cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

Na dzisiejszym seminarium urodził mi się nowy obiecujący kandydat na doktoranta – pan Jarosław U. z Brańska, specjalizujący się w dziejach oświaty i świadomości narodowej i wyznaniowej tego regionu. Wstępny kontakt był udany, podejrzewam, że obustronnie. Odnoszę wrażenie, że przy niewielkim wysiłku organizacyjno-animacyjnym z mojej strony mógłbym radykalnie zwiększyć efekty swej działalności uniwersyteckiej: są młodzi ludzie, chętni do pracy naukowej w dziedzinie historii nowożytnej i najnowszej Europy Wschodniej. Jutro rano lecę do Kijowa. Ciągle nie jestem zdecydowany, jak szczegółowo zaplanować ten tydzień. Myślę, że poza Kijowem powinienem pojechać najwyżej w jedno miejsce, do miasta uniwersyteckiego i jakoś obecnego też na mapie Kościoła katolickiego, żeby mieć wgląd i w kręgi intelektualne i w środowiska kościelne. Stąd najbardziej naturalne wydają się Kamieniec i Żytomierz, oba nieźle mi znane. Może jednak sensowniejsze byłoby odwiedzenie Stanisławowa, a Kamieńca – po drodze? Decyzję podejmę dopiero na miejscu – w Kijowie, w zależności od szansy ciekawych kontaktów personalnych. Tymczasem trzeba przygotować sprzęt do wzięcia i iść spać.

Minęła ósma wieczorem. W nocy pisałem artykuł prawie do pół do piątej rano. Wyszedł może niebrzydki, ale nie całkiem słuszny, bo uzgodnienia polityków poszły w kierunku innym, niż mi się zdawało. Takie ryzyko jest zawsze, trudno. Rano oddałem artykuł w redakcji, potem pojechałem z książką na Dewajtis. Z braku czasu przed wykładem nie roznosiłem osobiście tekstu do komórki nadzorującej wywiązanie się z otrzymanego grantu i do wydawnictwa, ale zostawiłem potrzebne egzemplarze w dziekanacie, prosząc o ich przekazanie odbiorcom. Pojechałem na wykłady i dyżur, odbyłem te obowiązki, zgłosiłem się na spotkanie z K., ale tym razem nawalił on, wreszcie raz jeszcze pojechałem do redakcji, gdzie dali mi pieniądze na wyjazd na Ukrainę. Pod wieczór wróciłem do domu silnie zmęczony. Do Kijowa lecę pojutrze późnym rankiem, mam tam spędzić tydzień. Wykorzystanie czasu muszę zaprojektować sam. Zastanowię się nad tym jutro, dziś nie stać mnie na żaden wysiłek myślowy. W zasadzie zdążyłem wykonać wszystko, co było przewidziane na czas do jutra włącznie. Podróż na Ukrainę spowoduje tylko opóźnienie oddania recenzji z doktoratu na KUL – miałem ją odesłać do 5 grudnia, a tego dnia dopiero wrócę z Kijowa, parę dni spóźnienia będzie na pewno. Ale w sumie – po raz pierwszy od pięciu miesięcy wolno mi teraz trochę pomyśleć swobodnie, w oderwaniu od tematów obowiązkowych. Małgosia odebrała dziś egzemplarze autorskie mojego Stefczyka. Są podobno wydane bogato, w ciemnozielonych okładkach ze złotymi literami – i wyglądają chudziutko – 128 stron. Dziś oddana „Baśń…” będzie dwa razy tłustsza. To też niewiele. Jutro seminarium doktorskie. Z mojej poręki poza p. Dariuszem Krz. może się pojawić zapraszany za pośrednictwem Eli J. ksiądz B., ktorego chciałbym bardzo naciągnąć na doktorat o akcji prawosławnego biskupa Eulogiusza w parafiach grekokatolickich w Galicji w zimie 1914/15. Temat jest jak złoto, konkretny, rzeczowy, wymaga zbadania iluś tam lokalnych historii parafialnych, pogrzebania w archiwach obu Kościołów i napisania pracy. Cieszyłbym się, gdyby mu się to udało. A p.D.K. po rozmowie z Ewą powinien też szybciutko robić swoje. Mam zamiar obu tych doktorantów namawiać na szybką robotę – nie są młodzi, pośpiech leży w ich interesie. W moim też. (…) Tyle, że księdza B. nie będzie. Przepracował się przy jakich rekolekcjach i mu serce wysiadło. Powoli przychodzi do siebie.

Dziś rano musiałem zwolnić tempo. Po mszy świętej i śniadaniu położyłem się i spałem prawie dwie godziny. Fizycznie i psychicznie mi to pomogło, ale przekreśliło szansę zrobienia artykułu przed jutrzejszym rankiem, bo za godzinę muszę iść „w kurs” i wrócę dopiero po dziewiątej wieczorem. W Kijowie Wałęsa występuje razem z Juszczenką, jednocześnie Putin gratuluje sukcesu Janukowyczowi. Czytelność tej sytuacji jest porażająca. Szykuje się Bar i Humań, oby bezkrwawe. (…) Późny wieczór, jestem śpiący i zmęczony. Artykuł tylko zaczęty. Ale w sumie nie jest źle. Książka gotowa do oddania w postaci dwóch płyt CD i jednego wydruku. Sprawy redakcyjne załatwione. Delegacja tygodniowa na Ukrainę będzie przygotowana na jutro wieczór, razem z biletem i forsą. Małgosia czuje się lepiej i nie protestuje przeciwko mojej podróży, zresztą sama widzi, że to potrzebne. A na Ukrainie pewne oznaki zbliżającego się sukcesu Juszczenki. Cieszę się, że tam jadę, szkoda, że dopiero w niedzielę, ale szybciej nijak nie mogę. Zaraz otwieram ledwo zaczęty rano artykuł i albo piszę, albo – jeśli nie będzie szło, kładę się do łóżka i stawiam budzik na czwartą rano i piszę do ósmej – dziewiątej, po czym odwożę do redakcji, stamtąd jadę na Dewajtis z książką, na Wóycickiego na wykłady i dyżur, na spotkanie z p.Kobzdejem i znów do redakcji – po delegację do Kijowa. Dzień ruchliwy, ale tylko pozornie ciężki. Punkt ciężkości leży w sprawnym napisaniu tego artykułu, który o dziewiątej powinienem oddać w redakcji. Gdybym rano nie spał, teraz byłbym już albo gotów, albo w ostatnim stadium roboty. Ale i tak nie jest źle. Pan pobłogosławił raz jeszcze…

Niedawno wróciłem ze Szczekocin. Wizyta tam była miła, merytorycznie raczej udana, cennym elementem było pozyskanie Mirka do współpracy z pismem w zakresie zespołu nauczycielskiego „Prowincja” i w zakresie jego własnych, dość imponujących inicjatyw w tamtejszym liceum. Poświęciłem na to cały dzień, ale chyba dobrze zrobiłem. Zmartwieniem jest stan zdrowia Małgosi, która czuje się nie najlepiej z sercem i z nogą, którą podejrzewamy o jakieś kłopoty krążeniowe, natomiast u lekarza dziś nie była. Ostatecznie wybiera się jutro do lekarki pierwszego kontaktu w Przerośli, ale nie wiem, czy to wystarczające wyjście. Może warto byłoby zapytać księdza Z. o dobrego kardiologa, bo on powinien mieć jakieś doświadczenie w tym zakresie. Chyba jutro spróbuję tak zrobić, ale nie wiem, czy na odległość skłonię Małgorzatę do takiej wizyty, a wyjeżdżać z Warszawy przed sobotą o 14-tej bardzo mi nie pasuje. Ewentualny wyjazd do Kijowa, czy gdziekolwiek indziej na Ukrainę, byłby chyba przydatny, ale przedtem musiałbym jakoś załatwić sprawę Małgorzaty, a najlepiej – ściągnąć ją jak najprędzej do Warszawy razem ze zwierzętami. Paweł mniej więcej uporządkował tekst „Baśni niepodległej”, który mam już na kluczu w wersji Worda na PCet, a więc stosunkowo łatwej do wydruku gdziekolwiek. W tej sytuacji mogę chyba iść spać, a jutro rano usiądę do pisania tekstu dla Maćka. Między drugą a czwartą będę w „Rzeczpospolitej”, potem do wieczora na seminarium. Artykuł będę kończył w nocy, oddam w piątek rano mailem z komputera Pawła, po czy pognam na Dewajtis oddać książkę, a stamtąd na Wóycickiego na wykład na 11.30. Będzie ciasno, ale szansa na zdążenie ze wszystkim na czas ciągle istnieje. Niestety jednak chyba nie zdołam jutro wpaść na Powązki, a chciałem, bo to 33 rocznica śmierci Taty. Cmentarz zamykają jednak o osiemnastej, więc musiałbym tam pojechać rano, a w każdym razie przed wykładem. Nie da się. Pojadę w piątek po wykładzie i dyżurze – gdzieś około czwartej powinienem tam się pojawić. Wszystko da się zrobić po troszku, jeśli tylko Małgosia nie będzie naprawdę chora. Jeśli okaże się, że sytuacja jest opanowana, wtedy za jakieś sześć dni mógłbym rzeczywiście wyskoczyć na tydzień na Ukrainę… Ale takiego tempa zajęć tej jesieni naprawdę się nie spodziewałem.

Do białoruskiej ambasady nie dotarłem, bo ją przenieśli z Saskiej Kępy do Wilanowa. Wykłady odbyłem – niby nieźle. Zaraz po wyjściu z sali zadzwonił telefon: Maciek Ł. domaga się komentarza do sprawy wyborów na Ukrainie na piątek rano. Niby miło, że chce go ode mnie, ale jest to rzecz karkołomna, bo trudno przewidzieć w czwartek wieczorem, co tam może się zdarzyć w sobotę w południe. Poza tym, nie wiem, kiedy niby mam to napisać – czas był już wcześniej rozgospodarowany. Jutro rano jadę przez Zawiercie do Szczekocin przemawiać do młodzieży o potrzebie wzajemnej solidarności dzieci Abrahama. Razem z podróżą zabierze mi to cały dzień. `w czwartek rano muszę skończyć zajęcia nad „Baśnią niepodległą”, by w piątek oddać ją do wydawnictwa, w czwartek po południu mam wykłady. Wygląda z tego, że komentarz trzeba będzie pisać nocami, ale niestety polityka ma to do siebie, że mnóstwo ruchów jest do zrobienia natychmiast, albo nigdy. W sumie ciężko będzie w najbliższych dniach. A mnie już w tej chwili chce się spać, choć dochodzi dopiero siódma wieczorem. Pomysłu na jutrzejsze gadanie też nie mam – i myśleć mi się o tym nie chce zupełnie. Minęły raptem cztery godziny – i moja sytuacja „pracowa” i psychiczna w związku z tym – jest znacznie inna. Spiąłem się na robocie, napisałem parę brakujących przypisów, jeden mały dodatek do tekstu, ściągnąłem od Tadeusza fragment tekstu, który w moim egzemplarzu się zatracił, uznałem pracę merytoryczną za wykonaną, napisałem instrukcję dla Pawła, jak ma poszczególne części ustawić przy przekładaniu z Ezopa na Word – i 23 listopada 2004 roku zakończyłem pisanie książki „Baśń niepodległa”. Oczywiście jutro wieczorem będę miał jeszcze sporo zajęć technicznych, związanych z tym tekstem, ale prace autorskie doprowadziłem do końca. Jeśli dziś w nocy umrę, książka jest gotowa do wydania. Opóźniłem się z nią bardzo, ale w międzyczasie wyszła książka o Stefczyku, więc jestem niejako usprawiedliwiony przed samym sobą. Czuję, że niezależnie od planów redaktorskich i rozwijającej się dydaktyki na UKSW niedługo wrócę do zawieszonej prawie półtora roku temu pracy nad historią kultury na Litwie. Pierwszemu tomowi wiele już nie brakuje, przy obecnym tempie pracy mógłbym go skończyć gdzieś do końca lutego – nawet przy pracy nad pismem. Hej, BC, nie jest jeszcze z tobą tak źle. Siedzę sobie spokojnie nad swą robotą, a obok historia dzieje się dość dramatycznie. Sytuacja w Kijowie zmienia się szybko, w gruncie rzeczy trwa rewolucja. Społeczeństwo nie chce przyjąć do wiadomości sfałszowanych wyborów. Coraz więcej miast staje po stronie Juszczenki, podobno poparła go Cerkiew. W Kijowie dziesiątki tysięcy ludzi na ulicach. USA wyraziły swoją dezaprobatę dla oficjalnych wstępnych wyników, Unia Europejska milczy, ale Putin w Portugalii był pytany o to, jak mógł składać Janukowyczowi gratulacje przed zakończeniem liczenia głosów i musiał się tłumaczyć. W tej sytuacji wspaniale zachował się Buzek, który pojawił się w Kijowie i wyraził solidarność Polaków z Ukraińcami. Taka wizyta byłego premiera, osoby prywatnej, ale symbolizującej tradycję „Solidarności”, była posunięciem znakomitym. Chapeau bas przed inicjatywą i przed odwagą cywilną. Ten gest będzie się liczył w dalszych stosunkach ukraińsko-polskich, zwłaszcza na tle lękliwego milczenia Unii Europejskiej. Ciekaw jestem, jaka będzie sytuacja za półtorej doby, kiedy będę musiał pisać komentarz do „Rzeczpospolitej”. Oj, chętnie pojechałbym teraz na Ukrainę. Gdyby Małgosia była zdrowa (dzwoniła, że czuje się coś słabo z ciśnieniem), to właściwie w sobotę wieczorem mógłbym się wybrać na kilka dni… Delegację dostanę w każdej chwili. Trzeba będzie poobserwować tamtejszą sytuację także i pod tym kątem. Do soboty w południe muszę pozostać w Warszawie, ale potem może byłoby to wskazane. Z tym, że jechałbym najchętniej na prowincję, żeby zobaczyć, jak to się rysuje poza Kijowem i Lwowem. Trzeba nad tym pomyśleć jutro. A teraz – spać!

Dziś dwie porcje BN-u: rano większa, wieczorem króciutka, ale w sumie zebrałem materiał do pozostałych przypisów, teraz tylko pozostała krótka praca nad ich zredagowaniem. Przy okazji wyjaśniła mi się jedna kwestia, w której uwierzyłem cudzemu opracowaniu i napisałem coś równie płaskiego jak jego autor, a dziś szukając potwierdzenia tego w materiale innym, znalazłem wersję wydarzeń znacznie pełniejszą, ciekawszą i dającą coś do myślenia. Jutro rano pojadę do ambasady białoruskiej w sprawie wizy, potem na wykłady do historyków, a po południu będę kończył ten cholerny tekst, żeby go w czwartek lub piątek oddać. Dziś byłem na wykładach dla polonistów, a przed tym w dziekanacie. Podpisałem rachunek za prowadzenie doktoratu Andrzeja P. W ciągu czterech lat odbyłem z nim kilkadziesiąt godzin konsultacji, drugie tyle zabrały lektury i oceny kolejnych jego tekstów. W sumie liczę to na około stu godzin pracy, wymagającej tym razem naprawdę najwyższych kwalifikacji zawodowych. Dostaję za to brutto 3.200.- zł. Na rękę będzie +- 25 złotych za godzinę, czyli 7 dolarów. Jest to 1/5 wartości najniższej pracy fizycznej w Chicago i mniej więcej ośmiokrotność białoruskiego wynagrodzenia uniwersyteckiego za godzinę w Witebsku. Jak na moje apetyty, to trochę mało, ale w końcu – podejmowałem się tego nie dla pieniędzy, tylko dla frajdy i dla „honoru”. To przecież mój pierwszy doktor. Wiesiek W. po pierwsze proponuje Andrzejowi zrobienie tekstu o zdobywaniu niepodległości przez Litwę w książce zbiorowej polsko-angielskiej, po drugie zapalił się do mojego pomysłu, żebym napisał do wiosny do tejże książce analogicznego tekstu o Białorusinach, jako o tych, którym wtedy się nie udało. W sumie dzionek był dosyć ciężki – ale pakowny i chyba udany. A za chwilę już znowu północ. Przeczytałem e-mailowy list od Andrzeja K., jeśli mu wierzyć, to jego obecna choroba wynika z nieumiejętności Włochów, którzy nie potrafili mu zainstalować prawidłowo amerykańskiego urządzenia. Pisze o tym, jak zawsze, z humorem i przysyła trochę swoich tekstów publicystycznych. W sumie brzmi to optymistycznie. Daj Boże, żeby to była prawda. A teraz, już głęboko w nocy, przeczytałem podrzucony mnie przez jedną ze studentek fragment wspomnień frontowych polskiego żołnierza w armii rosyjskiej, która w 1914/15 roku wchodziła od Wierzbołowa do Prus Wschodnich. Tekst jest ciekawy, inteligentnie napisany, wszystko dzieje się między Warszawą, Smoleńskiem i Tylżą, na terenach, które niemal wszędzie znam. Myślę, że jeśli dziewczyna zrobi do tego inteligentny komentarz, mówiący o tym, czego dotyczą te wspomnienia i o czym świadczą, to będzie z tego bardzo dobra praca. Powinna koniecznie przeczytać Sołżenicyna „Awgust czetyrnacatogo” i może coś z Remarque’a. Ale pogadam z nią o tym dopiero 20 grudnia… Idę spać, jutro znów do kościoła nie wstanę, bo już jest po pierwszej.

Całą niedzielę przesiedziałem w domu, do kościoła poszedłem dopiero na 9 wieczorem. Dłubałem w tych przypisach, jak dotąd – zostało mi do zrobienia 11 sztuk, w tym naprawdę trudne ze trzy, trzy średnie, a pięć łatwych, „do zrobienia w katalogu”. Znaczy – zdążę oddać wszystko w tym tygodniu, dobrze. A dziś, ni stąd, ni z owąd, zadzwonił Wieniamin. Zależy mu na podtrzymaniu moich przyjazdów. Na grudzień odmówiłem, ale w drugim semestrze rzeczy nie wykluczam. Ciągle mi czegoś w tym Witebsku i w ogóle na tej Białorusi żal, choć racjonalnie biorąc, to moja obecna praca tam ma już sens tylko szczątkowy. Obiecałem, że spróbuję odebrać wizę i pogadać w MEN-ie. Tyle mogę zrobić na pewno… A telefon zrobił mi przyjemność. Znaczy, że psychicznie się starzeję, bo coraz większą frajdę sprawiają mi świadectwa, że jeszcze jestem do czegoś potrzebny. Dawniej było to mi obojętne, teraz nie jestem już pewien własnej atrakcyjności, więc takie potwierdzenia się liczą. Trochę to żałosne, ale to u starców powszechne, znaczy – normalne.

Wczoraj siedziałem do drugiej, w rezultacie Małgosia obudziła mnie telefonem przed dziewiątą, a w BN-ie znalazłem się po jedenastej. W nocy pisałem m.in. list do Andrzeja, a potem – może w związku z tym – myślałem o starości, o której stronach ciekawych i wartościowych kultura europejska mówi bardzo niewiele. Chyba dlatego, że starcy nie dbają o reklamę, mając mniejszą potrzebę kontaktów międzyludzkich. Nie chwalą się tym, czym żyją. Toteż obraz starości jest taki, że uwiąd fizycznych sił oznacza także wygasanie wrażliwości psychicznej i swoiste otępienie. Może bywa i tak, ale poza tym jest fenomen zmiany kształtu świata doznań psychicznych: pewne obszary przestają być interesujące, inne – dotąd nieznane – otwierają się i przyciągają coraz więcej uwagi. Są to jednak światy prywatne, dużo mniej wystawiane na widok publiczny i wymianę wrażeń. Symbolem starości powinna być pustelnia, a jej wyrazem – dziennik. Siadam do przypisów. (…) Pracowałem nad nimi cztery godziny i zaczynam widzieć koniec. Ostatecznie zrezygnowałem z tych, które w tej chwili wydały mi się zbędne. Zostało wszystkiego 94, z których zrobione mam 68, a przygotowane na wpół – następne 10. W tej sytuacji mogę przyjąć, że brakuje mi do końca kilkunastu godzin pracy, z których większość mogę spędzić w domu, a potem pójść do BN-u na parę godzin i uzupełnić stronice, czy daty wydania iluś tam pozycji. Z tego wniosek, że jutro i pojutrze jeszcze będę musiał popracować solidnie i nudno, ale gdzieś we wtorek, a najdalej w czwartek pozbędę się tego ostatniego garbu zeszłorocznego. To bardzo pocieszająca perspektywa. Popołudnie i wieczór poświęciłem na lekturę dalszego ciągu rozprawy doktorskiej, jaką mam recenzować dla KUL-u. Robota jest piekielna, bo praca ma 603 strony tekstu podstawowego + 115 stron aneksów i dotyczy walki o kształt harcerstwa w latach1980-90, a więc okresu, kiedy nie było mnie w kraju i którego szczegółowej historii nie znam. Autor jest ewidentnie instruktorem harcerskim, pisał to u Tomka Strzembosza, który wybrał mnie jako recenzenta. Dostałem to niedawno, kto wie, czy nie wręcz po śmierci promotora, którego zresztą zastąpi na egzaminie i obronie Jan Ziółek. Praca jest fenomenalnym zbiorem drobnych informacji o paru setkach działaczy, występuje tu mnóstwo znajomych, oczywiście Adam, Krzysztof i Michał Stanowscy, ale także sam Tomasz i Adam Strzemboszowie, Andrzej Janowski, Tomasz Deptuła, Andrzej Koprowski, a – żeby było śmieszniej – w jednym epizodzie nawet ja sam. Przebijam się przez gąszcz tych wydarzeń i wydarzonek, dowiaduję się mnóstwa historycznych ploteczek, bardzo zresztą smakowitych, ale ciekaw jestem dwóch rzeczy – czy autor w końcowej części zdoła zebrany ogromny materiał jakoś sproblematyzować i ująć syntetycznie oraz czy cała ta rozprawa okaże się zrozumiała dla kogoś nie obznajmionego z problematyką działania harcerstwa. Tego drugiego problemu na sobie samym sprawdzić nie zdołam, bo coś tam z własnych czasów instruktorskich pamiętam, ale rzecz jest ważna, bo praca naukowa musi umieć przełożyć sprawy wewnątrz organizacyjne na język pojęciowy nauk społecznych. Przeczytałem dotąd dopiero 330 stron. Ziółek dzwonił przedwczoraj i prosił, żebym nadesłał recenzję do 5 grudnia, bo chcą zrobić obronę jeszcze przed świętami. Zmartwienia nie ma, bo praca jest świetna, ale roboty z nią sporo. Tymczasem minęła północ, należy iść spać. Paweł baluje gdzieś na Bielanach, zadzwoniłem na komórkę, podobno niedługo wraca. Okey. Prawdę mówiąc, lubię taką czysto intelektualną, spokojną robotę, nawet w dużych ilościach, byle bez pośpiechu. A za tydzień będę już pewnie z Małgosią w Przerośli. Nie – za tydzień i 14 godzin – w niedzielę wczesnym popołudniem…

Na porannej mszy spotkałem Adama K. Złe wiadomości o Andrzeju, operacja się nie udała, coś mu popsuli. Jest w marnej formie. Rano miły telefon z Sopotu – pod jaki adres wysłać egzemplarze autorskie „Idzie o dobro wspólne”, które dziś wychodzą z drukarni. Poprosiłem, żeby wysłali do Przerośli. Uwinęli się z drukiem błyskawicznie – w 20 dni. „Stefczyk” już jest faktem społecznym. Teraz kolej na „Baśń…” Zajęcia poszły dobrze, wykład był dynamiczny, ale potem wysiadłem fizycznie i spałem w domu prawie trzy godziny. Na dworze śnieżyca, skoki ciśnienia i na chodnikach błoto śnieżne. Małgosia ma kłopoty z bolącą nogą, myślałem, czy by nie pojechać po nią jutro i nie przewieźć do Warszawy w niedzielę razem z Fajką i Bazylką, ale nie chce – bo małe kotki jeszcze nie rozdane… Światło i woda w porządku, a noga jakoby lepiej, więc napierać się nie będę. Piotr i Paweł jutro wybierają się manifestować pod ukraińską ambasadą w kwestii tamtejszych wyborów – ciekaw jestem, ilu ich się ich tam zejdzie. Poszedłbym zobaczyć, ale rozbiłoby mi to zupełnie najlepszy dzień biblioteczny, a na uliczne manifestacje jestem jednak trochę za stary. Ale inicjatywa synków bardzo mi się podoba. Tak trzymać!

Kolejny dzień na uczelni, mniej udany od poprzednich: wystąpienia dwóch referentek nie były wcale złe, ale sali nie interesowały zupełnie, a mnie w połowie. Dyskusji nie było, trochę pokomentowałem, ale też bez energii. A przed południem, też sennie, dłubałem w przypisach do „Baśni niepodległej” – udało mi się ich zrobić tylko kilka. W komentarzach odezwała się Ea w kwestii struktury systemu ideologicznego. Odpowiadam od razu: bibliografii nie ma, bo to mój prywatny wynalazek, nigdy nie opublikowany w sposób pełny i do końca precyzyjnie wyjaśniony. Podpieram się nim w wykładach, bo wyjaśnia pewne analogie między różnie ustawionymi politycznie ideologiami. Chętnie go Pani pokażę, czy narysuję, ale to wymaga minimalnego choćby komentarza ustnego, a artykułu napisać nie mam kiedy. Rozumiem, że Pani mieszka w Warszawie – i coś mi się majaczy, że niedaleko Młocin, gdzie miewam wykłady. Proponuję więc adres mailowy pablo@cwi.pl, do przyszłej soboty jestem w Warszawie, to się umówimy tu lub na UKSW na coś w rodzaju konsultacji. Przy okazji wyjaśnimy i sprawę ewentualnego seminarium z geografii polskiej kultury XIX wieku. Artykuł o „Skoku” bardzo złośliwy, ale zarzuty słabe i nie przekonywujące. Gorzej myślę o autorce i redakcji, niż o krytykowanych ludziach. Dalsze rozdziały „Religijnej historii Niemiec” są przykre, bo dotyczą czasów II wojny. Autorzy usiłują być wyrozumiali dla Kościołów, zbierają troskliwie przykłady zachowań przyzwoitych i wzniosłych. W związku z tym nie wiem, czy jest to obraz obiektywny. Chyba prawdzie są natomiast proporcje postaw protestantów i katolików. Dwie trzecie Niemców to protestanci, jedna trzecia – to katolicy. W Dachau było 411 niemieckich księży katolickich i 36 pastorów. Jeśli się to zestawi z podobnymi proporcjami postaw duchownych prawosławnych i katolickich w ZSRR i krajach rządzonych przez Sowietów, to wydaje się, że w naszym niezbyt skądinąd sympatycznym katolicyzmie rzeczywiście kryje się jakaś szczególna gotowość do oporu w przypadkach prześladowań za wiarę. Skąd to płynie? Z większej natarczywości duszpasterskiej, z klerykalnej „wojskówki” katolickiego Kościoła, czy z wyższej pozycji moralnej, przypisywanej u nas deklaracji wierności wierze? Prawdu skazać – nie wiem, ale fenomen zauważyć się daje. Dzwoniła Małgosia – ma wyłączone światło z powodu jakiejś awarii w sieci, a w efekcie także i kłopoty z wodą. Podobno jutro ma to zostać naprawione. Północ – idę spać.


  • RSS