cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

Stan zdrowia poprawia się, ale powoli. Ktoś w komentarzach komplementował mnie, że jestem ze stali. Tak naprawdę, to głównie z sadła – i zdaje się dzięki temu wyszedłem z tej przygody obronną… nie powiem czym, bo ręki tam nie podkładałem. Przed chwilą Bogdan M. stwierdził, że w sobotę jeszcze raz zrobią mi usg, żeby być pewnym, że wszystko jest w porządku. Niemniej coś mi się wydaje, że ukraińskie wybory będę oglądał, ale w telewizji. Dziś odwołałem już zajęcia na uczelni aż do 21 bm, a więc do końca roku. Wczoraj p. Michał pytał mnie, czy bym nie zmienił formuły pisma na coś większego, w oparciu o jego „Znaki czasu” i nieznany mi bliżej inny tytuł – oba zagrożone upadkiem. W pierwszym odruchu odpowiedziałem bardziej szczerze, niż uprzejmie, że nie, bo chcę się czuć u siebie. Teraz się waham, czy by nie zadzwonić do M.Dr. i nie zmienić opinii. W ten sposób można byłoby w parę osób robić nawet miesięcznik, a to już byłoby coś. Ale nie mam jeszcze ostatecznego zdania na ten temat. Artykuł o „Skoku” w „Polityce” jeszcze bardziej agresywny, niż poprzednio i równie mało konkretny. Autorką jest osoba, o której mówiono mi, jako o narzędziu SLD, uprzedzając, że jeśli byłby to jej tekst, to znaczy, że jest to akcja czysto polityczna. Dobrze, że to wiem, bo sprawa jest w tym układzie jasna. Sprawę Andrzeja Grz. względnie naprawiłem, prosząc Maćka, żeby był maksymalnie sympatyczny – a co z tego wyniknie merytorycznie, to już nie mój business. Uwiera mnie niepewność co do wyjazdu na Ukrainę, bo to w znacznym stopniu wpływa na cały rozkład jazdy na najbliższe miesiące. Wczorajsza rozmowa o politologii też wprowadza trochę zamieszania w moje projekty, bo albo mnoży złudzenia, albo odkrywa nowe możliwości myślowe. Przykład Ukrainy wskazuje, że polski sposób uprawiania polityki nie jest wyjątkową anomalią, przeniesioną sprzed dwustu lat. I że naprawdę nie musimy powtarzać wzorów zachodnich, stać nas na odkrywanie własnych dróg. Narody są podmiotami politycznymi, kultury są nosicielkami wartości, ludzie są gotowi płacić za przekonania, a wiara w Boga jest siłą niezniszczalną zzewnątrz. I o tym trzeba głośno mówić. Jeśli są w Europie narody sparaliżowane, to nie znaczy, że te, które stać na zdrową gimnastykę, mają stosować się do tamtych norm i krępować się z powodu własnej sprawności. Trzeba na nowo postawić pytanie, kto w Europie – i w ogóle w świecie – jest silny, a kto słaby? Otóż można tę refleksję kontynuować, rozszerzać w różnych kierunkach, wyciągać z niej rozmaite wnioski – i to nazwałbym nową drogą politologii. Warto byłoby ją uprawiać, a wydaje mi się, że uczelnia + pismo mogą okazać się do tego odpowiednim warsztatem. Może to wszystko bzdura, a może nie… Mówienie o tym jest mocno niepoprawne politycznie. Formułowanie tez musi tu być bardzo ostrożne, bo krytykując złudzenia liberalizmu można z wąskiej dróżki zlecieć na drugą stronę, jak to się już niejednemu myślicielowi w ciągu minionego stulecia zdarzyło. Ale coś mi się wydaje, że myśleć o tym należy.

Próbowałem dowiedzieć się czegoś, jak naprawdę wygląda kwestia organizacji wyjazdu obserwatorów ukraińskich wyborów, ale dodzwonić mi się nigdzie nie udało, w związku z czym mój osobisty udział pozostaje jeszcze w zawieszeniu. Odwiedzili mnie p. Michał Dr. i nieznany mi z imienia p.G. Rozmawialiśmy o ich projekcie otwarcia politologii na pewnej uprzednio raczej ośmieszonej, niż skompromitowanej, uczelni, która ma teraz nowego rektora w osobie p.G, jakie takie prywatne podstawy finansowe, a ideowo jest związana z instytutem Paderewskiego. Proponują mi prowadzenie tego kierunku, nie domagają się od razu pierwszego etatu, akceptują zarys mojej koncepcji programowej i nastawienie regionalne. Mam na to ochotę: byłoby to łatwe technicznie, bo w Warszawie, załatwiałoby luki w moim budżecie, a co najśmieszniejsze, wygląda na to, że byłoby całkiem sensownym warsztatem pracy – kształceniem politologów biorących za podstawę swej wiedzy doświadczenie właśnie Europy Środkowo-Wschodniej. Wstępnie zadeklarowałem gotowość zaangażowania się w tę robotę. Zadzwonił Andrzej Grz., było mi bardzo głupio, bo nawaliłem w załatwieniu sprawy, której się dla niego podjąłem. Przeprosiłem go, a jutro postaram się zreperować to w rozmowie z Maćkiem. Do załatwiania cudzych próśb jestem wyjątkowo oporny, leniwy i niedbały. Dzwonił także Mirek ze Szczekocin, ma dwa materiały o akcjach szkolnych do mojego pisma, o którym na razie głucho. Mówił, że dzisiejsza „Polityka” znów opublikowała niezwykle agresywny artykuł na temat „Skoku”. Muszę go jutro zdobyć.

Nie rozstrzygając postawionego wczoraj pytania o szanse pisania książki o tradycjach polskich i ukraińskich, zabrałem się dziś do lektur przedmiotu. Zrobiłem niezbyt wiele, ale coś tam przeczytałem i porobiłem bardzo przyzwoite notatki komputerowe z siedmiu referatów i dwóch artykułów na temat epoki Chmielnickiego. Zajęcie było miłe i chętnie je będę kontynuował, a dowiedziałem się przy okazji kupy drobiazgów, które dadzą się wykorzystać i dydaktycznie, i publicystycznie, i pisarsko. Stan zdrowia – w sześć dób po wypadku – poprawia się zdecydowanie, ale dobry to jeszcze nie jest. Projekt jazdy na ukraińskie wybory wisi ciągle w powietrzu, nie chciałem go dziś dopinać, najpierw czekając na ocenę zdrowia Małgosi, która była u lekarza, potem przyglądając się samemu sobie. Małgosia chodzi z trudem, nogi ją bolą chyba reumatycznie, ale analizy jeszcze w toku. Wygląda na to, że a la limite mogę ją zostawić i jechać, ale może lepiej byłoby zostać razem. Ja na pewno jechać już mogę, choć nie ułatwi mi to dochodzenia do zdrowia. Czyli w obu wymiarach 60:40, albo 55:45 za wyjazdem. Jeszcze o tym pomyślę. Podobno mimo skrajnie niewygodnego terminu jest dużo zgłoszeń kandydatów – ktoś mówił o 500 kandydatach na przewidzianych 200 miejsc… Byłoby to bardzo piękne.

Dwudziesta trzecia rocznica tamtego dnia, który stał się wielkim doświadczeniem życiowym dla ówczesnych Polaków. Czas był zły, ale cierpienie okazało się nie bezowocne. Jest niewątpliwy łańcuch przyczynowo-skutkowy między tamtą datą, a tym, co jest dzisiaj – i w Polsce i na Ukrainie. Ukraina, którą odwiedzałem przed dwoma tygodniami, teraz kiełkuje we mnie myślowo. Nie wygląda na to, bym mógł tam pojechać za kolejne 10 dni, bo fizycznie jestem kiepski, ale jeśli będę ten czas spędzał w Warszawie, czy potem w Przerośli, to powinno się z tego urodzić coś na piśmie. Jest do napisania historia więzi polsko-ukraińskiej, która pokazywałaby drugą stronę coraz lepiej już znanej historii konfliktu. Byłaby to historia idei, historia mitu, historia kultury. Rzecz narastała przez wieki. Jest etap znaczony dynastiami Piastów i Rurykowiczów. Po nim jest czas, o którym nie wiem praktycznie nic: między połową XIV, a połową XVI wieku. Jest etap walki z Turkami i równoczesnych wojen kozackich. Jest etap Baru i Humania. Jest rozbiór Ukrainy między Rosję a Austrię. I jest stulecie walki o niepodległość w wieku XX. Na każdym z tych etapów wre walka Polaków i Ukraińców, zazwyczaj bardzo krwawa i pełna okrucieństw. I na każdym pogłębia się psychiczna współzależność jednych od drugich, widoczna najlepiej w kulturze, w literaturze, w pieśni. Ileż tu rzeczy warto byłoby opowiedzieć, przypomnieć, skomentować… Taka książka jest do napisania, ale powinna być w księgarniach już dzisiaj, a ja mógłbym ją – odkładając na bok wszystko inne – napisać najwcześniej za rok. Wiele jest rzeczy, które mógłbym zrobić za rok, czy za dwa lata, gdybym umiał odkładać na bok wszystko inne. Rzecz w tym, że pasjonuje mnie po kilka rzeczy naraz i jedna odpycha drugą, w efekcie zaczynam i nie kończę rozmaitych przedsięwzięć. Szczęśliwie udał się Stefczyk, któremu uczciwie poświęciłem cztery pełne miesiące życia. Dzisiejszy pomysł wejścia natychmiast w historię Ukrainy oczywiście spycha w kąt rozbabraną książkę o WKL, co gorsza – zagraża pismu, które lada dzień może dostać zielone światło od fundatorów. Swędzi mnie jednak ta idea mocno, przy tym do roboty w tej kwestii mogę zabrać się dosłownie w tej chwili: lektury na pierwsze kilka dni mam zgromadzone w tym pokoju, w którym siedzę. Wydawcę dla tej książki znalazłbym dziś bardzo łatwo i zapewne na korzystnych warunkach. Książka pomyślana byłaby jako tom szkiców, można więc na próbę zrobić jeden szkic w toku najbliższych paru tygodni i wydrukować go choćby w pierwszym numerze pisma, a jeśli pismo nie wypali, to powinien też ktoś taki tekścik kupić. Powiedzmy, że zmarnuję na to czas do 15-20 stycznia – około 200 godzin, po czym dojdę do wniosku, że rzecz jest pomylona. Na taką inwestycję mogę sobie pozwolić, bo prędzej czy później zdążę jeszcze tę wiedzę sprzedać co najmniej w części. Z tego toku myślenia wychodzi, że rzacz nie jest pozbawiona sensu. A ochotę mam na nią dużą. Wynikałoby z tego, że równolegle do pisania recenzji z doktoratu p.AB., zacznę intensywnie czytać materiały do szkicu – albo o Hadziaczu, albo o micie Wernyhory, bo te dwa wątki ciekawią mnie szczególnie.

Pewne idee i pewne sprawy przyciągają określonych ludzi. W związku z wyborami na Ukrainie odezwała się wczoraj pani Ligia U.-Gr. i zrobiła mi tym przyjemność. Symbolizuje ona dla mnie pewien krąg dawnej warszawskiej inteligencji, uspołecznionej i katolickiej, wychowanej w kręgu Prymasa Wyszyńskiego, Lasek, różnych inicjatyw służby ludziom sprzed blisko pół wieku. To formacja już odchodząca, ale jej uczestnicy jeszcze w drodze na Powązki będą się rwać do służby. Pani Ligia, starsza ode mnie tylko o parę lat, ma wyjątkowo dużo energii i zdolność kojarzenia ludzi do wspólnej roboty. Mam się dziś – jutro spodziewać telefonów od niej i od pana DK. w kwestii szansy stworzenia punktu rekrutacji kandydatów na obserwatorów. Przeczytałem do końca doktorat pana AB. Jest i znakomity, i pozostawia głęboki niedosyt. Koncentruje się na politycznym aspekcie walki o kształt harcerstwa, nie wchodzi w problematykę stricte wychowawczą. Wolno mu, ale takie ograniczenie powinno zostać zapowiedziane w tytule. Pracy brak jest rozdziału dającego ekspozycję problemu: dlaczego ZHP przed 1980 rokiem był zły: czy dlatego, że wychowując w oparciu o fałszywe założenia działał szkodliwie, czy też dlatego, że będąc organizacją pozorną, nie wychowywał i nie działał wcale. Rozróżnienie to nabiera dużej wagi dla oceny sensu działania środowisk post-KIHAM-owskich z jednej, a ZHR-owskich z drugiej strony. Jutro spróbuję zredagować recenzję, bo już widzę, jak ją zbudować. A tymczasem kładę się, bo jednak organizm trochę domaga się łóżeczka.

No, to sobie choruję. Jest mi nadzwyczaj dobrze, bo wolno mi tylko leżeć w łóżeczku, siedzieć przy biurku, chodzić do stołu i do toalety, ale też nic więcej mi do szczęścia na najbliższe dziesięć dni nie trzeba. Ból często jest do uniknięcia, kiedy się wie, których ruchów należy unikać, czasem tylko kłuje niespodzianie, da się znieść. Małgorzata tylko mimo swoich bolących nóg ma ze mną kłopot, bo mnóstwo jest spraw, w których proszę ją o pomoc. Szansę wyjazdu na Ukrainę oceniam na 30%. Z odwołanych zajęć na uczelni naprawdę szkoda tylko piątkowego wykładu dla socjologów, bo im w tym roku bez przerwy coś przepada. Reszta, to niewielki problem.

Przywieźli do Warszawy, pokazali lekarzowi, dali jeść, pomogli we wszystkim. Joanna, Paweł, a tu już Małgorzata – wszyscy byli dla mnie bardzo dobrzy, poświęcali czas, wysiłek, żeby połamańcowi pomóc. Prześwietlenia złamań nie wykazały, więc wszystko jest na poziomie silnych stłuczeń, leczenie środkami przeciwbólowymi, zwolnienie do świąt, zalecenie leżenia bez wychodzenia na dwór. Ukrainę chyba diabli wzięli, ale teraz w nocy jeszcze się zgłosiłem na obserwatora przez internet, licząc, że może poprawi mi się szybciej, niż lekarz przewiduje, zaś termin zgłoszeń upłynął dziś o północy. Jeśli nie dam rady, to się wycofam. Na razie mam więc sytuację dość luksusową, perspektywę siedzenia w domu na Rakowieckiej, bez jakichkolwiek obowiązków konkretnych na zewnątrz i z bólem, który powinien stopniowo się zmniejszać. Jutro muszę odszczekać wykład dla olimpijczyków u Zosi, spotkanie z Michałem Dr., potem – w poniedziałek – zajęcia na uczelni. No, i dobrze byłoby tego czasu nie zmarnować…

9.12.04, Przerośl

Moja wczorajsza „upadłość” trochę zmieniła praktyczną sytuację osobistą, a nie wykluczam nawet reperkusji rodzinnych. Wstać było bardzo trudno, bo wszelkie napięcie mięśni tułowia powoduje dotkliwy ból i poniekąd paraliżuje. Dopiero taka sytuacja uświadamia człowiekowi, ile prac fizycznych wykonuje machinalnie i bezwiednie, choćby przy ubieraniu się. Dziś, nie mogąc pochylić się, majtki wkładałem przy pomocy… pogrzebacza. Wreszcie ubrałem się. Myślę, że w ciągu dnia trochę się rozchodzę, więc może uda mi się napalić w piecu, bo robi się chłodno. Małgorzata i Paweł przejęli się moją sytuacją: Paweł jest gotów przyjechać do pomocy, Małgosia namawia na poproszenie o pomoc Heńka lub Mirka. Wszystko to jest możliwe, ale na razie chcę zbadać, ile potrafię zdziałać sam i jakie sukcesy umiem osiągnąć, a jakich nie. Dużym osiągnięciem było na przykład podanie psu miski z żarciem, wymagające postawienia jej na podłodze bez wylania zawartości. Udało mi się z lekkim bólem uklęknąć na jedno kolano.
Piszę o tym, bo dzięki takiemu doświadczeniu nagłej bariery w sprawach najprostszych można po pierwsze odkryć ich wagę, po drugie – stwierdzić, że jak Zagłoba w chlewie, spokojnie i powolutku robiąc to, co okazuje się możliwe, można stopniowo poprawiać swoją sytuację, nie oglądając się na innych. Dla mnie osobiście istotna trudność polega na wyłączeniu nerwów, które sprawiają, że się człowiek martwi, zamiast działać. To oczywiście stosuje się i do sytuacji dużo poważniejszych, niż ta moja, ale model, że tak powiem, jest +- ten sam. Czasem oczywiście pomoc z zewnątrz jest niezbędna, a w każdym razie bardzo przydatna. Likwidacja posezonowa tutejszego domu wymaga co najmniej paru czynności, których jako żywo nie wykonam: zamykania wody ze spuszczeniem jej z rur, zakładania alarmu, zamykania okiennic, otulania drzewek na zimę, biegania po wszystkich zakamarkach i zakładania kłódek itd. Sam jechać samochodem ponad trzysta kilometrów z psem i być zmuszonym do wsiadania i wysiadania przy każdym rzeczywistym lub domniemanym defekcie, to też trochę za duża sztuka. W tym momencie zadzwonił telefon: u Małgosi jest Joanna, może jutro raniutko wziąć Pawła i przyjadą po mnie jej samochodem. Właśnie myślałem, żeby poprosić Pawła o przyjazd po mnie pociągiem, ale w takiej sytuacji wszystko okazuje się maksymalnie uproszczone. Joanna jest kochana, jak zawsze, zmęczy się, jak dzika, ale pomoże w potrzebie.
Mój wypadek kwestionuje także realność wyjazdu na ukraińskie wybory: nie wiem, czy za dwa tygodnie będę w formie całkowicie odpowiedniej do podejmowania takich przedsięwzięć. Cóż, będzie, co będzie.
Z dużym wysiłkiem, ale z powodzeniem: 1) przyniosłem sobie z tejże szopy tenże węgiel i drzewo, 2) wcisnąłem się w Sukcesika i pojechałem do sklepu po chleb – powiedzieli mi:”było zadzwonić, to byśmy przywieżli panu”, 3) napaliłem w dwóch piecach. Bolało, jak cholera, nie wiem, czy mi żebro nie pękło wczoraj. A teraz prawie do północy czytałem ten doktorat – zostało mi już tylko 100 stron + aneksy. I jeszcze żyję. Może więc i na Ukrainę da się pojechać…

8.12.04, Przerośl

Jest jeszcze noc z 7 na 8 grudnia, gdzieś około pół do drugiej. Niedawno skończyłem artykuł i wysłałem go do redakcyjnej teczki odbiorczej. Nie spodziewałem się, że zrobię to tak szybko, ale decyzja wzięcia udziału w akcji OBWE na Ukrainie pomogła mi w koncentracji wokół tego tematu – i napisałem. W gruncie rzeczy mogę więc jechać do Warszawy nawet dziś około południa, czyli po kilku godzinach snu, a na pewno jutro rano. I chyba tak zrobię. Okres pozostawania domu bez opieki wydłuży się w ten sposób o kolejne 6 dni, czyli do 23 dni, ale za to o 6 dni dłużej będziemy razem z Małgosią, której zresztą mogę być praktycznie przydatny w sytuacji jej kłopotów z nogą. W związku z planowanym wyjazdem na Ukrainę odszczekałem zapowiedź jazdy do Krakowa na 18 bm. Pomieszkamy przez chwilę w Warszawie bez dodatkowych wyskoków. Nie mogę czemuś dostać się bo blogów – ani do mojego, ani do Małgosi, a szkoda. Idę więc spać. (…)

Spałem tylko niecałe osiem godzin, do dziesiątej. Rano wprowadziłem do tekstu artykułu jeszcze parę zmian i uzupełnień, porozumiałem się z redakcją i – przed zabraniem się do recenzji z doktoratu p. A.B. – wykonałem kilka zaległych spraw gospodarczych, łącznie z jazdą na zakupy do Gołdapi. Już się wtedy ściemniało, Gołdap była oświetlona, jej przedświąteczna dekoracja przypomniała mi piękny adwentowy Benfeld i w ogóle Alzację sprzed siedemnastu lat. Zrobiło mi się lirycznie i miło. Wróciłem do domu, poszedłem po węgiel i drzewo, żeby sobie napalić w piecu. Po ciemku poślizgnąłem się na węglu i poleciałem plecami na rozrzucone drwa. Upadłem dość nieszczęśliwie okolicą krzyża na jakieś sterczące bierwiono. Zabolało tak, że wrzasnąłem na pół kilometra nieprzyzwoitą wiązanką i kilka minut bałem się ruszyć. Wstawanie było powolne i bardzo przykre, droga do domu i rozpalanie pieca też. Jeszcze w tej chwili każde poruszenie lewej części korpusu, lewego uda i nawet lewej ręki – mojej jedynej przecie – jest bardzo bolesne, aczkolwiek jest już o wiele lepiej, niż w pierwszej godzinie. Zaraz się kładę i spróbuję kończyć lekturę tekstu w łóżku. A autor się niecierpliwi, bo miałem to odesłać na KUL trzy dni temu. Niestety plan popsuła pomarańczowa rewolucja. Wyślę w piątek, w Lublinie będzie w poniedziałek, nic na to nie poradzę. Wpadłem w tym momencie na pomysł genialny: zadzwoniłem do doktoranta, nawiązałem kontakt bezpośredni. Twierdzi, że zniesie to opóźnienie, bo tak czy inaczej przed świętami obrony nie będzie, niemniej chcę to już skończyć w ciągu najbliższych dni. Zadzwonił Bogdan M., wypytując, co mi jest. Miły! Mówi, że w zasadzie powinienem to prześwietlić, skoro nie dziś, to ewentualnie jutro, ale jeśli mnie brzuch nie boli i sikam normalnie, to chyba nic się nie stało.

7.12.04, Przerośl

Zdrów to ja jestem umiarkowanie. Wczorajszej nocy miałem kłopoty naczyniowe z nogą, bałem się kolejnego nawrotu róży, ale po trochu zdaje się przechodzić. A dziś spałem od północy do jedenastej w południe, kiedy obudził mnie listonosz. Może odreagowuję poprzednie dni, a nawet tygodnie, a może to coś innego.

List był od Wacka W. w sprawie jego młodego krewnego ze Stanów, który chce w Polsce robić doktorat z problematyki Kościół-Państwo + konstytucja Unii Europejskiej. Pomysł wydaje mi się sympatycznie wariacki, cv chłopaka na pozór wygląda nieźle, ale nie wiedząc, co jest czym w Stanach, nie mogę go ocenić precyzyjniej. W każdym razie rzecz zasługuje na wstępny kontakt z delikwentem.

Wczoraj późnym wieczorem zadzwonił Paweł z pytaniem, czy nie wziąłbym udziału w obserwacji z ramienia OBWE wyborów na Ukrainie 26 grudnia, bo w KIK-u szykuje się grupa jadących. Trzeba by porozumieć się przede wszystkim z Piotrem. Chcieć, to mi się, prawdę mówiąc, nie chce, ale rzecz swój sens ma. Pojadą tam przede wszystkim młodzi, dość zieloni ludzie. Udział old-boya znającego Ukrainę, mówiącego po rosyjsku i będącego dość znanym rozrabiaką, mogłaby być tam przydatna… Likwiduje to niestety święta w domu – będzie znakomicie, jeśli uda się spędzić w Warszawie wigilijny wieczór przed odlotem – ale to cena za chyba wartościowe zaangażowanie. Trzeba to będzie przemyśleć w szczegółach. Termin drugiej tury został wybrany dobrze – obserwatorów, gotowych zrezygnować ze świąt w domu, będzie na całym świecie zachodnim bardzo mało, do większości komisji lokalnych nikt oczywiście nie dotrze.

Wczoraj napisałem ponad trzy strony. Na rozmiar, to już mam większość artykułu nr 1 gotową, co do treści, to nie jestem pewien, czy jest to jako tako spójne. Najpierw jednak napiszę te 15 tysięcy oczekiwanych znaków, a potem będę się martwić o wyrazistość poszczególnych fragmentów i ich wzajemne powiązania. Mam już napisanych ponad dziewięć tysięcy. Gdybym miał jechać na Ukrainę jako obserwator wyborów, to przed świętami zrobiłbym jeszcze jeden tekst, a ostatni byłby po wyborach – i to byłaby na prawdę ciekawa całość.

Zadzwoniłem do Piotra. Sprawa jest trudniejsza, niż myślałem. Trzeba być na miejscu w wigilię rano, oznacza to rezygnację z wieczerzy wigilijnej z bliskimi. W tej sytuacji oczywiście kandydatów na wyjazd będzie bardzo mało – i z Polski i z całego zachodniego świata. Wybór tego terminu głosowania oznacza chęć uwolnienia się od obecności obserwatorów, to jasne. Zastanawiam się, co tu zrobić. Pierwsza rzecz, to skłonić Małgosię, byśmy pojechali razem. Paweł mógłby jechać z nami na nasz koszt, na to warto by wydać forsę, albo zostać z Piotrami lub Marynią. Drugi pomysł, to rozpropagować taki pomysł wśród naszych rówieśników KIK-owskich – sam widzę kilka starych małżeństw i co najmniej dwie samotne panie, do których warto byłoby się w tej kwestii zwrócić. Gdybyśmy w ten sposób obsłużyli kilka komisji wyborczych, satysfakcja byłaby wielka. Zadzwoniła Małgosia, nadałem jej sprawę, ma to rozważyć. Z nogą zresztą czuje się nieświetnie, więc nie jest nastawiona na zdobywanie świata. Ale może się zdecyduje… Po chwili zadzwonił Paweł, twierdzi, że Mama się zdrowotnie raczej nie nadaje, poza tym jej nieobecność na święta w Warszawie zepsułaby święta całej rodzinie – i tu ma rację. Natomiast sam bardzo chce jechać ze mną. Wygląda zatem, że rzecz jest od naszej strony postanowiona. Teraz może nam przeszkodzić totalnie tylko OBWE (nie wierzę!), a częściowo – redakcja „Rzepy”, którą chcę poprosić o forsę na przelot dla Pawła. Jeśli mi odmówią, będę im miał to bardzo za złe – i zapłacę sam.


  • RSS