cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

Już w BN-ie. Za mną uroczy ranek w ogródku Ludmiły, przy kawie, lodach i ajerkoniaczku. Ludmiła robi znakomite wrażenie, mocnej i optymistycznej, jak zawsze, choć wygląda bardziej filigranowo, niż kilka lat temu. Mieszkanie w Wilanowie, o 150 metrów od córki, wnuczki i prawnuczki, cichy i zacieniony ogródek z ładną murawą, zaprzyjaźniona od lat kulturalna pomoc na parę godzin dziennie, kontakty z życiem literackim. Wszystko to razem albo rzeczywiście jest pogodne, albo w każdym razie przyjmowane pogodnie. Wielką umiejętnością jest przyjmowanie życia bez skarg i użalań – to bardzo rzadkie u ludzi starych, a takie urocze. Gadaliśmy bardzo serdecznie, choć szczerze mówiąc, mogła przecież mieć do mnie lekki żal o to, że przez cały rok zaniedbałem tych kontaktów. Teraz przyszedł mi do głowy pomysł, który może się sprawdzi praktycznie: namawiałem ją na prowadzenie blogu, który może bardzo wzbogacić i urozmaicić kontakty z ludźmi. Zapowiedziałem, że byłaby najstarszą blogerką w Polsce, jako że jest starsza nawet od obecnego seniora, czyli ode mnie – i miałem wrażenie, że dałoby się ją do tego zajęcia przekonać. Dzieci musiałyby jej tylko kupić komputer i nauczyć podstaw techniki blogowania, ale sam o sobie wiem, że nie jest to wcale takie trudne. Bardzo chciałbym, żeby spróbowała tego zajęcia, bo jej blog byłby na pewno bardzo interesujący. Marynia zamierza dziś po południu pojechać z Jaśkiem i z kotem do Przerośli. Uważam, że to bardzo dobry pomysł. Gdybym miał trochę więcej czasu, sam bym się z nią zabrał. Ale robota mnie goni. (…) Jedenasta wieczór. Marynia w tej chwili zadzwoniła z Ełku, ma jeszcze godzinę drogi. Panie, pomóż jej! Paweł bawi się na drugim końcu Warszawy. Małgosia w Przerośli z Joanną już kładły się spać, kiedy do nich piętnaście minut temu zadzwoniłem. W BN-ie wytrzymałem dziś niespełna 6 godzin, a wieczorem odbyłem kilkukilometrowy spacer przez Pragę – Targówek – Bródno – Annopol, tak więc z pracowitością było u mnie średnio, a spać chce mi się strasznie. Do północy jednak jakoś chyba dotrzymam. Bilans: 6+0=6, a w sumie: 28+30=58, czyli średnia: 4+4h28′=8h28′. Skończyłem dziś czytanie Bainville’a. Zaskoczył mnie, bo pisząc 90 do 70-ciu lat temu, przewidywał dalszy tok historii Europy środkowo-wschodniej prawidłowo; znaczy, że to było już wtedy do przewidzenia. Dlaczego zatem nie zobaczyli tego ówcześni politycy, dlaczego byli tak bardzo naiwni? W paru sprawach myślę tak, jak i on. Z jednej strony bardzo mi to pochlebia, bo to był duży umysł, z drugiej – trochę niepokoi, bo to jeden za sztandarowych myślicieli głębokiej prawicy i konserwatysta, jakich mało. Myślę, że warto uczyć się od niego wschodnio-europejskiej geopolityki i wyczucia dla długotrwałych tendencji i podświadomych nastawień politycznych poszczególnych narodów. To się mimo wszystko na ogół sprawdza, wbrew nowocześniejszym doktrynom ideologicznym. Jutro Boże Ciało, biblioteka zamknięta, pracować będę w domu, może uda mi się dojść do jakichś nowych własnych sformułowań. A tymczasem – do łóżeczka!

Dziś znów dydaktyka pozorna, cenzurki. Przedtem ciekawa rozmowa o europejskiej polityce z Bohdanem G., a po południu BN i dalsza lektura Bainville’a aż do dzwonka wypraszającego czytelników z biblioteki. Wieczorem długa rozmowa telefoniczna z Marynią o jej smutkach. Jest dzielna i ciekawie myśli o życiu. A Małgorzata rozrabia w gminie w Przerośli na temat projektów rozszerzenia sieci kanalizacyjnej – wczoraj upubliczniła to, o czym wszyscy mówili po cichu, na temat potajemnego spuszczania ścieków do jeziora. Podejrzewa, że niektórym się w ten sposób mocno naraziła, ale efekt może być dobry. Chętnie pojechałbym już do niej – i nawet na siłę byłoby to możliwe na najbliższe pięć dni. Ale – niezależnie od bardzo cennych posiedzeń w BN-ie – warto, żebym pobył trochę jeszcze z Pawłem, który akurat w najbliższym tygodniu ma najcięższą walkę o promocję bez poprawek z matematyki i fizyki. Zostaję więc w Warszawie i będę tu aż do 3 czerwca. W Przerośli pojawię się więc najwcześniej za 10 dni. Jutro rano jestem zaproszony na kawę i lody do Ludmiły M. Ciekaw jestem, jak się czuje, bo przez telefon mówiła o tym z lekką autoironią, że zgodnie z metryką – a ma przecież skończone w grudniu 81 lat… Humor ma, zdaje się, niezmiennie dobry. A potem będzie ładne kilka godzin czytania w BN-ie, czyli w sumie miły dzień. A dzisiejszy bilans czasu: 3h książkowe i 5h dydaktyki i dyskusji z Bohdanem=8h. Po tygodniu daje to 22+30=52h, czyli – po wyłączeniu niedzieli – 3h40′ dziennie na książkę (mało!)+5h innych + 8h40′ dziennie. W sumie nie jest to źle, zwłaszcza, jeśli dodać do tego wskaźnik snu, który – dziś akurat po miesiącu – wynosi 7h13′ na dobę.

Dziś pięć godzin pracy na Bielanach i trzy – bardzo miłej „pracy badawczej” u pani Zofii K., która dała się namówić na opowiadanie o swoich przejściach z lat wojennych i powojennych. Działy się z nią rzeczy ciekawe, ale może jeszcze ciekawsza jest jako osobowość, podmiot tych wydarzeń. To typ kobiety mocnej, mocniejszej od otoczenia, chyba łatwo akceptującej role przywódcze i odpowiedzialne. Dostałem od niej kopię jej publikowanych już w „Sanktuarium św.Andrzeja Boboli” wspomnień z Powstania, pożyczyła mi także książkę i video-kasetę, poświęcone księdzu Janowi Zieji. Bielany były natomiast dziś nudną administracją rano i wystawianiem stopni po południu, bez rzeczywistej dydaktyki. Niestety czasem praca na uczelni polega i na takich zajęciach. W środku dnia zdarzył mi się natomiast zabawny przypadek. Miałem blisko dwie godziny przerwy między pracą ranną i popołudniową. Było gorąco, poczułem się zmęczony, poszedłem więc do lasu, licząc, że to mi pomoże. W lesie trafiłem na okolicę zupełnie pustą, zboczyłem ze ścieżki w wysoką trawę i w pewnym momencie poczułem, że muszę choć na chwilę położyć się. Położyłem się z chlebakiem-aktówką pod głową i natychmiast zasnąłem. Spałem równo godzinę chyba bardzo głęboko, leżąc na gołej ziemi w jasnych miejskich spodniach i nie rozsznurowanych butach. Po godzinie wstałem z trudem,tylko dlatego, że musiałem już wracać na uczelnię. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zdarzyła mi się podobna przypadłość. Nie dziwiłbym się, gdybym był po wódce, albo chociaż po piwie, ale tak na trzeźwo spać na trawie w miejskim parku, to śmiesznie. Ciśnienie musiało mi trochę siąść. A teraz minęła północ, więc już wypada iść spać nocnie. Zrobię to z wielką frajdą…

W końcu jednak zdecydowałem się na niedzielę bezrobotną – wynikło to nie z pobożności, ale ze zwykłej chęci rozluźnienia uprzęży. Rano poszedłem na targi książki. Już przy wejściu spotkałem Hankę Macierewiczową, z którą cudownie się plotkuje, potem – Tadeusza Mieszkowskiego, który podpisywał swoje książki. Wróciłem w pośpiechu, bo zapomniałem wcześniej o umówionej wizycie mojej ubiegłorocznej studentki z Witebska, która obecnie studiuje teologię u nas na Bielanach. Dziewczyna dzielna i operatywna, poprosiłem Marynię, by spróbowała jej pomóc znaleźć pracę, która umożliwiłaby jej dalsze studia. Podzwoniłem też do moich dwóch wiekowych pań, w wyniku czego jutro idę wieczorem na opowiadania wspomnień wczesno-powojennych do pani Zofii K., a we wtorek – do Ludmiły, z którą nie widzieliśmy się bodaj od roku. Tak więc dzionek miałem aktywnie towarzyski, dopisać do tego należy dwa telefony do Małgosi, godzinny spacer odchudzający i jeden dobrze już znany kryminał Chmielewskiej. Jutro natomiast rano rada wydziału, od trzeciej wykłady dla polonistów, a więc w praktyce cały dzień na Bielanach.

Za mną sześć godzin pracy nad Bainville’m i długi samotny spacer po Ulrychowie i Górcach. Paweł wyjechał na jakieś szkolne zajęcia z przysposobienia obronnego, Małgosia w Przerośli, zwierzęta razem z nią, więc jestem sam i nie mam żadnych zobowiązań. Pracować mi się już dziś dłużej zupełnie nie chce. Bilans czasu pracy po czterech dniach wynosi 20+16=36, a więc średnia jest bardzo przyzwoita: 5+4=9. Waham się, czy przyjmować zasadę świętowania niedzieli i jestem raczej temu przeciwny. Tak naprawdę pracuję przecież nie dla pieniędzy, tylko dla tak zwanych względów wyższych. A służyć bliźniemu w niedzielę oczywiście należy. Tak więc na razie nie wykreślam dni świątecznych z mojej statystyki roboczej. Lektura Bainville’a jest pracochłonna, robię mnóstwo notatek, ale z dnia na dzień coraz bardziej jestem rad, że to podjąłem, bo jego teksty pobudzają mnie do mnóstwa refleksji. Bardzo wiele mówią o polityce francuskiej, o francuskim widzeniu Europy, a w tym Rosji, a także Polski. Facet umarł ponad 75 lat temu, ale francuska kultura polityczna zmienia się powoli, tradycje są tu bardzo silne, ponieważ elity intelektualne i polityczne są mniej uzależnione od mody, niż zwykły przechodzień.

Dziś znów ładna data. A mnie robota idzie. Wczoraj było osiągnięcie szczytowe: 5+6=11h, dziś 3+7=10h, przy czym pierwsza cyfra oznacza pracę nad książką, druga – dydaktykę. Czytanie w BN-ie okazuje się bardzo pożywne, aktualnie siedzę w tomie publicystyki francuskiej Bainville’a na tematy Europy Wschodniej. Autor jest wybitnym autorytetem intelektualnym starej francuskiej prawicy i rzeczywiście jego teksty o Rosji i przymierzu francusko-rosyjskim przed, w czasie i po pierwszej wojnie światowej aż się skrzą inteligencją, a są przy tym tak złośliwie aktualne w swej wymowie politycznej, że co chwila trafiam na sentencje do opublikowania choćby dziś w „Rzeczpospolitej”. Dwa dni temu Maciek Ł. uznał, że nie wypada, żebym wciąż jeździł starym maluchem i zaofiarował mi kontakt z kimś z redakcji, kto jest znawcą rynku aut i siedzi obecnie w Berlinie. Obiecał go ze mną skontaktować. Przed chwilą w komórce znalazłem ślad usiłowania dodzwonienia się do mnie od tamtego gościa. Próbowałem połączyć się, ale na razie nie odpowiada, zadzwonię jutro. Miło mi, że Maciek tak operatywnie zadziałał z własnej inicjatywy, bo może dzięki temu wreszcie sprawimy sobie nowy pojazd. Tyle, że będę musiał znaleźć jakieś źródło pożyczki choć paru tysięcy, albo pogłębić kredyt w PKO, bo aktualnie jesteśmy całkiem bez gotówki.

Przed dziewiątą trzydzieści siedziałem już w BN-ie. Po drodze myślałem już zresztą o rozpoczynanej książce, a ściślej – o teoretycznej kwestii sporu między logiką imperium, a logiką suwerennego narodu. Nie jest to wcale sprawa taka prosta, jak wyobrażają sobie działacze praktyczni po obu stronach barykady. Warto będzie zwrócić uwagę i na intencjonalność bytu każdego imperium, i na relatywność kategorii narodowych i wreszcie na deklaratywność przynależności do narodu tam, gdzie cechą najczęściej spotykaną jest jedynie „tutejszość”. Rano przejrzałem „Rzeczpospolitą”. Znalazłem dwa listy czytelników po moim artykule na temat „drogi na szczyt”. Autorzy obu tekstów sytuują się bliżej tradycyjnej ortodoksji, niż ja. Jeden wydaje się dość jednoznacznie przekonany o absolutnej jedyności katolickiej wykładni wiary, drugi wyraża to subtelniej, słusznie rozróżniając między ułamkową znajomością Prawdy przez pojedyńczego katolika, a „wystarczającą do zbawienia” znajomością tejże Prawdy przez Kościół, jako taki. W zasadzie z tym się zgadzam, ale mówienie o znajomości Prawdy przez podmiot poznający tak wieloznacznie określany, jak Kościół, wydaje mi się, że tak powiem, mało operatywne. „Kościół w rzeczach ważnych się nie myli, a jeśli się pomylił, to znaczy, że ta rzecz nie była ważna, albo tak naprawdę – to nie był prawdziwy Kościół…” Otóż w takim dyskursie brać udziału nie umiem, bo nie wiem, czy dwa a dwa jest cztery, czy lampa. Zastanowiła mnie jeszcze rzecz inna. Wydawało mi się, że na tle dzisiejszym jestem raczej tradycjonalistą, czy konserwatystą religijnym i że atakować powinni mnie przede wszystkim nowatorzy. Reakcje na list okazały się inne – odezwali się obrońcy tradycyjnego rozumienia ortodoksji. Znaczy to, że to oni poczuli się przeze mnie zakwestionowani…

Maciek wstępnie reflektuje na cykl takich tekstów do publikacji pod wspólnym nadtytułem z częstotliwością raz na miesiąc i przy długości 16-18 tysięcy znaków. W tej sytuacji należy natychmiast zabierać się do roboty. (…) Rozkręcam się powolutku, byłem w BN-ie, wyszukałem kilkanaście, przypadkowych zapewne, książek, zacząłem czytać pierwszą, założyłem rodzaj dziennika pokładowego i porobiłem pierwsze notatki. Jutro chcę przesiedzieć w BN-ie z pięć godzin, bo po południu mam seminarium na Młocinach. Jeśli uda mi się poomijać rozmaite warszawskie okazje do angażowania się w drobne sprawy bieżące, to do 3 czerwca powinienem sporo zrobić. Wzorem ubiegłego lata zaczynam notować czas pracy. Dziś będzie to: 5+3=8h, zaczyna się więc nieźle. Oznacza to jednak, że znów, jak zeszłego roku, nie będę człowiekiem wolnym i zdolnym do myślenia o niebieskich migdałach, ale stanę się wyrobnikiem, stale liczącym godziny i minuty. Ale za to, jeśli wytrzymam tę orkę, przeżyję fantastyczny luksus napisania książki wyjątkowo w tym momencie potrzebnej. Pisanie czegoś takiego zwolni mnie na pewno z obowiązku nakłaniania kogokolwiek do takiej czy innej działalności. Mam zadanie własne, indywidualne, od nikogo niezależne i ściśle dopasowane do typu mojego warsztatu. To wyjątkowo dobra sytuacja psychiczna, wręcz łaska Boska i tyle

Planując dzisiejszy dzień, nie doceniłem wczoraj stopnia mojego wyczerpania. Zasnąłem przy Koncercie Brandenburskim płynącym z otwartego komputera i obudziłem się na dzwonek – po 10 godzinach nieprzerwanego snu. Po umyciu się „dospałem” jeszcze godzinę jedenastą. W rezultacie poranny BN trafił szlag. Za godzinę wychodzę na uczelnię – i to dobrze, bo inaczej spałbym dalej. Ciekawe, po ilu godzinach miałbym dosyć… Czto diełat’? Przyjmując na początek wątpliwą tezę, że kończenie książki o kulturze WKL -tom I może chwilę poczekać i że są rzeczy zdecydowanie ciekawsze, należy podjąć decyzję, czy zabierać się do tomu szkiców o falach laicyzacji i nawrotach religijności w europejskich kulturach ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat, czy jeszcze przedtem robić błyskawicę kilku lub kilkunastu mniejszych szkiców o imperialnej polityce Rosji, głównie sowieckiej. Ta druga koncepcja jest oczywiście głupsza, oczywiście sympatyczniejsza, da się sprzedać w tej chwili bardzo dobrze. Wymaga ostrej dynamicznej pracy w ciągu najbliższego kwartału – swoistego „pójścia na całość”. Będzie to dalszy ciąg tego referaciku, jaki wygłosiłem w zeszłym tygodniu. (…)Od strony merytorycznej trudność pracy zależałaby od poziomu, na jakim chciałbym poprzestać. Wyróżniając poziom podstawowy, (to jest ten, jaki już posiadam), pogłębiony (wymagający lektur łatwo dostępnych) i specjalistyczny (oparty o źródła, których dopiero trzeba by poszukać), chciałbym lokować się w zasadzie na tym środkowym. Wartość studium chciałbym osiągnąć poprzez typ ujęcia, zestawiając nawet znane z różnych kontekstów fakty i wydarzenia w taki sposób, jakich nikt ich nie zestawiał. Wszyscy wiedzą o losie pozostawionego na wykrwawienie się Powstania Warszawskiego, ale nikt nie zestawia tego z losem Powstania Słowackiego, pozostawionego w sposób analogiczny. Pakt Ribbentrop-Mołotow poza kartą polską ma także swoje aspekty: bałtycki i bessarabski. Takich powiązań można naliczyć wiele – i trochę takiej właśnie wiedzy mam. Co z tego da się robić bardzo szybko? Bo potrzeba pośpiechu jest bezdyskusyjna. Rzecz jest cholernie aktualna i można rzec: modna. To się powinno ukazać teraz. Pytanie o konstrukcję całości widzę dziś tak: Idea Imperium i istnienie narodów Samobójstwo Rosji – imperium trwa Rok 1920 – wojna z Polską czy z Europą Logika paktu Ribbentrop-Mołotow Deportacje, łagry i Katyń – konsekwentna likwidacja elit obywatelskich Logika Casablanki, Teheranu, Jałty Los walczących z Niemcami – Puszcza Nalibocka, Wołyń, Puszcza Rudnicka, Warszawa, powstanie słowackie… Jak spacyfikować miasto? Jak spacyfikować wieś? Gigantyczny kulturkampf Polityczny sens prześladowań Kościołów Samobójstwo Sojuza – imperium trwa Po latach – walka o historię Takie trzynaście szkiców jest do napisania w krótkim okresie czasu. Można je zaprojektować albo w postaci solidniejszej – na przykład po 20-25 stron – i wtedy uzyskać w sumie książkę 250-300 stron, ale zrezygnować z sukcesywnej wysokonakładowej publikacji kolejnych rozdziałów, albo w wersji skróconej – po 10 stron maximum – i wtedy mieć szansę na publikowanie tego w „Rzeczpospolitej” w ciągu pół roku w nakładzie stusześćdziesięciotysięcznym, ale w ostatecznym rachunku mieć tylko 120 stronicową broszurkę. Sądzę, że ta druga wersja, jeśli okaże się realna, będzie znacznie lepsza. Jutro jadę w odwiedziny do Maćka Ł. do Zalesia, zapytam go, co o tej idei sądzi.

Zmęczenie. Zerwałem się rano o czwartej, obudzony telefonem. o czwartej trzydzieści pięć już skręcałem na szosę. Jechałem równiutko pięć godzin z Przerośli przez Pisz na Bielany, żeby zdążyć na kollokwium habilitacyjne. Udało się. Potem młyn uczelniany, zajęcia ze studentami. Prace pooddawałem, mniej więcej 80-85% już mam z głowy, jeśli nie liczyć oczywiście konieczności przeprowadzenia testu dla tych słabszych. Ale to już drobiazg, dam sobie lekko radę. Mogę zacząć zajmować się czymś innym. Wygląda na to, że najbliższe kilkanaście dni spędzę w Warszawie, troszkę czasu poświęcając jeszcze dydaktyce, ale głównym zajęciem będzie dłubanie w BN-ie. Zaczynam już od jutra rana, przed wykładem mogę posiedzieć tam nawet trzy godziny. W tej chwili natomiast jestem kompletnie wyczerpany fizycznie i umysłowo, idę spać, choć minęła dopiero dziewiąta. Z rozkoszą myślę, że jutro nie muszę nigdzie jechać autem i że z niczym nie muszę śpieszyć. Tegoroczny sprint już za mną, teraz zaczyna się długi dystans z przeszkodami -czyli wakacyjne „pisarstwo”. W tej chwili nie mam siły nawet pomyśleć o tym.


  • RSS