana. Toteż i one kochają nas – Fajka troszczy się o każde z nas, cierpi, kiedy wyjeżdżamy, cieszy się z powrotów i stale widzimy, jak bardzo chce wyczuć nasze intencje i zrobić to, co my chcemy.
Bilans po dzisiejszym dniu: 600:82=7h19′; Stefczyk – 392:82=4h46′. A napisane mam 92,4 strony, czyli równo 77% tekstu zamówionego. Przekroczyłem tym samym 3/4 roboty. Nie jest źle.

4.10.04, Przerośl

Wczorajsza niedziela upłynęła pod znakiem kontaktu z telewizją: objazd i spacery po okolicznych ulubionych miejscach, potem dwa dobrze prowadzone wywiady – wszystko to zabrało, aż trudno uwierzyć, sześć godzin czasu. Po południu Msza w Suwałkach, gdzie stale niedomagający ze zdrowiem ks.Z. już nie jest proboszczem, ale nadal jest duszpastersko czynny. Pytał, do kiedy jesteśmy tu, więc może nas odwiedzi.

Dziś rano telefon od p.Pł., zmieniający godzinę spotkania piątkowego w Gdańsku w taki sposób, że wyklucza to jazdę autobusem z Olecka w piątek. Dostosowałem się do nowego terminu, ale zatrzymuję to sobie w pamięci jako przejaw umiarkowanej dbałości o mój kalendarz pracy. Chyba był to psychologiczny błąd ze strony moich kontrahentów.
Aktualne napięcia w Gdańsku wokół prałata H.J. i ich głębsze podłoże psychospołeczne uświadamiają mi, że stąpać tam będę po terenie zaminowanym z obu stron. W tej sytuacji nowa inicjatywa i nowy ośrodek integracji uwagi ludzi może być bardzo celowy i cenny, ale rzecz musi być podejmowana bardzo ostrożnie, z taktem i wyczuciem, kto jest po której stronie barykady. I bez jakiejkolwiek zapalczywości w jedną czy w drugą stronę, ze świadomością, że tylko na miejscu – i po pewnym czasie obserwacji i kontaktów – da się wyczuć, co jest naprawdę grane. W tej sytuacji wydłużenie pobytu w Gdańsku do dwóch dni mogłoby nie być takim złym pomysłem, jeśli będę umiał wykorzystać ten czas racjonalnie.

Patrząc szerzej, poza mikrokosmos Gdańska, jawi mi się pytanie, jak dałoby się opisać aktualne społeczeństwo polskie w kategoriach prądów ideowych. Najłatwiej i zbyt upraszczająco byłoby powiedzieć, że wszystkie kwestie ideowe albo wygasły, albo zostały podporządkowane wyborom interesu materialnego lub dostępu do władzy politycznej. Sądzę, że jest inaczej.
Sytuacja ostatniego piętnastolecia na pewno zmniejszyła napięcia ideowe choćby dlatego, że o wszystkim da się w tym kraju mówić bez zagrożenia więzieniem. Jawność likwiduje ciśnienie psychospołeczne: zło ujawnione jest mniej dotkliwe od zła, o którym mówić nie wolno. Powtóre – bardzo zredukowała się lista spraw, o które należy walczyć. Teraz należy je budować, a to nie wymaga tylu deklaracji, ale wysiłku jako tako konsekwentnej roboty. Wezwanie: „do roboty!” dociera do innych uszu, niż wezwanie: „do walki!” i wywołuje inne reakcje. Czasem mniejsze, a zawsze cichsze. Służba jest dzisiaj nie tyle walką, co pracą.
To tyle w charakterze wstępu do tematu. Należałoby teraz zrobić przegląd pytań ideowych, które mogłyby okazać się jakoś żywe w tych czy innych kręgach. Pytań, czy może płaszczyzn, na których te pytania mogą się pojawiać. A także – rodzajów poczucia tożsamości i przynależności, jakie przeżywa jednostka w dzisiejszej Polsce. Chciałbym zająć się tym w dniach najbliższych.

Sobotni pomysł badań geografii kultury polskiej w XIX wieku wzbudził zainteresowanie Eae. Cieszę się. Będąc w Warszawie po 15bm., spróbuję o tym pogadać u siebie na UKSW, potem ewentualnie gdzie indziej. Organizator to ja jestem marny, ale może za jakie 10 lat coś zacznę… Może zrobię tak: poproszę Eam, żeby się ujawniła i wzięła udział w zachęcaniu różnych instytucji naukowych do zmontowania takiego seminarium, czy projektu badawczego. Jestem otwarty na różne propozycje z tej dziedziny.

Paweł przejawia w ostatnich czasach coraz większy dynamizm. Wymyślił sobie temat maturalny z historii, przedstawił go w szkole i uzyskał akceptację: chodzi o wpływ masonerii na kulturę polską w XIX wieku. Byłem tym zdumiony, ale skoro chce, niech to robi, bo przy okazji będzie musiał przyjrzeć się mnóstwu wydarzeń. Planuje kurs doskonalący język angielski za granicą w czasie przyszłych wakacji – najtaniej jest… na Malcie. Jest aktywny w programie „Starszy brat…” i wygłasza ostre sądy o organizujących to dorosłych działaczach w jednej z warszawskich dzielnic. Mądrzy się z typową dla swego wieku zaciętością i przesadą, ale w sumie to wszystko jest fajne: próbuje szukać własnych ścieżek w świat.

Bilans po dzisiejszym dniu: 592:81=7h18′, w tym Stefczyk: 385:81=4h45′.


  • RSS