cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

30.04.05, Przerośl

Wczoraj wieczorem przyjechałem z Fajką i Bazylką do Przerośli, zaczął się więc sezon letni. Na początek mam teraz dobre dwa tygodnie pobytu tutaj, potem jeszcze prawie trzy tygodnie w Warszawie w związku z uczelnią – i potem już prawie bez przerw sezon przeroślański. Pierwsze dwanaście godzin po przyjeżdzie tutaj, to zawsze pośpieszna praca nad organizacją spraw bytowych. Teraz przede mną jeszcze jazda do sklepu, a nie wykluczam, że i do Suwałk, bo gotówka mi się kończy i muszę gnać do bankomatu, a przy okazji kupić to i owo. (…) Ostatecznie pojechałem do Gołdapi, załatwiłem bankomat i zakupy. Potem poszedłem z Fajką na dłuższy spacer. Spotkałem nieznanego mi dotąd właściciela małych sadzonek sosenek, uprzedziłem go grzecznie, żeby ich pilnował, bo chcę mu ukraść z 50 sztuk, a gdyśmy się już zaznajomili, to poprosiłem, by zechciał mi je odpłatnie przesadzić na moją działkę. Zgodził się, ale poradził, żeby rzecz zrobić w październiku, bo to daje lepsze rezultaty. W tej chwili można jeszcze przesadzać drzewka liściaste, na iglaste już za późno. Gość przepracował całe życie w lesie, więc chyba się zna, umówiliśmy się więc na dalsze kontakty we wrześniu.
Tak więc główną konkretną sprawę udało mi się załatwić negatywnie na dziś, ale z pozytywną perspektywą na przyszłość. W ciągu ostatniego tygodnia spałem: 6h+6H30′+6h20′+6h15′+6h45′+8h15′+7h45′=47h50′. W tej sytuacji pozwolę sobie jeszcze na 1h10′ snu, tyle bowiem brakuje mi do siedmiogodzinnej średniej, którą uważam za całkiem racjonalną. A pierwsza doba na wsi ma na pewno swoje prawa. (…) Prawa wykorzystałem z nadwyżką, spałem około dwóch godzin, czyli w granicach siedmiogodzinnej średniej z niedzielną jednogodzinną nadwyżką. Teraz już czas na robotę. Do wyboru jest kilka przedmiotów. Uporządkowałem teraz przywiezione prace studenckie. Mam ich 121, oznacza to 30-40 godzin sprawdzania. Zdążę, ale trzeba w miarę możności codziennie robić przynajmniej po 10. Przedtem jednak jest do zrobienia rzecz inna, bardzo pilna, mianowicie artykuł dla Gottesmana. Wobec natłoku tekstów, dotyczących religii, Kościoła i Rzymu, ten artykuł warto robić tylko w tym przypadku, jeśli mam szansę zrobić coś naprawdę celnego. Ukazało się ostatnio sporo tekstów wartościowych. Dziś był uroczy wywiad ze Staszkiem Grygielem w Plusie-Minusie o przyjaźni Jana Pawła z kardynałem Ratzingerem. Staszek nie krępuje się dać do zrozumienia, że zdarzało mu się uczestniczyć w bardzo prywatnych rozmowach obu tych panów, ale robi to w bardzo kulturalny sposób i dobrze rysuje sylwetki intelektualne ich obu. Cieszę się, że pojawił się na łamach „Rzeczpospolitej”. (…) Przez półtorej godziny pętałem się po blogach z linków Babci Małgosi. Chętnie powpisywałbym się tu i ówdzie, ale boję się, że raz zacząwszy, wpadłbym w nałóg i – jak Małgorzata – spędzałbym przy tym po kilka godzin dziennie…

Wczoraj odrobiłem czytanie prac studenckich na jutro. Potwierdza się prawidłowość, że studenci socjologii z I roku są moimi najinteligentniejszymi słuchaczami – ich prace są zdecydowanie lepsze od pozostałych. Na 34 prace dotąd sprawdzone tylko 8 osobom mogłem postawić mniej, niż pełną czwórkę. Dziś po południu mam spotkanie na temat Stefczyka, zapewne będzie niezbyt udane, a jutro chyba pojadę ze zwierzętami do Przerośli. Małgosia zostanie jeszcze parę dni w Warszawie, żeby trochę zaopiekować się wnukami. Wczoraj wybuchła sprawa rzymskiego donosiciela do sb. Wyszło na to, że był to Konrad Hejmo. Trochę mnie to zdumiało: inaczej wyobrażałem sobie diabolicznego zdrajcę. Konrad charakterologicznie jest poczciwiną, a umysłowo – człowiekiem skłonnym do upraszczajacych reinterpretacji i komentarzy. Powiedzmy, że na miejscu sb wolałbym mieć w Rzymie kogoś innego, postawionego wyżej i będącego bliżej watykańskiej pracy koncepcyjnej. Skłonny jestem przypuszczać, że poza nim funkcjonował tam ktoś jeszcze, ustawiony mniej centralnie i o innych kwalifikacjach. W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” Maria Janion mówi, że naukowiec w Polsce żyje nie z publikacji, ale z wykładów. To prawda: pisanie naukowe się zupełnie nie opłaca. Prowadząc w tym tygodniu rozmowy o wydaniu „Baśni niepodległej” w pewnym momencie powiedziałem sobie: na mówieniu prawdy się nie zarabia. Prawdę trzeba mówić nie dla, ale wbrew własnemu interesowi. Pisanie książek historycznych, o jakie mi chodzi, nie jest czynnością zarobkową. Raz wreszcie trzeba by przyjąć to do wiadomości – na własny użytek i przy ocenie prac cudzych. Jadę do Przerośli niezupełnie przygotowany merytorycznie do pracy w oderwaniu od biblioteki. Będę miał ze sobą od 50 do 100 prac studenckich, to niby tydzień czytania zapewniony. Mam napisać artykuł dla „Rzepy” – maksimum dwa dni. Mam zrobić odczyt na 11 maja do IPN-u – to jeden dzień, ale potrzebne będą lektury. Przez resztę czasu będę redakcyjnie szlifował „Na krawędzi Europy”. Z tyłu głowy będę miał pomysł książki, o której pisałem parę dni temu. Może więc tego starczy na 16 dni pobytu poza Warszawą…

Kiedy przypada rocznica wybuchu w Czernobylu – dziś czy jutro? W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” ani słowa, szkoda. Umówiłem się z Krzysztofem Gott. na nieduży artykuł nawiązujący do bardzo kontrowersyjnego tekstu Bartyzela o kryzysie Kościoła posoborowego. Mam go zrobić w ciągu tygodnia. Z kolei Stefan Bratkowski odmówił uczestnictwa w spotkaniu promocyjnym mojej książki o Stefczyku, bo uważa ją za złą i nie chce jej promować. Z jednej strony mnie to martwi, z drugiej – podejrzewam, że wchodzą tu w grę jakieś motywy pozamerytoryczne, więc nie przejmuję się tym zbytnio. Jechał to sęk. Mnie się moja książka w dalszym ciągu podoba… Za godzinę wychodzę na uczelnię, więc teraz zdążę jeszcze pobawić się w pisanie po angielsku. (…) Już po powrocie z uczelni. Kilka osób z trzeciego roku zaczyna się odgrażać, że chcą u mnie przymierzać się do magisterium. Umówiłem się, że w drugiej połowie maja będę z nimi odbywał indywidualne rozmowy wstępne. Nie ukrywam, że mnie taki nie prowokowany objaw trochę cieszy, ale oznacza to, że dydaktyki będzie w przyszłym roku więcej – może nie w godzinach zajęć, ale w intensywności roboty.Trudno, świetnie… A w domu czekał na mnie bardzo miły list rosyjski od poznanego w Rydze starego profesora Petera Krupnikowa, mieszkającego w Niemczech. Pretekstem stały się tu kondolencje po zgonie Papieża-Polaka od nie katolika i nie Polaka, ale w rzeczywistości to nawiązanie do mojej, rzuconej w Rydze, propozycji współpracy naukowej przeciwników ideologii imperialnych. Muszę zastanowić się, jak na ten list odpowiedzieć w sposób nie zdawkowy i posuwający sprawę naprzód.

Ciemna noc, po dość ciężkim dniu. Na uczelni czyjaś, całkiem zresztą niezła habilitacja – w kuluarach duże komplementy uroczej pani muzykolog na temat artykułu o tradycjach polityki wschodniej Watykanu. Potem załatwianie spraw PIT-owych i rozmowa z dyrektorem wydawnictwa, który – jak się okazało – chciał wydawać moją książkę za darmo i nakładzie 600 egzemplarzy… Pożegnaliśmy się uprzejmie, ale definitywnie. Z kolei wykład do polonistów i indywidualne rozmowy przy okazji oddawania prac, chyba dość udane. Wreszcie po zajęciach podróż na Jelonki do „pani od PIT-ów”. A teraz powtarza się scenariusz sprzed dwóch dni – paraliżująca senność, tyle, że o dobrej porze, bo przed samą północą.

Myśląc z lękiem o starości, przewidywałem rozmaite przykre scenariusze kompromitującego starzenia się. Nie przewidziałem tego, który atakuje mnie teraz, w starości jeszcze niezbyt późnej, i okazuje się wyjątkowo silny, paraliżujący działanie – a sam w sobie śmieszny i poniekąd miły. Jest to po prostu ciągła senność. Nigdy nie byłem przesadnym śpiochem, potrafiłem i zrywać się wcześnie i pracować do bardzo późnych godzin. Pierwszym sygnałem negatywnym był stan po udarze niedokrwienia mózgu w 1982 roku, czyli – rety, prawie 23 lata temu! Potem przez kilkanaście miesięcy spałem dużo. Z czasem to się cofnęło, a gdy znów ogarniała mnie śpiączka, tłumaczyłem to sobie przesadną skłonnością do alkoholu. Obecnie jest to jednak ewidentnie spowodowane czymś innym – od blisko półtora roku nie używam alkoholu, żyję zdecydowanie bardziej higienicznie, niż kiedyś, a senność potęguje się przy najróżniejszych ciśnieniach atmosferycznych i w rozmaitych warunkach zewnętrznych. Stopniowo spanie staje się najprzyjemniejszą rozrywką – i jest to trochę deprymujące, bo znaczy, że zbliża się koniec, łagodny i bezproblemowy, ale nieunikniony. Asceci pierwszych wieków podobno odmawiali sobie snu, ale nie wiem, jak to r obili technicznie – zdaje się, że niezłe jest trzymanie nóg w zimnej wodzie, ale to się da zrobić tylko w nocy w łazience, a nie na przykład na radzie wydziału, czy w kościele na kazaniu… A ja ostatnio zasypiam już w tramwaju. Farmakologicznie majstrować przy moim ciśnieniu nie będę, do lekarzy latać też nie zamierzam, bo na pewno znajdą co najmniej z siedem chorób śmiertelnych i zatrują mi resztę życia leczeniem. Najlepiej – po staremu wziąć się za mordę i potrenować nocne czuwania. Organizmowi dobrze jest narzucać ostry rygor, wtedy się podporządkowuje, a kiedy mu ustępować, to wymaga coraz więcej. Przyjmijmy na początek bardzo cywilizowaną normę snu – 50 h/tydzień i policzmy, jak mi to wychodzi, a potem można będzie to regulować i ograniczać. (…) Wieczór. Przesiedziałem dziś ładne kilka godzin przy biurku. Brzydko to o mnie świadczy, ale od dzieciństwa najlepiej, najefektywniej, pracuje mi się w niedzielę. Dzień Pański jest wyjątkowo płodny. Obyczaj spędzania niedzieli przy biurku odziedziczyłem po Tacie. Był wtedy w domu – i pracował, pisząc to, na co nie miał czasu w ciągu tygodnia zajęć formalno-urzędowych. Tatuś rzadko bywał „do pogadania”, pracował mnóstwo, był człowiekiem serio, który nie bawił się w żadne współczesne pedagogiki i uważał, że wychowanie może się prawie całkowicie obejść bez słów. Nie byliśmy dogadani, Tata był religijnie obojętny, taki z przed pierwszej wojny – pozytywistycznie antyklerykalny, a na religię do kościoła pozwolił mi za stalinizmu chodzić, mówiąc do Mamy: „cały ten katolicyzm, to mu przejdzie, jak dorośnie, a tymczasem – niech ma dobrą odtrutkę na komunistyczną szkołę.” Trochę się naciął, bo katolicyzm mi nie przeszedł, ale odtrutka rzeczywiście okazała się dobra. Niemniej z Tatą od mojego 15-go do 22-go roku życia dostatecznego kontaktu nie miałem – jego autorytet próbowali mi podważyć nie dorastający mu do pięt młodzi jezuici. Niemniej do dziś z roku na rok lepiej uświadamiam sobie, ile się od niego zdołałem nauczyć – i żałuję, że tak mało… Hej, Tatuś – już niedługo się spotkamy i wreszcie pogadamy o życiu… A dzisiejsza robota była zabawna. Doszedłem do wniosku, że powinienem trenować język angielski. Zacząłem więc pisać swoisty dziennik pracy umysłowej – po angielsku. Napisałem ponad stronę rozważań związanych z projektem nowej książki. Po napisaniu kilku stron zaniosę to do kogoś, kto dobrze zna angielski, na przykład do Tadka M., żeby mi pokazał, jakie robię podstawowe błędy. Żaden inny sposób treningu nie będzie dla mnie podobnie interesujący, a efekty mogą być praktycznie przydatne w pracy.

Znów późno. Wróciłem do domu około piętnastej i po obiadku usiadłem do prac studenckich. Przeczytałem ich jedenaście. Na ogół niezłe, jedna bardzo dobra, słabe tylko dwie. Chciałem teraz trochę zająć się czymś innym, ale zasypiam przy biurku, trzeba iść spać.

Późny wieczór. Odczyt i panel odwalony z sukcesem i w sympatycznym nastroju. Paru starych słuchaczy sprzed trzydziestu lat, sympatyczny Kazik W., Przemysław Fr., a przede wszystkim ciepły i po staremu buntowniczy Ludwik. Jutro raniutko wracam do Warszawy. Mam ze sobą – zamiast ciężkich prac studenckich trzy książki Ratzingera. Jadąc w tę stronę nie czytałem nic, ale zachłannie wyglądałem przez okno pociągu, zwłaszcza na prawie nieznanym mi odcinku Poznań-Szczecin. Ilekroć jestem w tej części Polski, żałuję, że nigdy nie poznałem dokładniej Pomorza Zachodniego. Atmosfera tutejsza działa na mnie odmładzająco, aktywizująco. Cóż, po prostu mam naturę nomady

Poranek. Perspektywa trzech godzin, w ciągu których można próbować podepchnąć którąś z kolejnych robót, albo załatwiać ten czy inny interes, albo wreszcie – pomyśleć. Jak zwykle, najciekawsze myśli miewam wtedy, gdy jest największe nagromadzenie robót terminowych i nudnych. W dniach, a zwłaszcza tygodniach, nieco luźniejszych – nic ciekawego do głowy nie przychodzi. Teraz jest czas dorocznych żniw uczelnianych: analiza prac studenckich. Pierwsza piętnastka socjologów wydaje się nawet niezła, ale bez większych indywidualności. Już w zeszłym roku zauważyłem, że mniej jest kompletnych durniów i mniej wybitnych umysłów, niż spotykałem w analogicznych grupach pięć lat temu. Teraz wydaje się to powtarzać. Wieczór. Za mną udane seminarium, dzięki dwóm referatom – jeden był dobry, a drugi znakomity – cztery godziny zajęć minęły błyskawicznie. Wieczorem straszna migawka w dzienniku telewizyjnym: przerażony Mietek M. niemal krzyczy, że nie, że on nie donosił do sb na arcybiskupa Wojtyłę – i ta reakcja wydaje się dowodzić czegoś przeciwnego. A Mietek ma przecież też co najmniej 83 lata – i tak strasznie jest patrzeć na jego lęk, że mu nie uwierzą… Jutro rano jadę do Szczecina, tam wieczorem referat i panel, nocna rozmowa z Ludwikiem W., a w sobotę – powrót do domu. Na drogę biorę dużą porcję prac studenckich i laptopa, nieśmiało licząc, że w pierwszej klasie expressu może będą czynne gniazdka kontaktowe… A teraz – spać!

Dzisiejszej nocy i rano czytałem kilka godzin z szybkością ok. 50 stron/h „Sól ziemi” – wywiad-rzekę z autorem, który przez analogię z JP-2, będzie od dziś występować w moich notatkach jako B-16. Z Maćkiem ustaliliśmy, że duży tekst analityczny zrobię w ciągu 6 dni, a dziś wieczorem dam kilkuzdaniową notkę. Zważywszy, że 10 dni temu był mały tekst „Osierocenie”, a w ostatnim numerze – ogromny artykuł: „Głosić prawdę, ratować krzywdzonych”, można uznać, że okazałam się nadzwyczaj aktywnym komentatorem problematyki kościelnej. Jeszcze nigdy nie miałem publikacji w czterech numerach „Plusa-Minusa” pod rząd. Roboty dużo, ale sens w tym wszystkim jakiś jest. Wczoraj wieczorem dostałem propozycję udziału w konferencji w Lublinie 14-15.06 z referatem na temat wagi pomysłów przyjmowania Ukrainy,Turcji, Rumunii i Gruzji do UE. Dziś rano szczeciński IPN w osobie dyrektora Kazika Wóycickiego (!) zaproponował mi wykład na sesji w 25-lecie „Solidarności” 27 sierpnia – na dwa dni przed analogicznym wykładem w IPN-ie gdańskim… Oznacza to sporą aktywność publicystyczno-polityczną w okresie letnim, na razie myślę o tym dobrze, wściekły będę, jak zwykle, w ostatniej chwili. Próbuję namówić Małgosię na spędzenie drugiej połowy sierpnia razem z Fajką w domkach kempingowych w Sm.L., gdzie byłem z Pawłem kilka lat temu. Małgorzata przed laty uznała, że nie lubi tego typu odpoczynku, ale może po 36 latach da się do tego nakłonić… Wtedy ta działalność odczytowa byłaby dla mnie połączona z dużą frajdą. Próbuję sobie wyobrazić elementy tekstów o B-16: – strażnik doktryny wiary: wiedza, kategoryczność sądu, rzeczowość tonu, spokój, nie ujawnianie emocji i aspektów moralnych, prawda niezależna od człowieka, – potrzeba zasad, nieufność wobec relatywizmu, jasność i chłód, brak atutów medialnych, raczej Wyszyński niż Wojtyła, – kontakt z JP-2 nie na zasadzie podobieństwa, ale dopełniania się osobowości, na pewno surowszy dyrektor dla aparatu, ale chyba i sprawniejszy, – dialog bardziej merytoryczny, mniej personalistyczny, niedostatek wiedzy o innych religiach będzie psychologicznie ważnym hamulcem dialogu, – europocentryzm wynikający z dokładnej znajomości tutejszej sytuacji, a znajomość realiów szczególnie ważna dla racjonalisty nie ufającego intuicji. Przewiduję wyraźny konflikt z permisywizmem współczesnego Zachodu, równocześnie – ograniczony kontakt z Kościołem masowym i mały impet dialogowo-ekumeniczny, natomiast spodziewam się osiągnięć merytorycznych – w teologii i w rozwoju struktur kościelnych. Zasłuży się wybitnie, lubiany nie będzie. To właśnie budzi moją co najmniej umiarkowaną sympatię. Małgorzata przez swoje linki znalazła mi materiały w internecie. B-16 to naprawdę duży teolog, bardzo płodny mimo pełnionych funkcji, którymi JP-2 obarczał go obficie. Wpakował go i w kwestie dialogu i nawet w komisję do spraw Ameryki Łacińskiej – dobrze o tym wiedzieć. Hasło w herbie biskupim B-16: „współpracownik Prawdy” ( w związku z 3J,8 „abyśmy byli współuczestnikami pracy dla Prawdy”) (…) Kilka minut przed północą przesłałem do Maćka trzystronicowy artykulik o Ratzingerze, zawierający dwie czy trzy myśli własne. Oznacza to, że w czasie się zmieściłem. Teraz wisi nade mną tekst drugi, poważniejszy, który mi się jakoś zamglił, a który powinienem oddać około wtorku. W międzyczasie, poza zajęciami na uczelni, mam wyprawę pojutrze do Szczecina i czytanie prac rocznych. Roboty więc sporo, a sił nie za wiele – wiosenne kłopoty ciśnieniowe odczuwam już od tygodnia co najmniej.

Gaudium magnum: habemus Papam! Kardynał Joseph Ratzinger przyjął imię Benedykta XVI-go. Taki obrót sprawy napawa mnie nadzieją, że w sprawach doktryny nie będzie źle. Tyle, że jeszcze jeden Europejczyk… Ma to swoje plusy, ma i minusy. Zobaczymy, jakim papieżem okaże się człowiek, którego dotąd Kościół znał w zupełniej innej, szczegółowej roli. Moje sprawy układają się nieszczególnie. Dziś ujawniło się, że warunki finansowe proponowane przez „Trio” są dalekie od pożądanych. Należy rozglądać się dalej za optymalnym wydawcą – jutro rano muszę rozglądać za nowymi wydawcami, bo inaczej nawet przy wsparciu, jakie dał mi KBN, cała ta książka przyniesie mi znacznie mniej od dwukrotnie mniejszego „Stefczyka”. Tymczasem schwytała mnie w mocny uścisk dydaktyka – zajęcia na uczelni szły mi marnie, stosunkowo nieźle zaprezentowali się dwaj „socjologowie od gmin nadgranicznych”, może coś z nich jednak wyjdzie. W domu muszę czytać prace roczne, co jest zajęciem żmudnym i czasochłonnym, a poznawczo nieciekawym. Maciek zaproponował mi napisanie tekściku do „Plusa-Minusa” o wyborze Ratzingera na papieża. Za radą Małgosi pożyczyłem od Joanny 12 książeczek tego autora i siadam do lektur. Spróbuję po prostu podać go w sałatce, bo przeczytać go i napisać niczego w ciągu 24 godzin oczywiście nie zdążę. Rano dowiem się, czy taka koncepcja Maćkowi będzie pasować, ale zanim mu ją przedstawię, muszę sprawdzić, czy taka sałatka da się przyrządzić. Paweł, widząc stertę książek, jaką przywiozłem od Joanny, pokwitował to krótko: no, to będziesz miał, tata, upojną noc… I rzeczywiście.


  • RSS