cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

Rano poszedłem wreszcie do IPN-u i złożyłem wniosek o przyznanie mi statusu pokrzywdzonego. Wziąłem także analogiczny formularz dla Małgosi. Poza tym umówiłem się na rozmowę z wice-prezesem Krupskim w przyszłym tygodniu. Składając papiery, nie wypełniłem rubryki dotyczącej przyśpieszenia postępowania. Zgadzam się, by pierwszeństwo mieli ci, którzy muszą się komuś z czegoś tłumaczyć. Ja szczęśliwie jestem od takich trosk wolny, chcę tylko wiedzieć, kto powinien się z czegoś mnie tłumaczyć, więc mogę czekać dłużej. Odbyliśmy dziś kolejną – i w tej serii kuracyjnej ostatnią – wizytę Małgosi w lecznicy niekonwencjonalnej w Pyrach. W jakiejś mierze tamtejsze zabiegi pomogły na jej bolące od wielu miesięcy kolano. Teraz ma nastąpić co najmniej miesięczna przerwa w kuracji. Fajnie. Dziś skończyłem papieską książkę „Pamięć i tożsamość” i na pytanie redakcji o recenzję odpowiedziałem pozytywnie: że napiszę ją do wtorku. Będzie to zadanie trudne, bardzo ambitne, ale ten tekst zostanie przeczytany przez wielu czytelników, a można w nim zawrzeć sporo rzeczy ważnych. Jutro rano chciałbym zbudować sobie koncepcję samej recenzji – i co najmniej zacząć ją pisać. W praktyce będę na nią miał pół dnia jutro + całą niedzielę i fragmenty wtorku. Starczy czasu na napisanie, ale rzecz w tym, żeby ten tekst miał sens, a nie wyczerpywał się w laurce dla autora. Paweł znalazł dziś w internecie charakterystyki techniczne „Rovera” 214 i 216, o których mówił facet z Poznania. Produkowano je w latach 1995-1999. Mają pojemność prawie 1400 i prawie 1600, palą (jako nowe) 5,2 do 7,1 l benzyny, mają przedni napęd, silniki uchodzą za dobre i trwałe. Wystrój ma elementy stylu brytyjskiego, trochę staroświecczyzny, błędy w wykończeniu. Pięciobiegowe i szybkie (do 185 km/h). Wedle internetu powinny kosztować 20-23 tys złotych nawet przy sporym przebiegu. Zobaczymy, ile zaśpiewa pan handlarz, ale wstępnie czuję, że mam na takie cacko dużą ochotę.

Organizowanie szkoły bawi mnie mało, ale myślenie o formowaniu fachowców od polityki, więcej – napisanie czegoś na ten temat – byłoby nie od rzeczy. Dzwonił Dr., jesteśmy umówieni na poniedziałek o pół do pierwszej. Będzie to dla mnie o tyle wygodniejsze, że będę już po rozmowach gdańskich i łatwiej będzie mi podejmować takie, czy inne decyzje. Z redakcji „Rzeczpospolitej” dostałem wczoraj szczotki nowej książki Papieża „Pamięć i tożsamość” wraz z redakcyjną propozycją napisania o niej do gazety. Przeczytałem dziś połowę – łatwe to nie jest, jak wszystkie teksty Wojtyły, ale daje do myślenia mnóstwo i w ocenie współczesnej filozofii europejskiej wydaje mi się znakomite: potrafi wziąć ją całą w nawias, sięgający Kartezjusza. Ta książka musi wywołać na Zachodzie silny protest, bo jest spokojnym, ale kategorycznym wyłożeniem potrzeby powrotu do filozofii bytu, a nie tylko filozofii ludzkiej świadomości. Po drugie – jest tu otwarte mówienie o dobru i złu, o grzechu i o odkupieniu przez Chrystusa, jako o zadaniu, danemu człowiekowi. Bardzo ważna wydaje mi się też część książki poświęcona wolności człowieka, też ujętej jako zadanie wyboru dobra – bonum honestum, a nie utile, ani delectabile. Ta partia filozoficzna i teologiczna książki, trudna cholernie, podoba mi się bardzo. Mniej mi odpowiada szeroko rozwijana w dalszej części wizja historii Polski, miejscami dewocyjna, miejscami apologetyczna i trochę nie przekonywujące rozumienie narodu jako społeczności naturalnej. Jutro będę czytał dalej, bo muszę natychmiast obmyśleć sposób zrecenzowania tego chyba niejednolitego wewnętrznie dzieła. Wykład poszedł mi niedobrze – temat niby łatwy, bo opracowany pisemnie w postaci całej książki przed paru miesiącami i wyuczony w szczegółach, w ustnym streszczeniu zabałaganił się i skrócił raptem do dwóch godzin wykładowych, choć planowałem go na cztery i martwiłem się, że nie zdążę zmieścić. To już zaczyna być u mnie regułą, że najgorzej wychodzą mi wykłady najsolidniej przygotowane. Znacznie lepsze są te, w których relacjonuję właśnie trwające własne poszukiwania i dzielę się wątpliwościami, to budzi zainteresowanie słuchaczy. Co zrobić jednak, skoro niektóre treści wykładu już wątpliwe dla mnie nie są, owszem, są już utwardzone na kamień. Tego, co dla mnie samego jest już banałem, porządnie zreferować nie potrafię. Pan samochodziarz spod Poznania namawiał mnie dziś – i może nawet skutecznie – na małego „Rovera”, podobno dobry, oszczędny, w kategorii pięciolatków stosunkowo niedrogi, a po „Sukcesiku” nie powinien mi się wydać mały. Ma się rozejrzeć za czymś takim do piątku. Nie mam pojęcia, co to naprawdę jest, nigdy w nim nie siedziałem, ze słyszenia znam go jako samochód z wyższej półki i nie rozumiem, dlaczego ma się okazać na rynku stosunkowo tani. Wczoraj z kolei Jan D. kusił mnie starym, naprawdę starym „Mercedesem”. Biorąc pod uwagę opinie Andrzeja P., który jeździ takim wielkim starcem już kilka lat i bardzo go sobie chwali, nie wykluczam i tej opcji, ale Małgosia boi się takiej wątpliwej inwestycji – i może ma rację. Ciekawe, czym się te nasze rozglądanie skończy…

Rada Wydziału jako początek tygodnia pracy na uczelni jest zajęciem wysoce deprymującym. Trzy i pół godziny zajęć pozornych. Obejrzałem dokument, mówiący o strukturze politologii na naszej uczelni. Trzyletni kurs licencjacki + dwuletni magisterski, jako przedmioty podstawowe wymienione są: historia filozofii, ekonomia, socjologia, psychologia społeczna, historia powszechna i historia Polski XX wieku, oraz geopolityka. Jako przedmioty kierunkowe, wykładane głównie na kursie magisterskim: wstęp do nauki o państwie i prawie, metodologia badań politologicznych, teoria polityki, myśl polityczna, komunikowanie społeczne, współczesne systemy polityczne, systemy polityczne i partyjne, system polityczny RP, samorząd i wspólnoty lokalne, polityka społeczna, stosunki międzynarodowe, ład polityczny WE. Parę rzeczy mnie tu dziwi: brak geografii politycznej i historii cywilizacji i kultur na poziomie podstawowym, brak filozofii społecznej i politycznej, brak porządnej nauki o mediach, propagandzie i kulturze, nie wyodrębnienie pomiotów życia zbiorowego – jednostki, rodziny, społeczności lokalnej, narodu, cywilizacji, społeczności globalnej, wreszcie – rozróżnienia między polityką wewnętrzną i międzynarodową. Jeśli miałbym potraktować serio propozycję p.Michała Dr., to trzeba byłoby w trybie nagłym obmyśleć własny system studiów politologicznych, a co gorsza – ich fundament w postaci określonej wizji polityki, jej podmiotów, celów, metod dążenia do nich. A po drugie – mocno to zakorzenić w praktycznej geografii politycznej przez system podróży studialnych i praktyk w odległych kulturowo środowiskach. Tylko w tym przypadku ta inicjatywa ma rzeczywisty sens dla mnie. Gdyby to dało się wymyśleć, a potem zbudować w praktyce w formie akademii politologicznej w ciągu najbliższych kilku lat, to może warto by się temu było poświęcić. Ale podejmować się takiego zadania na jedną trzecią pary, to głupota. Poza tym – to przedsięwzięcie, którego wartość okaże się za lat piętnaście – dwadzieścia, a ja przestanę je realizować za lat pięć, po urodzeniu pierwszych magistrów… To chyba już dla mnie nie czas na takie inicjatywy instytucjonalne, choć ten aspekt trzeba byłoby jeszcze rozważyć: czy lepiej być zaskoczony w jednej trzeciej drogi przez śmierć lub niewydolność, czy się do nich przygotować zbyt wcześnie, a potem ich oczekiwać bezczynnie?…

„Mieć” wyraźnie przeważa w tematyce mojego myślenia ostatnich dni nad „być”. Z samego rana zadzwonił z Neuchatelu Marek S., dając adres i telefon swego gościa od samochodów na przedmieściach Poznania. Wieczorem – po dziewiątej – mam zadzwonić tam, a facet zrobi wszystko, co będzie mógł, żeby znaleźć mi coś odpowiedniego do kupna. Oj, bardzo chciałbym już mieć nieco wygodniejsze auto od Sukcesika… Wczorajsza rozmowa u Piotrów była ciekawa, może nawet zaznaczyło się pewne, nie przesadne jednak, zbliżenie naszych stanowisk. Odnoszę wrażenie, że wzajemnie rozumiemy nasze racje i stosowane kryteria ocen, ale mamy radykalnie różne sympatie i antypatie środowiskowe. W efekcie w pełni nie dogadamy się nigdy, razem działać nie będziemy, ale gadać ze sobą i nawet radzić się wzajemnie – możemy. Równocześnie jednak odbieramy ostatnio razem z Małgosią więcej sygnałów z prawej strony. Po znakomitej debacie Małgorzaty z Bohdanem G. na temat „Naszego Dziennika”, mamy znacznie lepszą niż dawniej orientację w typie tego pisma. Przeczytaliśmy ostatnio chyba dwa kolejne numery „Głosu” Antoniego i jeden numer „Gazety Polskiej”. Krytyka polskiego życia politycznego i kulturalnego, formułowana z tej strony, wydaje mi się w znacznej mierze słuszna, natomiast uderza mnie kompletny brak pozytywnych propozycji, brak inicjatywy. Aż prosi się sformułowanie kilku pomysłów społecznych odnoszących się do życia zbiorowego w Polsce, jednego czy drugiego postulatu, dotyczącego naszej obecności w Europie – i to postulatu nie kierowanego w stronę rządu, ale w stronę opinii publicznej, wreszcie zwrócenie uwagi na te zjawiska kulturalne, które należy popierać i propagować. Myślę, że brakuje tu nie tyle zdolności myślenia twórczego, ile obyczaju, by takie propozycje zgłaszać i publicznie omawiać. Tu jest luka w naszym myśleniu o sprawach publicznych. A luka – to także nisza, w którą można wejść i gdzie można coś stworzyć, zabudowując wolną przestrzeń. Jeśli wrócę do myśli o jakiejś ambitniejszej publistyce społecznej, to szedłbym chyba w tę stronę. Planowanie pracy pisarskiej jest zawodne. Przesiedziałem dziś przy komputerze już parę godzin, ale nie napisałem ani słowa, niczego też nie wymyśliłem, nad niczym nie udało mi się skupić. Jednocześnie nie czuję się wcale ospały, odwrotnie: raczej oczekuję sygnału, alarmu, który mnie wepchnie w coś, w porównaniu z czym pisanie szkicu o Gasztołdzie okaże się nieważne. To swoista forma bezproduktywności, wywołanej nie lenistwem, ale znudzeniem i poczuciem, że są gdzieś niedaleko rzeczy ważniejsze, w które chciałoby się ręce włożyć. Rzecz w tym, że nie widać ich dokładnie – i to jest swoiście irytujące…

Cała Polska zasypana śniegiem, głęboki niż atmosferyczny, spałbym na okrągło. Wczoraj miałem niezły dzień dydaktyczny, ze śmiesznie łatwym egzaminem z rosyjskiego i bardzo udanym seminarium, gdzie chłopak zrobił bardzo dobry referat, dyskusja była mądra, a na koniec wyszło, że im się nasze spotkania podobają i że chcą więcej… Dziś natomiast cały rok socjologii uciekł z zajęć, szukałem ich jak idiota przez pół godziny, bo bałagan z salami wykładowymi jest ogromny. Czyli robota na uczelni okazuje się łaciata. Sprawy samochodowe zlekka posuwają się naprzód. Handlarz od Jana D. ma Astrę 2002/80 tys na liczniku za 20 tysięcy i Forda Ka uszkodzonego, którego robi, 2000/50 tys. – za 15 tysięcy. W porównaniu z ofertami z internetu Astra wygląda dość drogo, a Ka zależy od tego, co tam było naprawdę stuknięte. Skoda Felicia 2000/41 tys. za 15 tys, ta z warsztatu, okazuje się na pierwszy rzut oka stosunkowo tania. Posiadacz takiej o rok starszej i z przebiegiem 60 tys., radził obejrzeć przede wszystkim blachy, bo silniki vwagenowskie w skodach spisują się na ogół dobrze. A naprawa Sukcesika – przetarty przewód – kosztowała 30 zł… Za pół godziny idziemy z Małgosią z wizytą do Piotrów, a od jutra rana dwa dni bez żadnych atrakcji ani robót uczelnianych – może uda się trochę popisać Gasztołda. Zaczynam już tęsknić do wiosny, bo jestem fizycznie zmęczony. Albo to efekt zeszłych „wakacji” nad Stefczykiem, albo metryka się kłania… Dzwonił Zygmunt Sk. z propozycją spotkania z kimś od ONZ-etowskiej pomocy Europie Wschodniej, kogo może dałoby się zainteresować projektami oświatowo-kulturalnymi odnośnie Ukrainy. Wbrew pozorom to mogłoby okazać się jakimś pomysłem sensownym. Wstępnie planujemy randkę w przyszłym tygodniu, materiały mają nadesłać mi wcześniej, ale dostęp do własnego maila będę miał dopiero po powrocie Pawła z nart, czyli w niedzielę wieczór. W internecie trafiłem na Forda Fiestę 2000/30 tys. za 17800 do negocjacji – i to mnie zainteresowało. Fiesta podoba mi się bardziej od Ka, jest popularniejsza. Jeśli rzeczywiście ma taki przebieg i jeśli nie ma ukrytych wad, to jest dobrym wynalazkiem. Jest do kupna w Nysie. Chyba jutro tam zadzwonię i nawiążę kontakt. Ma instalację gazową, to kolejny plus. Kupno wymagałoby oczywiście sprawdzenia wozu przez jakiś poważny warsztat, więc wyprawa trwałaby chyba półtora dnia. Mógłbym to zrealizować +- za dziesięć dni.

Dzień był przeganiany, Msza, redakcja, dziekanat, dom, lecznica w Pyrach, zepsuty samochód, elegancki warsztat zrobi go na jutro w południe, ciekawym, ile za to zaśpiewa. Warsztat handluje samochodami. Skoda Fabia 2002, 17 tysięcy na liczniku, biała, jest do wzięcia za 15 tysięcy złotych. Nie byłby to może wóz mojego życia, ale suma nie jest przerażająca, więc gdyby uwierzyć, że nie ma istotnych wad ukrytych, to rzecz byłaby do rozważenia. ( Informacja przekłamana: Nie Fabia, a Felicia i nie 17, a 41 tysięcy przebiegu, ale cena chyba jeszcze do negocjacji). Skoda jest w Polsce niemodna, więc opłaca się trochę bardziej, niż wozy zachodnie, a silnik ma chyba z „Golfa”, więc nie jest bardzo słaba. Francuski l’Argus bardzo ją chwali. Jeśli ceny są dziś takie, to chyba nie warto jechać do Niemiec, płacić za podróż co najmniej 500 złotych, hotele – drugie tyle, tracić trzy – cztery dni i płacić obecny odpowiednik cła, dodać sobie ze dwa dni załatwiania papierów i sporo nerwów, czy aby dojadę do domu. To sprawi, że podróż zagraniczna nie będzie w tym przypadku frajdą. W sumie do ceny kupna trzeba doliczyć 3 tysiące co najmniej. Samochód tego typu będzie mnie kosztował co najmniej dwa i pół, ale może i trzy tysiące euro, będzie wprawdzie elegantszy, ale części do niego będą droższe – czyli wyjdzie to na to samo, lub bardzo niewiele mniej. A tutaj mogę kupić wóz w ciągu dwóch godzin. W mojej sytuacji jest to chyba wyjście sensowniejsze: inwestuję mniej wysiłku. Jutro mamy zamiar pojechać tam z Małgorzatą po odbiór naszego Sukcesika – i popatrzeć, co tam mają jeszcze. Wieczór jeszcze nie późny, można by popracować, ale czuję się trochę zgoniony i nie ba rdzo zdolny do koncentracji na żadnym temacie. Przygotowałem sobie materiał do egzaminu z rosyjskiego dla jutrzejszej doktorantki i idę zjeść kolację. (…) Na spacerze z Fajką spotkałem sąsiada, Jana D., którego przepytałem w kwestii kupna saamochodu, bo jest w tym względzie niemalże fachowcem. Ma zadzwonić do kogoś, kto przywozi auta z Niemiec, czy nie ma do wzięcia czegoś w rodzaju mało zużytej Corsy. Jestem trochę sceptyczny, ale pooglądać różne propozycje można. A teraz już warto iść spać – dochodzi północ…

Sprawę w spółdzielni mieszkaniowej załatwiliśmy szybko i sprawnie. Małgosia sugerowała, żebym pojechał do Przerośli po recenzję, zamiast pisać ją na nowo, ale po namyśle uznałem, że to się nie opłaca. Za kwadrans wychodzę na spotkanie z Pł., a potem na wykłady. Po południu i wieczorem będę siedział nad tą cholerną recenzją. (…) Okazała się wcale nie taka cholerna. Pisałem ją zaledwie pięć godzin, a wydaje mi się nie wiele gorsza od tej zaginionej. W tej chwili jest kilka minut o północy, a ja już jestem po wszystkim. Rozmowa z Pł. poszła nadspodziewanie pomyślnie – wczorajsze rewelacje „panoramy” okazały się fałszywe, zamierzenia rozmówcy są inne. Nie wykluczam, że ta inna wersja okaże się z czaem dla mnie kłopotliwa, bo będę musiał jakoś podkreślać jakoś moją bezpartyjność, ale zbliżenie do nieokreślonej jeszcze chadecji jest dla mnie mniej żenujące, niż do kombinacji: Mazowiecki – Frasyniuk – Hausner. Odniosłem wrażenie, że moje potraktowanie wątku Rocca B. zostało przyjęte dobrze i że dalsza współpraca ma szansę. Pomysły odesskie też może dadzą się zralizować co najmniej częściowo. Mamy rozmawiać o tym 26 bm. w Gdańsku z Bogdanem B., który generalnie jest zainteresowany takimi inicjatywami. Wykłady dzisiejsze poszły średnio – nie były olśniewające, ale jakoś się zaprezentowały. Jutro rano zajrzę do redakcji i poproszę o wydruk recenzji, a potem odżałuję tę godzinę i zawiozę go do dziekanatu. Po południu powiozę Małgosię do Pyr na kolejny seans leczniczy. W tej sytuacji za poważną pracę naukową zabierać się nie będę. Czwartek i piątek będą wypełnione intensywną dydaktyką, tak więc Gasztołd poczeka do soboty… A teraz dochodzi pierwsza, trzeba iść spać – i tak jutro już na mszę się nie zwlokę, posiedziałem za długo.

Imieniny Mamy i Ciotki Wali. Do Mamy wpadnę na grób, do Ciotki zadzwonię. Rosyjski MSZ wyraził publicznie swe nieukontentowanie z powodu „grzesznej”(!) fałszywej krytyki układu jałtańsko-poczdamskiego, jaka pojawiła się ostatnio w prasie polskiej i w innych krajach tej części Europy. Otóż ta grzeszna i kłamliwa krytyka – to mój artykuł w „Rzeczpospolitej”. Takiej frajdy jeszcze nie miałem, żeby rosyjski MSZ przeciwko mnie występował. Czuję się niezwykle uhonorowany: udało mi się zrobić im kuku. Od czasu pamiętnego plakatu o „drzewie Targowicy” z początku 1982 roku nie miałem takiej satysfakcji. Przypomnienie zasłanianej prawdy historycznej dotknęło rząd Putina tak dalece, że aż zapiszczał na głos. To wielki sukces publicysty politycznego, walczącego z imperium. Wczoraj późnym wieczorem znalazłem formułę, według której należy napisać na nowo najważniejszy politycznie fragment szkicu o Gasztołdzie. Będzie to dosyć pracochłonne, ale jeśli uda mi się to zrobić dobrze, to potem zostanie tylko wyciągnięcie uogólniających wniosków w zakończeniu – i robota będzie skończona. Praca nad tym wymaga jednak dużej koncentracji i spokoju, a o to u mnie w tej chwili trudno podniecają mnie kwestie aktualne. Jutro spodziewam się rozmowy na tematy odesskie. Jeśli potoczy się ona pomyślnie, to porządek moich zajęć może ulec sporemu zakłóceniu. Jeśli moje pomysły zostaną wygaszone, to też zmieni mi rozkład jazdy. Wychodząc z cmentarza w kierunku uczelni uświadomiłem sobie, że 14 lutego – jako żywo – nie może być trzecim poniedziałkiem miesiąca i że wykładu dziś nie mam. Cała dziwna konstrukcja dzisiejszego dnia – z obiadem o 12.30 – była niepotrzebna. Małgosia poszła zresztą dzięki temu z Marynią do kina, więc tak źle się nie stało, ale moja zdolność precyzyjnego planowania dostała po nosie. Ciekawe, czy odbędzie się mój wykład jutrzejszy. Piętnasty luty jest już trzecim wtorkiem miesiąca – i jest poza tym wtorkiem przedostatnim, więc w moim przekonaniu wykład powinien się odbyć. Zobaczymy, czy studenci myślą tak samo. Dziś natomiast mam niespodziewanie popołudnie w domu. Wieczorem spotkała mnie duża niewygoda. Przez pomyłkę zostawiłem w przeroślańskim komputerze pracowicie wykonaną w ubiegłym tygodniu recenzję z rozprawy Cz.Br. Powinienem ją oddać jutro na uczelni. Z Przerośli nikt mi jej nie przyśle, jazda po nią możliwa byłaby dopiero w sobotę i kosztowałaby co najmniej dobę i sto złotych. Wynika stąd, że muszę ją pisać drugi raz, co mnie wścieka, bo pisałem ją bardzo wytrwale i bez entuzjazmu, wykonałem dobrze i poniekąd nawet ofiarnie, a potem przez nieuwagę „zgubiłem”. Ale znaczy to, że mam w tę sprawę włożyć jeszcze więcej wysiłku. Trudno. Jutro rano umówionyjestem z p.Pł. Bardzo szykowałem się do tej rozmowy, ale wieczorna „panorama” przyniosła nie do końca kategoryczną informację o pewnej wolcie politycznej, do której wydaje się on zabierać. Nic dramatycznego, ale w tym układzie nasze partnerstwo musi raz jeszcze zostać rozważone, żeby później nie było tu jakiej pomyłki. Cały mój projekt „odesski” zawisł niejako w powietrzu, a w konsekwencji i związane z nim gwarancje finansowe. W sumie powietrze ze mnie wyszło: recenzję piszę drugi raz, do Gasztołda nie usiądę przed piątkiem, jutrzejsza rozmowa przestała mnie cieszyć, wyprawa po auto pewnie się tej wiosny nie odbędzie… Z rzeczy miłych pozostaje tylko ta rosyjska draka o mój artykuł, ale poza satysfakcją moralną to i ta sprawa jest średnio wygodna: Małgosia się podśmiewa, że wizy do Irkucka na pewno nie dostanę. Może przesadza, ale wykluczyć tego nie można. Pożywiom, uwidim…

Niedziela w dużej części przespana pod pretekstem niżu i jego złego wpływu ciśnieniowego. Po południu rzeczowe ustalenia z Małgosią na temat uporządkowania prawno-własnościowego naszych „majętności” i perspektywicznych planów mieszkaniowych. Czuję potrzebę podjęcia pewnych inicjatyw w tym zakresie, zrobienia pewnych ustaleń i rozpoczęcia formalności najpierw w spółdzielni mieszkaniowej, a potem – pozbycia się własności nam już z Małgorzatą niepotrzebnej. Paweł za niecałe pół roku będzie pełnoletni, przepisanie takiej czy innej części na niego będzie proste, a porządek lepiej zrobić za życia – mniej będzie potem kłótni w rodzinie. Od jutra znów dwa tygodnie dydaktyki, do której na ten okres jestem dobrze przygotowany. Chciałbym w tym samym czasie skończyć Gasztołda, który przestał mnie fascynować i jest męczącym obowiązkiem. Mogę włożyć w niego w tym tygodniu co najmniej 25 godzin pracy, a to powinno starczyć i na niego i na wstępne przejrzenie całości tomu, co pozwoliłoby w kolejnym tygodniu wleźć w przypisy, a do końca lutego może i uporać się z całym przedsięwzięciem. Pod warunkiem, że nie zdarzy się coś nadzwyczajnego…

Jest mi dobrze. Zadzwoniłem do p.Pł., umówiliśmy się na środek najbliszego tygodnia, natomiast mój wyjazd do Gdańska przesunął się na 26 lutego. To ostatnie trochę kłopotliwe, bo koliduje z seminarium doktorskim,ale to pierwsze ważne, bo po rozmowie z nim wyczuję, jaki będzie stopień zainteresowania kwestią odeską w jego środowisku. W domu zastałem list od Ludwika W., który zaprasza mnie w kwietniu do Szczecina. Z punktu widzenia moich zajęć to bez sensu, ale zobaczyłbym się z nim z radością. Jeszcze nie podjąłem decyzji. Tymczasem należy wrócić do Gasztołda… (…) Idzie, jak krew z nosa. Po trzech godzinach roboty mam napisanych z dziesięć, może piętnaście zdań. Inna rzecz, że w telewizji opowiadają o nadzwyczajnym, nie zdarzającym się od kilkunastu lat, spadku ciśnienia atmosferycznego i częstych złych rezultatach biomotorycznych tej anomalii pogodowej. Trudno, kładę się przespać. (…) Przed położeniem się rozmawiałem z Małgosią o planach kupna samochodu w Niemczech, zeszło na polecanego nam handlarza z Kiel, więc chcąc sprawdzić aktualność mych informacji sprzed czterech lat, zadzwoniłem na komórkę do ks.Andrzeja Sz., który mi wtedy o nim opowiadał. Nie dodzwoniłem się, więc poszedłem spać. Po kilkudziesięciu minutach obudził mnie telefon z… Syberii. Sz. jest w Irkucku, jest wikariuszem generalnym, na ogromnym terytorium ma 5O parafii, opowiada cuda o tamtejszych warunkach i zaprasza do Irkucka. Gotów jest zorganizować sesję dyskusyjną, żeby mnie wciągnąć. Powiem szczerze: to mnie pociąga, w ten układ gotów jestem wejść. Bilet lotniczy kosztuje około 500 dolarów, albo naciągnę na to „Rzeczpospolitą”, albo załatwię to inaczej, ale polecę tam na pewno. I chciałbym nawet nie czekać lata. Andrzej powiada, że nie ma ludzi, a ja ze znajomością rosyjskiego, historią i otrzaskaniem w kwestiach religijnych, mógłbym mu się przydać jako prelegent. Taka propozycja, przychodząca zupełnie niespodziewanie w momencie, kiedy zastanawiam się, jak zagospodarować wolne kawałki czasu, może być znakiem interwencji z Góry, bo jest wystarczająco niecodzienna, nie zaplanowana i nie wymarzona. A może też być kompletnym urojeniem. Na początek muszę pomóc mu zorganizować przyjazd do Polski kilkunastu osób, robiących po rosyjsku monodram z Korczaka „Kiedy znów będę mały”. Nacisnę Piotra, może Kostka Geberta, a mogę też zadzwonić, czy posłać maila do Zwi Gitelmana do Ann Arbor. Andrzej w marcu leci do New Yorku z rekolekcjami, mógłby nawiązać kontakt… A samochód od faceta z Kiel można odbierać podobno w Gubinie… Wszystko to razem jest sympatyczne, optymistyczne – i śmieszne. Śnieżyca, jakiej nie widziałem oddawna. Dobrze jest patrzeć na nią z ciepłego mieszkania i ze świadomością, że nigdzie nie muszę jechać. Małgorzata oszalała na punkcie kupowania groszowych ciuchów. Dostałem śliczną marynarkę w dobrym stanie, do której muszę trochę schudnąć i idealny pullower – oba zakupy po dwa złote… Czytam Biblię. Apokaliptyczne obrazy u Izajasza są straszne, ale Izajasz referuje je z zupełnym spokojem. Skoro świat zasłużył na karę, to powinna ona nadejść i uderzyć we wszystkich. Ten spokój jest bardziej przejmujący, niż byłyby okrzyki emocjonalne. Psalm 91 pociesza wiernych Jahwe: nic ci się nie stanie, zaufałeś Bogu, nie umrzesz, jak wszyscy wokół ciebie. I zupełnie inaczej w Liście do Rzymian: z Chrystusem zanurzeni w śmierć, po jej przebyciu – w Chrystusie zmartwychwstaniemy. Trzy różne spojrzenia na perspektywę śmierci. W gruncie rzeczy nie sprzeczne, raczej poruszające różne aspekty tej tajemnicy


  • RSS