cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

Wieczór. Najsmutniejszy moment w roku liturgicznym: Jezus umarł i został złożony do grobu. Wszystko się skończyło, nadzieja została pogrzebana. Zło zwyciężyło. Każdy z uczniów może wrócić do swojego życia sprzed spotkania z Jezusem. Rybacy znad jeziora Genezaret znów siądą do reperowania porwanych sieci, potem wypłyną na wodę po ryby, jak kiedyś. Cały wielki sens życia zgasł. Jezusa można będzie już tylko wspominać, chodzić na grób. Za mało w liturgii Kościoła jest pamięci o tym strasznym rozczarowaniu i przeżyciu beznadziejności życia, przez które musieli uczniowie przejść w ciągu tej półtorej doby między śmiercią a zmartwychwstaniem. x Wziął na Siebie nasze grzechy. Zło trzeba odkupić – i wtedy go nie będzie. Nie należy czekać, aż samo zniknie. Świat naprawia się własną ofiarą. Czy tylko tak, czy nie można jakoś inaczej, nowoczesną psychologią, socjologią, technologią, nauką czy polityką? Zdaje się, że niestety nie, że skutecznie działa tylko ofiara. Ofiara jest skuteczna, bo uruchamia moc Bożą: Bóg nie lekceważy żadnej ofiary, każdej nadaje jakiś sens, choć nie zawsze taki właśnie skutek, jaki myśmy sobie zaplanowali. Jest więc w człowieku niezaprzeczalna moc, zawarta w zdolności do dokonania ofiary. Proporcjonalnie do tego, ile zasieję w ofierze, taki będzie zbiór wyrosłego dobra, czy wykarczowanego zła. Ale skoro tak, to można sobie powiedzieć: nawracaj i mobilizuj siebie, wymagaj od siebie, odczep się od innych… Wszelkie poganianie innych do ofiar może być traktowane tylko jako czynność wtórna, drugorzędna, mniej ważna od własnej „ofiarnej inwestycji” w zbawianie świata.

Skończyłem lekturę T.G.Asha i przekazałem książkę Małgosi. Idee Asha są mi bliskie, ale różni mnie od niego osobiste poczucie tożsamości. Obaj jesteśmy Europejczykami, ale dla niego jest to ważniejsze, niż dla mnie. Europa nie jest dla mnie jednością kulturową, raczej tylko pojęciem geograficznym. Nie jest moim bezdyskusyjnym „my”. Owszem, nawet bardzo dyskusyjnym. I gotów jestem z przynależności do „europejskiego klubu” zrezygnować w momencie, w którym przyjąłby on zasady, które nie będą mi się podobać. A rezygnując, nie będę się spierał o to, czym jest kulturowo „prawdziwa Europa”, bo to dla mnie naprawdę trzeciorzędne, czy mnie ktoś do Europy zaliczy, czy nie. Moje „my” jest niekoniecznie europejskie, natomiast koniecznie wierzące w Boga, najlepiej chrześcijańskiego, ale skoro to niemożliwe, to choćby w Jahwe czy Allacha, bo to w końcu zawsze ten sam, choć różnie pojmowany i nazywany Bóg. Mahometanin z Afganistanu jest mi istotnie bliższy od ateisty z sąsiedniego domu na Mokotowie. Z Watykanu nie ma wieści oficjalnych, a plotki są najsmutniejsze: Papież przed śmiercią cierpi. Nie będę się przed Bogiem na ten temat mądrzył, ale jeśli można byłoby ofiarować za niego gotowość do cierpień własnych, to jest dziś na pewno szeroka rzesza tych, którzy gotowi się tego podjąć, aby jemu ulżyć. Zrób, Panie Boże, z tym, co zechcesz… Zadzwonił redaktor Szulc z „Trio”: nowa edycja „Stefczyka” czyli „Idzie o wspólne dobro” jest gotowa i mogę zgłosić się po egzemplarze autorskie jeszcze dzisiaj. Miło. (…) Pojechałem, przywiozłem. Wydane są naprawdę ślicznie, mam wielką frajdę. Na dzisiejszej uroczystej liturgii Lilka B. powiedziała mi, że Andrzej Mark. przed miesiącem w trybie nagłym miał operację założenia by-passów. Aktualnie czuje się dobrze, ale samo wydarzenie, jak rozumiem, zmienia mu kategorię zdrowia w sposób bardzo wydatny. Ma lat 69, operację miał w same urodziny. Ciekawe, jak będzie czuł się dalej. Jest jeszcze bardzo potrzebny, bo córka ma dopiero 14 lat, a poza tym, żyje jeszcze nadzwyczaj długowieczna, 94-letnia Ciotka Wala… Małgosia, jak zwykle przed świętami, nie potrafi nikogo z rodziny włączyć w przygotowania gospodarcze, sama jest już mocno zmęczona, a na pytania, w czym można jej pomóc, odpowiada, że w niczym. W efekcie obaj z Pawłem obijamy się, albo robimy swoje. Coś tu nie gra, ale prawdę mówiąc, nie wiem, co, bo na naszą inwencję kulinarną czy zbliżoną chyba liczyć nie można – i dopóki nie powie sama, czego sobie życzy, to pomocy mieć nie będzie. A Władek jakoś nie śpieszy się na świat. Lekarz powiedział dziś rano, że tylko trzeba czekać na skurcze przedporodowe, bo wszystko już jest „gotowe”, ale Dorotea jest ciągle w domu i nie wykazuje oznak zbliżającego się porodu. Czekamy z godziny na godzinę na telefon, że już…

Od paru dni obserwuję u siebie korzystny objaw: budzę się o godzinie szóstej rano całkowicie wyspany i pełen energii. W związku z tym byłem dziś na mszy już o siódmej rano, a potem, po krótkim spacerze i szukaniu aprowizacji śniadaniowej, znalazłem przed obroną czas, by usiąść przy biurku. Mogę przy nim spędzić jeszcze dobrą godzinę. Wczoraj siadając do pociągu, kupiłem w dworcowym kiosku książkę Timothy Garton Asha „Wolny świat”. Bardzo interesujące studium dróg, stojących przed dzisiejszą Europą: anty-amerykańską, bądź życzliwą Ameryce. Autora znam dobrze od dawna i cenię jego opinie, był bodaj pierwszym człowiekiem z zachodu, który zrozumiał „Solidarność”. A o czytanej teraz jego książce chętnie napisałbym coś w „Rzeczpospolitej”. (…) Już wieczór, jestem w domu, wszystko w porządku. Dydaktyka w całości odrobiona, można zacząć myśleć w kategoriach pracy własnej. Ale jutro zaczyna się przedświąteczne triduum. To budzi myślenie w kategoriach jeszcze innych, tych ostatecznie ważnych, dostarczających między innymi i motywacji dla wszelkiej „pracy własnej”.

Siedzę w wygodnym pokoju w kolegium KUL-owskim i wspominam pierwszą noc w Lublinie, spędzoną 47 lat temu na ławce na korytarzu uniwersyteckim pod kocykiem, przyniesionym mi przez ojca Tomasza Rostworowskiego. Dużo mam wspomnień z tego miasta, niemal wyłącznie dobrych, choć na ogół głodnych i chłodnych. Za półtorej godziny idę na egzamin doktorski, po czym pewnie wrócę tu i spokojniutko popracuję do późnego wieczoru. Rozmowa z Jerzym była długa, ciekawa, sympatyczna i nie przyniosła żadnych elementów naprawdę nowych. Chodziło mu po prostu o wydębienie ode mnie tekstu tego wykładu, który zastępując Stefana Wilkanowicza powiedziałem w październiku w Paryżu. Tekstu zapisanego nie ma, ale po namyśle wstępnie zgodziłem się go po polsku napisać, bo uznałem, że warto mieć francuską publikację na ten właśnie temat. Będę to robił w przyszłym tygodniu. (…) W komisji egzaminacyjnej byli m.in. Czesiek Deptuła i Jaś Ziółek, po egzaminie gadaliśmy o dawnych czasach – poznaliśmy się już czterdzieści siedem i czterdzieści sześć lat temu. Sam egzamin był bardzo dobry i dość nudny, i pytania (poza pierwszym moim) i odpowiedzi koncentrowały się na tematyce patriotyczno-ideowej, a harcerstwo – przedmiot samej rozprawy – interesowało wszystkich jako zjawisko polityczne, a nie kulturowe czy pedagogiczne. Trochę szkoda, ale można i tak… Jutro rano obrona i – mam nadzieję, że szybki – powrót do Warszawy.

Dziś dzień załatwiania spraw i dydaktyki, która już się na ten miesiąc prawie kończy. Nie lubię perspektywy takich zajęć. Jutro mamy w Lublinie rozmawiać z Jerzym, który uprzedzał mnie, że ma jakieś sprawy ważne. Ciekaw jestem, o co może mu chodzić – o jakiś odczyt, tekst, czy o coś grubszego. Prawdę mówiąc, jestem otwarty na propozycje z tej strony. Na miasto wychodzę za 45 minut. W tej sytuacji nie ma co brać się za Gasztołda, niech czeka do Wielkiego Czwartku. Teraz IPN, Trio, UKSW – i zrobi się wieczór. (…) No, i zrobił się wieczór. W IPN-ie było miło i konstruktywnie, sesja jest jednodniowa, mam mieć ostatni, czwarty referat – podsumowujący całość. Poznałem bardzo miłą i życzliwą mi na wyrost panią Marię Dmochowską, siostrę Jana Józefa Lipskiego. Na uniwersytecie dowiedziałem się, że jestem całkowicie wolny w wyborze wydawcy „Baśni niepodległej”, a więc mogę podpisywać umowę z „Trio”. Telefonicznie uzgodniłem z Wieśkiem i z Markiem wysłanie do nich mailem tekstu książki z listem w sprawie opinii dla MEN-u. Tak więc wydaje się, że sprawy pozałatwiałem dobrze, a wykłady wygłosiłem bez wpadek, choć szły mi dość sennie.

Paweł, ku mojemu milczącemu niezadowoleniu, spędził dzisiejszy dzień od rana do wieczora na ciężkiej pracy zarobkowej – malowanie jakiegoś pomieszczenia magazynowego na zlecenie pewnego Francuza. Pracowali we dwóch z Antkiem, nasłuchali się krytycznych i upokarzających uwag na temat jakości ich roboty i zostali bardzo źle i krzywdząco zapłaceni. Paweł wrócił wściekły. Sądzę, że było to bardzo zdrowe doświadczenie życiowe i – wstyd powiedzieć – wcale mi syneczka nie żal… Czasem trzeba dostać w d…, nie można iść wyłącznie od sukcesu do sukcesu. Poprawiłem trzy pierwsze prace roczne moich studentek. Nie najlepsze, dziecinne. Trudno się czepiać autorki, że jeszcze nie dorosła, a równocześnie nie można wysoko ocenić pracy pełnej emocji i banalnych uogólnień. Trochę żal, bo te najwcześniej oddawane prace pochodzą zwykle od osób ambitnych i liczących na dobre stopnie, a tu wyniki okazują się całkiem mierne. Z niewielkiego zbioru moich płyt cd wybrałem dawno nie słuchaną Ewę Demarczyk. Zawsze budzi ona we mnie wspomnienia lat, w których polska kultura umiała osiągnąć świetność wyrazu uczuć i nastrojów wbrew wszystkiemu, co krępowało swobodę wypowiedzi. Ta poezja była mówieniem prawdy językiem, który umiał ominąć cenzora, a trafiał do słuchacza i czytelnika, ucząc go odszukiwania intencji autorskiej. Dziś nie trzeba szukać trudnych dróg do odbiorcy – wszystko można do niego wykrzyczeć w miejscu publicznym. To jeden aspekt szczególny tamtych czasów. A drugi – to tamta kultura, która umiała powstrzymać się od dosłowności, posługiwać się symbolem, sugestią, dyskretną aluzją, albo i zamilknięciem. Tego dzisiaj nie ma. Chcemy powiedzieć od razu wszystko wszystkim. I to odbiera tej rozmowie urok tajemniczości. A bez niego – jak pisać poezję? Nie wiem.

Na dzisiejszym seminarium doktoranckim pan Jarosław Us. z Brańska wręczył mi zebrane tam materiały wspomnieniowo-zdjęciowe na temat stryja Kazimierza, o którym podobno została tam dobra pamięć jako o lekarzu i o człowieku. Oczywiście miło o tym słyszeć, choć może jest w tym trochę przesady: de mortuis aut nihil, aut bene. Po południu była tu Marynia z Jaśkiem. Cieszy ją rozpoczęta w tym semestrze dydaktyka na uczelni, a z nią w ogóle atmosfera środowiska naukowego i odgraża się, że chciałaby w nim w jakiejś mierze pozostać. Tak mi się i wydawało, że kto, jak kto, ale ona powinna wybrać sobie taką drogę realizacji życiowo-zawodowej, więc to, co opowiadała, podobało mi się. Zobaczymy, co z tego ostatecznie uda się jej zrealizować. Do moich dwóch stałych fascynacji, przywołanych wczoraj – pustynnego mnicha i intelektualisty skłonnego do surrealistycznych paradoksów – należy dopisać trzecią, pod pewnymi względami silniej odbijającą się na mojej biografii – mianowicie fascynację mitem zrewoltowanego ideologa chrześcijańskiego anarchizmu. Całe życie obracam się w trójkącie tych trzech imion protestu przeciwko mieszczańskiemu samozadowoleniu prymitywnych egoistów. Niechęć do kultury tego samozadowolenia jest elementem stałym, towarzyszącym tym trzem różnokierunkowym fascynacjom. To punkt wyjścia do trzech różnych dróg. Obracałem się ku nim wszystkim, żadną nie uszedłem daleko, choć na pewno najdalej – trzecią…

Rozmowa w IPN-ie wywróciła wszystkie szczegóły mojego planu. Klub AK-owski im.Grota-Roweckiego robi 11 maja dużą imprezę na temat bardzo podobny do mojego i zaproponował mi udział w tym przedsięwzięciu, z uwzględnieniem tych aspektów problematyki, które dla mnie są najważniejsze. Klub działa w oparciu o IPN, na jednodniowej sesji będzie kilkaset osób, cała troska materialno-organizacyjna spada mi z głowy. Zaproszenie paru osób z krajów sąsiednich będzie możliwe. W tej sytuacji oczywiście przyłączam się do ich inicjatywy, bo robienie czegoś podobnego obok nich byłoby głupotą, a mnie na laurach projektodawcy i organizatora absolutnie nie zależy. Zaprzyjaźnianie się z tym środowiskiem bardzo mi odpowiada – to ludzie o wysokim „wskaźniku przyzwoitości na głowę”. W tej sytuacji mogę powrócić do normalnego trybu działania: jutro, w poniedziałek, wtorek i środę mam różne rodzaje aktywności uniwersyteckiej, potem święta, spędzane w Warszawie i wyjazd na 10 dni do Przerośli i na cztery dni do Wilna. Zadzwoniliśmy z Małgosią do Przerośli, dostaliśmy numer do szpitala na Szaserów, gdzie leży Brodowski. Telefon go zaskoczył. Umówiłem się, że jutro do niego wpadnę. W czytaniu „Początków monastycyzmu” Despreza zbliżam się do końca pierwszego tomu. Lektury książek tego typu – przeczytałem ich może ze cztery, pięć w życiu – zawsze trochę irytowały mnie materialną drobiazgowością reguł zakonnych, z których trudno jest odczytać zawartą w nich intelektualną koncepcję duchowości autora. Ten sam dziwny pęd ku konkretności materialnej znajduję w regule pachomiańskiej. Uderza jednak cecha jedna: zalecenie czytania i recytowania z pamięci wersetów z Biblii. Biblia ma być pokarmem na co dzień. Zastanawiająca jest dla mnie także waga wszechobecnej zasady drobiazgowego posłuszeństwa. Nie bardzo rozumiem, jaką nadzwyczajną wartość duchową dla chrześcijanina ma ta akurat cnota. Osobiście od posłuszeństwa bardziej stawiałbym na coś w rodzaju ofiarności w służbie bliźnim. Posłuszeństwo jest dla mnie raczej zaleceniem porządkującym życie we wspólnocie i dlatego jest oczywiście praktycznie ważne, ale nie robiłbym wokół niego tak wielkiego duchowego hallo, jakie spotyka się w analizach duchowości chrześcijańskiej. Może takie moje podejście do tej kwestii najlepiej świadczy o mojej nieprzydatności do jakiegokolwiek życia zakonnego. A swoją drogą ciekawym zabiegiem byłoby pomyślenie nad własną propozycją zasad duchowości chrześcijańskiej, a potem zestawienie jej z rozmaitymi przyjętymi normami tego typu – i sprawdzenie, jak dalece taki mój subiektywnie przyjęty model odbiega od tych pouczeń. Pokorny, to może ten mój pomysł nie jest, ale może nie byłby taki całkiem bez sensu dla uświadomienia sobie rodzajów deformacji, do jakich jestem skłonny. I jeszcze jedna lektura, przeciwstawna poprzedniej pod każdym chyba względem: doczytany do końca „Wilk stepowy”, denerwujący jak niesmaczny alkohol i kuszący zrozumianą tylko fragmentarycznie zagadką surrealistycznych, niejasnych znaczeń. Ten kontrast dwóch książek, które przypadkowo zbiegły się na moim biurku, dziwnym trafem wyraża wewnętrzne napięcie, typowe dla mojego uczestnictwa w kulturze. Fascynuje mnie i pustynny mnich sprzed 17 stuleci, i bliski mi czasem intelektualista, kontestujący współczesność i żyjący na jej obrzeżach, w surrealistycznym zawieszeniu. Obie te sylwetki są mi jakoś bliskie od wczesnej młodości – od pięćdziesięciu lat. A już bardzo wyraźnie wystąpiło to w latach uniwersyteckich: rosłem między Buchholzem a Kottem. Dziś, na starość, po latach, w których różne etapy zaangażowań w tok spraw światowych stępiły moją wrażliwość filozoficzną, powracam do tamtych refleksji i pytań…

Projekt wchodzi w stadium kłótni o sposób realizacji i o to, kto to zrobi. „Rzeczpospolita” jest zainteresowana tylko parugodzinną debatą o Jałcie w wąskim gronie najlepszych nazwisk, godzi się partycypować w kosztach. Mal. byłby zainteresowany tylko wtedy, gdyby to robiła jego firma. Z IPN-em jestem umówiony na jutro rano, wiążę z tym pewne nadzieje. Będę też próbował w mieście stołecznym Warszawie… Późnym wieczorem chętnie zadzwoniłbym do Stanów – może Kongres Polonii coś by dał, poza tym może ktoś od nich przyleciałby na tę imprezę. Trzeba by też pogadać z Władkiem B. i ze Stefanem W., poza tym oczywiście z Andrzejem N. Właściwie należałoby od rana do nocy konferować z setką osób, prosić, przekonywać, uzgadniać – rety, jak ja tego nie znoszę robić! Nie znoszę i nie umiem. Z równym powodzeniem – i z równymi kwalifikacjami – mógłbym handlować samochodami. Zadzwonił Boguś L., organizuje historyka z Rumunii. To też kupno kota w worku… Paweł znalazł informacje o facecie w wyszukiwarce internetowej. Rzeczywiście zajmuje się i Rosją i Mołdową jako dziennikarz. Może coś z niego będzie. Facet nazywa się Armand Gosu. Pukszto proponuje z Litwy profesora Bubnisa, ma z nim jutro porozmawiać wstępnie. Do Mireckich zadzwoniłbym raczej jutro, wolałbym wcześniej zasięgnąć języka np. u Władka, czy to najlepszy adres. Mam do niego zadzwonić za 20 minut. Władek radzi porozumieć się z Agnieszką M.M. i z Andrzejem Prz., pomysł dzwonienia do Tadeusza Mireckiego akceptuje. Zrobię to jednak już jutro, na dziś tej gimnastyki starczy.

Czterdzieści pięć lat temu umarła Babcia Michachna, Panie, daj Jej wszystko, co najlepsze! Była dobra, ofiarna, wytrzymała. Prosta, nie wykształcona, a mądra! Bez Jej przykładu moja wiedza o ludziach byłaby jeszcze o wiele uboższa. Dzisiejszy wykład do siedmiu osób z III roku historii był chyba niezły, bo na przestrzeni 4 godzin lekcyjnych miałem trzy czy cztery wtrącenia się studentów z własnymi uwagami. A mówiłem o różnych aspektach obecności katolicyzmu i Kościoła w życiu dziewiętnastowiecznej Polski i Polaków. Z tym, co mówiłem, nie zgodziliby się ani radykalni krytycy Kościoła, ani jego zdecydowani apologeci. 16.03.05, Warszawa Wczoraj wieczorem byliśmy u Michałów, rozmawiało się bardzo ciekawie i serdecznie. Michał należy już do paru najdawniejszych moich żyjących dotąd znajomych. Pamiętam nowinę o jego narodzeniu – już prawie 61 lat temu. Żyliśmy zawsze niedaleko od siebie, ale całkiem osobno, niemniej jakiś sentyment „historyczny”, okazuje się, pozostał… A żeby było śmieszniej, Ewa była koleżanką Małgosi na angielskim u metodystów w roku 1963. Dziś posunęło się naprzód parę spraw, zwłaszcza najpilniejsza – dotycząca – majowej konferencji. Maciek Ł. spróbuje jutro zaangażować w to „Rzeczpospolitą” – mamy o tym konferować jutro o 12-tej ze Skórzyńskim, a potem z Gaudenem. Wiesiek uzyskał akceptację rektora i przekazał mi zielone światło do umawiania prelegentów i uczestników. „Trio” jest wstępnie zainteresowane książkową publikacją materiałów z konferencji. W tej sytuacji na pierwszy plan wysuwa się kwestia obsady personalnej, a to poniekąd moja działka. Wieczorem spróbuję podzwonić tu i ówdzie w tej sprawie. Cieszę się, bo to, co dwa dni temu wydawało się jeszcze wyłącznie marzeniem, zaczyna przeradzać się w całkiem rzeczowy projekt.


  • RSS