cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

Wczoraj wieczorem podkusiło mnie coś, żeby zajrzeć do starych dzienników. Większość ich leży w Przerośli, ale parę zeszytów z okresu emigracyjnego mam tutaj. Przeglądałem je do późnej nocy i było to zajęcie ciekawe. Sądząc po efektach zewnętrznych, można mój pobyt na emigracji uznać za mało twórczy. Było inaczej. Po pierwsze – był to okres kolejnych ciosów życiowych. Inkasowałem ich sporo – i trzymałem się jako tako, a chwilami nieźle. Po drugie – uczyłem się świata. Watykan i jego okolice, związki zawodowe, trzeci świat – to wszystko były sprawy i zjawiska zaskakująco nowe. Jakoś je pojmowałem po swojemu. Po trzecie – przyzwyczajałem się do życia w otoczeniu pomników kultury zachodniej i choć nie wykorzystałem tych okazji, żeby się trochę nauczyć ich odbioru, to coś z nich zapamiętałem. A poza wszystkim – dopiero czytając dziennik mogę stwierdzić, jaki byłem aktywny i pracowity intelektualnie. Słabością była ciągła niemożność czy nieumiejętność wykorzystania tego, co się nawarstwiało we mnie, jakiś wewnętrzny bałagan. I niekorzystne usytuowanie w kontaktach międzyludzkich, częściowo na pewno przeze mnie zawinione, częściowo – wynikłe z przyczyn niezależnych. Można było te dziewięć lat rozegrać o wiele lepiej, ale za zmarnowane też ich uważać na należy.

Dzisiejsze przedpołudnie spędziłem na seminarium doktorskim. Nie chciało mi się tam iść, bo przeziębienie jest coraz silniejsze, ale dobrze się stało, że byłem. Mój nowy doktorant z Brańska przywiózł i czytał tekst, stanowiący rozpoznanie problemu, nad którym chce pracować: edukacja i działalność duszpasterska jako czynniki wpływające na świadomość narodową na pograniczu wyznaniowym i etnicznym wokół Bielska i Brańska. Od strony znajomości terenu i faktów lokalnych gość jest bardzo dobry, z problematyzacją i syntezą może mieć kłopoty, ale na tym etapie badanie tematu to normalne. Koniec badanej epoki jest określony – 1914, natomiast nie wiem, w którym miejscu sugerować jej początek: 1864 jako początek nowej polityki rusyfikacyjnej, 1875 – jako prawna likwidacja parafii unickich. Byłoby też ważne pytanie o wagę roku 1905 jako pewnej cezury, istotnej w Warszawie, ale czy zauważalnej na głębokiej prowincji podlaskiej? Dobrze byłoby, gdyby dało się dotrzeć do informacji o polskiej edukacji nieformalnej na badanym terenie (endecy bądź ludowcy). Będę musiał mu taką sugestię podpuścić. W spisie członków LN u Kozickiego znajduję: Arcichowski Michał – Podlasie, Bielicki Romuald – Łomża, Borkowski Zenobiusz – Brześć, Konarski Szymon – Łomża, Malinowski Wacław – Podlasie, Walewski Wiktor – Biała Podlaska, Dołęga-Zakrzewski Jan – Ostrów Maz. Zastanawiałbym się, czy, jak i gdzie oni działali na przykład w TON-ie. Coś z tego mogłoby wyniknąć.

Dydaktyki dużo, koniec semestru, więc konsultacje w kwestii prac zaliczeniowych, w efekcie z 4 godzin wykładowych zrobiło się ich 6. Na dodatek jestem przeziębiony i zły.

Intensywna dydaktyka zablokowała mi dziś myślenie o omawianej wczoraj książce. Jutro też szykuje mi się dzień podobny, sobotnie przedpołudnie – to seminarium doktorskie, więc chyba nic w tym tygodniu nie zrobię, tym bardziej, że muszę wreszcie napisać zaległą recenzję z rozprawy habilitacyjnej, którą trzymam od ponad pół roku. A na poniedziałek muszę wysmażyć wspomnianą wczoraj koncepcję sesji. Stopniowo nabiera ona mięsa, zaczynam ją czuć, ale realizacja tej idei wydaje mi się coraz trudniejsza.

Dzisiejszy dzień kontaktów mało owocny. Ciekawa rozmowa z Bohdanem G., ale w niej szczegół przykry, potwierdzający moje złe przypuszczenia o kimś z naszych znajomych. Wbrew temu, co mówił Wieniamin, ambasada białoruska nie miała listu z Witebska w mojej sprawie, straciłem kupę czasu na próżno. A po południu nawet telefonu komórkowego nie udało mi się wymienić na nowy. Jedynym ważnym wydarzeniem była rozmowa z Pł., który wydaje mi się coraz bardziej przekonywujący. Wygląda na to, że z czasopisma będą nici, i to na dłużej, niż wydawało się z początku. Nie wykluczam natomiast zamówienia na książkę o trwałej więzi kulturowej narodów dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Chodzi o taki tom, jaki wymyśliłem sobie w Odessie. Szybka praca na ten temat bardzo mi odpowiada, a uzyskanie natychmiastowej sporej zaliczki na jej wykonanie zdaje się możliwe. Decyzja w tej kwestii może zapaść już w poniedziałek. W tej sytuacji za chwilę otwieram w komputerze nowy plik: jeszcze nie nazwany nowy dziennik pokładowy i obmyślam szczegółową koncepcję czegoś obliczonego na 300-400 stron druku i na co najmniej rok pracy pisarskiej. Jeśli sprawa wyjdzie, mogę sobie podarować szukanie zajęć dodatkowych, bo okaże się, że będę zarabiać tym, co naprawdę chcę pisać. Drugim wątkiem tej rozmowy był projekt przygotowania sesji na temat religii w kulturze jutrzejszej Europy i świata, jaką spróbowalibyśmy zrealizować w Gdańsku, jako jednego z prelegentów zapraszając R. B. Zobowiązałem się przygotować do poniedziałku merytoryczną koncepcję takiej imprezy. Zadanie jest niełatwe, ale pasjonujące. Chciałbym wymyślić coś nie całkiem akademickiego, ale politycznie niepoprawnego i drażniącego, angażując w to filozofów, teologów, historyków, socjologów i polityków różnych religii i wyznań.

Czytając „Pisane miłością”, czyli wspomnienia o wdowach po zamordowanych w Katyniu, wymyśliłem w nocy projekt dydaktyczny na wstępny okres pracy ewentualnego seminarium. W trzech tomach zebrane jest około trzystu wspomnień, z reguły bardzo emocjonalnych i bardzo subiektywnych. Ich zawartość merytoryczna jest raczej uboga. Należy spośród nich wyodrębnić teksty, które dają jakieś informacje o stanie faktycznym lub prezentują mity o: – autodefinicji socjalno-kulturowej rodziny, – mitycznej szczęśliwości przedwojennej, – losie matki i dzieci w czasie wojny, – losie matki i dzieci w latach 1944-1956, – o losie rodziny i o krystalizowaniu się środowiska w latach późniejszych. Potem należy zlecić opracowanie poszczególnych tematów uczestnikom zajęć. Po wykonaniu tych prac zobaczymy, czy i w jakich kierunkach da się to kontynuować ( wybór wątków, rozszerzenie bazy źródłowej, kierunki interpretacji itd). Dziś znów był dzień dość aktywny zewnętrznie. W południe zakładaliśmy w redakcji „Rzeczpospolitej” Stowarzyszenie Przyjaciół IPN-u. Pojawiło się tam wielu ciekawych ludzi ze starszego i średniego pokolenia. Niestety gnałem na uczelnię i musiałem wyjść przed końcem, toteż prawie z nikim nie zdążyłem zamienić ani słowa. Józek R. ofiarował mi swą książkę o etyce wierszy Herberta. Książka ta przyniosła mu – w 25 lat po politycznym wyrzuceniu z UJ – polonistyczne magisterium, a dla mnie jest namacalnym dowodem, że autor – wesoły brat-łata, kilkakrotnie żonaty, trochę błaznujący w życiu – ma w istocie i oblicze drugie, bardzo subtelnego i głębokiego filozofa, a zwłaszcza etyka. Chciałbym, żeby dowiedział się o tym, że odkryłem – po ponad trzydziestu latach znajomości i koleżeństwa – to jego drugie oblicze i że go podziwiam. Na uczelni studenci wykazali się dość poważnym podejściem do otrzymanych zadań. Część grupy przedstawiła już swoje konspekty prac zaliczeniowych – i na pierwszy rzut oka wydaje się, że są one dojrzalsze i robione bardziej serio, niż miało to miejsce u ich kolegów z poprzednich lat. Mam ochotę z nimi pracować. Trzeci element dzisiejszego programu udał się gorzej. Szkoła, w której proponowano mi politologię, ma – jak się okazuje – opinię fatalną. Rozmówcy informują mnie lojalnie o tym, zwracając uwagę, że dotyczy to stanu przeszłego, sprzed przygotowywanej obecnie sanacji, niemniej oferta ma walor bardzo wątpliwy. Nie jestem pewien, czy powinienem w to na stare lata wchodzić, choć gdybym zdołał na tym marnym gruncie zbudować coś naprawdę cennego, mógłbym mieć chyba rzeczywiście dużą satysfakcję. Poczucie braku satysfakcji przyniosła mi lektura ostatniego numeru „Znaków nowych czasów” z obszernym fragmentem dziennika Janusza Zabłockiego z okresu stanu wojennego. Poczułem wyraźnie, że to jednak nie moje towarzystwo. Pozostaje więc problem, czy i do jakiego stopnia powinienem się z nim wiązać. Nad tym trzeba się jeszcze będzie poważnie zastanowić.

Po całym dniu tego „nadganiania” jestem nieźle zmęczony, choć dzień mogę uznać za zawodowo udany. Dyrektor instytutu socjologii zaaprobował mój pomysł robienia seminarium dla jego studentów i zorganizowania im praktyk w czterech gminach – Banie, Dubeninki, Przerośl i Puńsk. To przysporzy treści i mojej katedrze „socjologii procesów społecznych” i moim studiom nad „ścianą północną”. Na początek widzę takie zagadnienia do wstępnego zbadania: – porównanie życia zbiorowego gmin „post-pegeerowskich” i gmin „gospodarskich”, – porównanie wrośniętej mniejszości litewskiej (Puńsk) i transplantowanej mniejszości ukraińskiej (Banie), – oblicza biedy rzeczywistej i pozornej w gminach przygranicznych, – napływ inteligencji i burżuazji wielkomiejskiej na wieś i jej wpływ na środowisko lokalne, – wiejskie elity kulturalne na odległej prowincji. Nie wiem, czy taki projekt zainteresuje kandydatów na to seminarium, ale pogadać z nimi należy. Gdyby natomiast byli nastawieni bardziej historycznie, to można by ich napuścić na problematykę Rodziny Katyńskiej jako środowiska ideowego. Zbiór wspomnień opublikowanych jest ogromny, ludzie z pokolenia dzieci jeszcze żyją, mają lat od 65 w górę. Dobrze byłoby w tym względzie porozmawiać z Renią J. W tej chwili zadzwonił chłopak organizujący tę grupę, mają tu wpaść w czwartek, wtedy pogadamy. Na dzisiejszej długiej radzie wydziału poprzedzonej habilitacją, i na uroczystym obiedzie, stawianym wszystkim przez habilitanta, miałem przyjemność: cztery osoby gratulowały mi kolejno moich artykułów o Ukrainie. Te teksty są w tym środowisku czytane i budzą zainteresowanie. Fajnie. Dzwonił p. Michał Dr. Mamy spotkać się jutro o piątej, bo są nowe wiadomości o pracy na uczelni, na którą mnie namawiał. Ja z kolei zadzwoniłem do p.Pł. i umówiłem się na rozmowę z nim na środę o 10 rano, żeby ustalić, jakie są jego propozycje na najbliższe miesiące – zapowiadał jakieś nowe pomysły, które miały mi osłodzić „chwilową” rezygnację z wydawania czasopisma. W sumie jest to duże nagromadzenie kontaktów, z których wynikną kierunki dalszych robót. Męczące to i jednocześnie ciekawe.

Dziś była nagła i niespodziewana podróż do Przerośli, bo w związku z leczeniem Małgosinej nogi przewidujemy kilka jazd do Pyr, do jakiegoś ośrodka – i samochód będzie tu potrzebny. Rano pojechałem pociągiem, a przed ósmą wieczorem byłem z powrotem. Udało się znakomicie. Jadąc, trochę czytałem Kapuścińskiego „Podróże z Herodotem”, trochę myślałem o różnościach. Temat pierwszy: wbrew pozorom mój organizm nie potrzebuje ani alkoholu, ani nikotyny, a może nawet i słodyczy. Zlikwidowałem pierwsze dwie, teraz trenuję prawie zupełną rezygnację ze słodyczy, w kolejce czekają węglowodany. Zauważam jednak, że ograniczenia konsumpcji wydają się osłabiać więzi międzyludzkie. Uczestnictwo w obyczaju konsumpcyjnym jest ważnym przejawem tych więzi. Stąd asceci nigdy nie bywali lubiani ani popularni. Temat drugi: geografia kultur naszego regionu świata wykazuje takie mniej więcej układy: milcząca surowość
raktycystyczna energia pasywna mistyka
elokwentny permisywizm
Po powrocie do domu odebrałem telefony: od Wieniamina z ponowionym zaproszeniem do Witebska i zapewnieniem, że wiza jest przygotowana. Zapowiedziałem, że przyjadę w pierwszej połowie marca – i od wtorku zacznę to organizować; od Zygmunta Sk. z zaproszeniem na zebranie w piątek nt. europejskiej polityki wschodniej po wyborach na Ukrainie. Na to też się zdecydowanie wybieram. Od jutra tydzień intensywnej dydaktyki. Prawdę mówiąc, cieszy mnie ta perspektywa. Dydaktyka jest dla mnie męcząca z powodu mego krępującego zapominalstwa i wynikających stąd ustawicznych kłopotów organizacyjnych, ale pokazywanie młodym rzeczy ciekawych jest fajne, a w momencie, gdy ktoś zaczyna się jakimś wątkiem naprawdę interesować, rzecz staje się wręcz fascynująca. Ostatni semestr wyszedł słabo z powodu choroby w grudniu, muszę to teraz nadgonić.

Od rana – dość głodny – poszedłem do BN-u. Skończyłem zaległą lekturkę do „Gasztołda”, a potem wziąłem się z Struga. ” Ludzie podziemni” za mną i połowa „Dziejów jednego pocisku”. To dobra zachęta do pisania o 1905 roku. Niestety dziś tych lektur nie skończę, część zostanie na przyszły tydzień.

Wyjazd rzeczywiście był wypoczynkowy, w gruncie rzeczy niekonieczny, ale miał parę elementów ciekawych, rodzących refleksję. Nie uświadomiłem sobie wcześniej, że jadę „w świcie” Lecha Wałęsy. Nie mam treningu w byciu świtą, więc ratowałem się czasem autoironią, ale muszę przyznać, że byłem traktowany niezwykle sympatycznie i z pewnym szacunkiem. Zostałem zapamiętany sprzed 25 lat jakoś pozytywnie. Myślę, że zadziałał tu fakt, że nigdy nie starałem się dopchać się do niego, gdy był u władzy i nigdy w życiu o nic go nie poprosiłem, natomiast jego prośby spełniałem po swojemu i bez jakiejkolwiek uniżoności. Stąd mam u niego znaczny kredyt zaufania. Zresztą nie gadaliśmy wiele, a zwłaszcza – nie na osobności. Może szkoda, choć nie wiem, czy byłaby to rozmowa łatwa i miła. Drugą osobą, która dała mi do myślenia, był nasz gospodarz. To też była osobowość ciekawa, nietuzinkowa. Biografię ma pokręconą, ale bardzo chciałby mieć do siebie szacunek – i chyba sporo wysiłku wkładał to i ćwierć wieku temu i dziś. Wspominając stare ruskie powiedzenie, można rzec, że ” na fonie svinijej on pariadocznyj czełowiek…”, a dalszego ciągu nie dopowiem, bo myślę, że mógłbym go skrzywdzić. W każdym razie, czułem się w rozmowach z nim dobrze. Trzeci temat myślenia związany był z wczorajszym składaniem kwiatów pod pomnikiem łotewskich bojowców z 1905 roku. Tak, jak i u nas, jest to na Łotwie tradycja dwuwartościowa. Tam kwiaty składała pani prezydent. U nas o stuletniej rocznicy nie pamiętał nikt. Chyba niesłusznie pozwoliliśmy przechwycić tę tradycję czerwonym. Postanowiłem napisać o tym artykuł do „Rzeczpospolitej” – i zrobię to z wielką frajdą. Na tle tych trzech wątków myślowych rysuje się fakt konkretny: po wygłoszeniu referatu nawiązałem wieczorem porozumienie z trzema tamtejszymi historykami co do zorganizowania jakiejś współpracy wokół tematyki dziejów kultury wschodnioeuropejskich.


  • RSS