cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

30.06.05, Przerośl

Intensywna akcja interwencji telefonicznych sprawiła, że wyjazd Małgosi do Warszawy okazał się zbędny. Za pięć, sześć dni pojedzie na trzy dni ona albo ja – i chwatit. Byliśmy potem w gminie, załatwiając z Frankiem B. kolejny etap sprawy pomnika ofiar z 1944 roku, a także informacji dla mnie o statystyce gmin nadgranicznych. Być może podstawowe informację dostanę od ręki w Przerośli – pytania mam przygotować ciągu dwóch-trzech dni. Potem wyprawa z cyklu: poznajemy Mazury Garbate Anno Domini 2005: Olecko-Barany-Cichy-Szwałk-Boćwinka-Różyńsk Wk-Gołdap. Kapitalizm wkracza bardzo intensywnie i niezbyt sympatycznie. Wrażenia z okolic Rogali okazują się nietypowe dla okolic położonych bliżej Olecka i Gołdapi. Warto byłoby przejrzeć pod tym samym kątem gminy położone jeszcze dalej na zachód wzdłuż granicy z okręgiem królewieckim. W sumie było to pięć godzin studium ekonomiczno-socjologicznego, bardzo ciekawego i wbrew pozorom wcale nie sprowadzającego się do prostej turystycznej rozrywki.
Po południu telefony z „Rzeczpospolitej” i z „Gazety Wyborczej” z zamówieniami materiałów na 25-lecie sierpnia 80. Dla „Rzeczpospolitej” oczywiście zrobię tekst, o który proszą. „Gazecie” odmówiłem, jako że trudno publikować się na ten sam temat u siebie i u konkurencji, natomiast redaktorowi, który ze mną rozmawiał, to i owo poradziłem w związku z tematem: Kościół wobec strajku sierpniowego. Jeśli to wykorzysta, będzie miał pierwszorzędny materiał.
Przed chwilą dzwonił jeszcze Paweł, który właśnie wyjeżdża z Warszawy przez Kraków na Ukrainę. Panie Boże, poprowadź tych chłopaków jakoś fajnie przez to doświadczenie!
A ja tymczasem zasiadam do dziejów Wielkiej Wojny – już kończę rok 1916, a chciałbym jak najszybciej dobić do końca tej tematyki i wrócić do kwestii przemiany imperium rosyjskiego w sowieckie.(…)
Już noc, przepracowałem przy komputerze i książce następne pięć godzin. Bilans: 5+5=10; 197+151=348; średnia: 4h35′+3h32′=8h07′.

29.06.05, Przerośl

Dni mijają szybko i dość leniwie. Wczoraj było trochę roboty, dziś nie robię nic. We wsi atmosfera na wpół świąteczna, Msza święta później niż zwykle, w domu też myślenie o solenizantach, wizyta u Joanny, która urządza się w swoim domu z pomocą przyjaciół i nowych sąsiadów. Chałupa, która dotąd była tylko budowlą do zagospodarowania, powoli zaczyna nabierać atmosfery domu – to miłe. Pod powierzchnią dnia emocje związane z podróżą Pawła na Ukrainę. Jadą z kolegą na dziesięć dni, trasa nie jest mi w pełni znana, ale obok Lwowa obejmuje Odessę, która po moich wspomnieniach z ostatniego, samotnego sylwestra i Nowego Roku jest mi szczególnie bliska. Boję się trochę, czy cała ta podróż będzie szczęśliwa, ale z drugiej strony bardzo mnie ten pomysł chłopaków cieszy. Tak więc myślenie o robocie wcale mnie dziś nie pociąga.
Trochę popracowałem, ale sprawy rodzinne mnie odciągają od myślenia studialnego – wygląda na to, że Małgorzata pojedzie jutro do Warszawy, wróci tu po trzech dniach, a potem pojadę ja – w okolicach 8 lipca. Trochę to niewygodne, ale chyba inaczej się nie da – chociaż przychodzi mi do głowy pomysł, jak tę sprawę rozwikłać bez podróży Małgosi do Warszawy.
Bilans po 42 dniach: 8+2=10, 192+146=338; średnia:4h34′+3h28′=8h02′.

27.06.05, Przerośl

Dziś dzień leniwy, wycieczkowo-senny, do komputera siadłem dopiero o dziewiętnastej, ale od razu z gotowym do zapisania spostrzeżeniem. Co najmniej pięć rządów europejskich wykazało w lipcu 1914 roku, że ma wyraźną ochotę na wojnę na całym kontynencie. Gdyby choć jeden z nich wykazał desinteressement tym konfliktem, światowej wojny nie byłoby. I żaden z tych rządów nie wyrażał w tym momencie emocji swego społeczeństwa: nikt w Europie nikogo wtedy nie nienawidził, co najwyżej innym narodem gardził lub mu nie ufał. Wielka Wojna była wojną struktur instytucjonalnych. Wojną dla tychże struktur samobójczą. To trochę straszne. Wojna nie wymaga uprzedniego ogłupienia całych społeczeństw. Spokojnych, dość zamożnych i głęboko bezideowych drobnomieszczan można zagnać do okopów, dać broń i przyglądać się, jak się będą wzajemnie zarzynać. I uczestniczyć w tym będą wcale nie analfabeci czy prymitywy, prym będą wiedli średnio wykształceni, średnio uczciwi, statystyczni Europejczycy, którzy dwa miesiące wcześniej nie wykazywali żadnych agresywnych emocji ani ideologicznych zapałów do walki o cokolwiek. Studium psycho-społecznej rzeczywistości tamtej wojny proponowałbym jako obowiązkowy przedmiot na wszelkich kursach dla pacyfistów, ryzykując, że kursanci stracą wiarę w skuteczność wszelkiej antywojennej propagandy, ale też licząc, że lepiej zrozumieją groźbę wojny. Byłoby to także ciekawe roczne seminarium dla politologów… W mojej książeczce będzie to jeden ze szkiców, chyba trzeci z kolei.
Bilans: 3+0=3; 184+144=328; średnia po 40 dniach: 4h36′+3h36′=8h12′.

26.06.05, Przerośl

Rok akademicki 2004/05 za mną. Najbliższy kwartał rysuje się jako spokojna praca w Przerośli. Wiem, jak złudne bywają takie wizje niedalekiej przyszłości, więc nie ufam do końca i tej, ale chciałbym, żeby się ziściła. I żeby przyniosła rezultaty.
Po pierwsze – książkowe. Mimo napisania szkicu wstępnego, nie bardzo widzę, jak ułożyć dalszy materiał. Pierwszym wielkim tematem jest carska Rosja jako zjawisko historyczne, ale to temat na wielkie pisarstwo, boję się pisać cokolwiek o tym. Drugim tematem jest Europa Środkowo-Wschodnia, czyli narody bez państw. Trzecim – jest Wielka Wojna. Czwartym – rok osiemnasty. Piątym – wojna polsko-bolszewicka. Szóstym – konstrukcja nowego imperium. Siódmym – pakt Ribbentrop-Mołotow. Ósmym – obezwładnianie społeczeństw zaanektowanych w latach 1939-41. Dziewiątym – logika drugiego etapu wojny (1941-45). Ciąg dalszy mogę zaplanować później, w ciągu najbliższego kwartału muszę zrobić numery 1-6, II wojnę światową mogę odstawić na później.
Po drugie – chcę coś zdziałać w kwestii „ściany północnej”. W tym tygodniu zacznę rozmowy na ten temat, startując od tutejszej gminy i tutejszej parafii, stopniowo poszerzając pole widzenia w kierunku zachodnim. Tu także podstawową formą pracy będzie pisanie artykułów – i poznawanie terenu, a także jego obrazu statystycznego.
Trzeci wymiar działań powinien dotyczyć kontaktów zagranicznych – kowieńskich, a może mimo wszystko także i odesskich… Nad tym trzeba jeszcze pomyśleć osobno. Bilans po 39 dniach: 181+144=325, średnia: 4h38′+3h48′=8h26′.

25.06.05, Warszawa

Nakładem pięciu godzin rzeczywistej pracy dydaktycznej udało mi się odbyć seminarium doktorskie, rozmowę z Wieśkiem, czyli nowym dziekanem i poprawkowy egzamin pięciu dziewczyn z polonistyki, z których trzy ujawniły zasmucający poziom i wiedzy historycznej, i kultury humanistycznej, oceniony przeze mnie na 3-, a dwie były nawet niezłe. Na seminarium pojawiła się dziewczyna z Helu, która chce pisać pracę o ewolucji religijności kaszubskiej od 1918 roku. Pracuje jako katechetka. Rozmawiałem z nią parę minut i wydała mi się bystra, zaproponowałem, że mogę się tym zająć. Wiesiek nie zmusza mnie do przyjazdu na egzaminy wstępne, mogę spokojnie siedzieć w Przerośli.
Marynia chce, żeby jedno z nas było z nią 8 lipca – powiedziałem, że przyjedzie to, które wyda się jej bardziej potrzebne w tym smutnym momencie. Osobiście odnoszę wrażenie, że ten związek jeszcze nie umarł, choć trudno uwierzyć, że mógłby jeszcze ożyć i ozdrowieć. Przychodzi mi do głowy, że źle byłoby, gdyby dokonała się tutaj jakakolwiek eutanazja. Ale to życie jest ich – i Jasia. To, co mogę zrobić, to tylko prosić Pana, żeby nimi pokierował i żeby pomógł.
Rano wracam do Przerośli. Wczoraj w pociągu myślałem o odbyciu wstępnych rozmów na temat „ściany północnej” bądź w redakcji, bądź z Jackiem B. jako poważnym kandydatem na kontrahenta. Chyba jednak nie jestem jeszcze dostatecznie przygotowany do rozpoczynania akcji na terenie warszawskim. Lepiej rozpoznać najpierw sytuację lokalną poprzez urzędy gminne i poprzez parafie. Czeka mnie więc trochę rozmów w terenie.

24.06.05, Przerośl

Przedwczoraj wieczorem przywiozłem Małgorzatę do domu bez kłopotu, a wczoraj rozpasaliśmy się w dwóch wyprawach badawczych: jednej do Żytkiejm, drugiej – w Mazury Garbate. Obie były ciekawe, pierwsza bardziej udana technicznie, druga nie dotarła do zamierzonej wioseczki, bo leśna droga okazała się nieprzejezdna, pozwoliła jednak odkryć jeszcze pewne niezauważone wcześniej zjawiska. We wsi R. znaleźliśmy zachwycającą ruinę, chyba nie do kupienia, bo obciążona kolosalnymi długami i z nieustalonym stanem prawnym. Rozmawiając o niej z jednym z nielicznych tam mieszkańców, dowiedziałem się, jak dopłaty bezpośrednie zahamowały handel ziemią i przemiany ekonomiczne w regionie: opłaca się trzymać nie uprawiane faktycznie hektary, gdzie mieszkają babcie-staruszki o chłodzie i głodzie i pobierają dopłaty. Z drugiej strony ziemia bardzo zdrożała. To zahamuje procesy kapitalizacji stosunków i oczywiście – modernizacji regionu.
Przy wszystkich zastrzeżeniach do UE i do liberalizmu trzeba przyznać, że na tym odcinku kapitalizacja tego rolnictwa jest jedyną szansą ruszenia go z zastoju. W efekcie sytuacja łatwa tam nie jest. Wejście tam wymagałoby funkcjonowania co najmniej średniego kapitału i kilku bardzo operatywnych i solidarnych osób. Tego nie dałoby się zrobić bez uruchomienia machiny rzędu „Rzepy”, a w to z kolei nie bardzo wierzę.
Drugie zjawisko: tania jest ziemia tylko przy samej granicy rosyjskiej – dosłownie w pasie od zera do trzech kilometrów. Wszystko inne, już kilka razy sprzedane i kupione, ma ceny ogólnopolskie. Dziwne to wszystko i wymaga głowy rozsądnego ekonomisty, a zarazem człowieka uczciwego i nieprzekupnego. Gdzie takiego znaleźć, nie wiem. Za moich czasów ideowość tłumaczyła się przede wszystkim na odwagę – i tu mniej więcej wiedziałem , jak to sprawdzać. Teraz przekłada się przede wszystkim na uczciwość materialną w kombinacji z pewną aktywnością – i tu jestem zupełnie bezradny, bo tego nie da się ocenić w ciągu tygodnia.
Za godzinę jadę do Warszawy, jutro mam ostatnie zajęcia na uczelni. Potem albo wracam zaraz tutaj, albo zostaję na egzaminach wstępnych, które w tym roku mają być bardzo zredukowane do rozmówek zapoznawczych, więc może uda mi się od udziału w nich wykręcić. Skomplikowane kłopoty rodzinne też mogą mi popsuć rozkład jazdy, a ewidentnie psują humor, ale na to nie ma już rady – było zostać starym kawalerem…
(…) Już jestem w Warszawie. W pociągu tylko przez godzinę zajmowałem się historią, potem przez resztę czasu myślałem i nawet to i owo notowałem na temat „ściany północnej”. Rysuje mi się pewien kompleksowy program działań publicystycznych, organizacyjnych i kościelnych w tej dziedzinie, wymaga on jednak jeszcze trochę spokojnego myślenia, zanim przystąpię do realizacji czegokolwiek. Bilans po 37 dniach: 171+139=310, średnia:4h37′+3h46′=8h23′, a więc znaczna obniżka tempa pracy nad książką, ale za to inne tematy rysują się nieźle. Tymczasem idę spać…

22.06.05, Przerośl

Wczorajszy dzień był świetny, dzisiejszy – przeciwnie, od rana same niepowodzenia. Telefon z Niemiec, propozycje czterech aut, jedna gorsza od drugiej, a odmowa będzie odczytana jako głupota przez środowisko redakcyjne. Zepsuta komórka. Ucieczka kotki Bazylki, nie przyszła na śniadanie, nic ważnego, często rezygnuje z wizyt w domu, ale w związku z tym musiałem odwołać pracowicie namotaną wizytę Józia od Eli, który miał Bazylkę zabezpieczyć przed zajściem w ciążę. Cała kupa telefonów i tłumaczeń. Wójt, potrzebny w sprawie pomnika zamordowanych w czasie wojny, jest na urlopie. Śpiączka, dwie godziny dziennego snu, a potem marnowanie czasu na kryminały. Jedyna pociecha, że Małgosia już jedzie pociągiem i za niecałe trzy godziny mam ją odbierać w Suwałkach, ale po tych kolejnych nieudaczkach aż się boję, czy Sukcesik nie zrobi nam jakiegoś kawału i nie odmówi jazdy. W sumie, jak nie ma zmartwień prawdziwych, to same drobiazgi mogą popsuć cały dzień.

21.06.05, Przerośl

Przedpołudnie. Pierwszy dzień lata jest słoneczny, ciepły, a ja od rana wyjątkowo aktywny: rano byłem na Mszy, a potem za jednym zamachem skoczyłem do Gołdapi zrobić zakupy przekraczające to, co zapewniają sklepy tutejsze. Wróciłem i po nakarmieniu zwierząt i własnym śniadaniu siadłem do biurka już o dziesiątej. Ziewam bardzo, ale jestem dobrej myśli, bo kilka rzeczy układa mi się w pewną całość.
Studiuję od paru dni sytuację polityczną w Europie w latach 19o5-1914 i zaczyna mi się ona tłumaczyć nie tylko tak, jak jest w podręcznikach, że konflikty interesów ekonomicznych, ale i w porządku historii mentalności, kultury i idei. To było współistnienie dekadentyzmu i woli siły. Wyrazem woli siły był wtedy odkryty sport, był skauting, ale był także wybuch idei narodowych, nacjonalistycznych i irredenty. „Młoda Polska” to nie tylko „Deszcz jesienny”, ale i „Sny o potędze”. To nowe ujęcie historii tamtych czasów, ale także i temat dobrego artykułu w cyklu historycznym.
Studiowanie 1914 roku na pograniczu Suwalszczyzny i Mazur ma swój smak szczególny, zmusza do myślenia o odmienności dziejowej obu regionów tego kraju: Przerośl to kiedyś Jaćwież, potem Litwa, potem Kongresówka, carstwo rosyjskie. Ale z placyku przed moim młynem widać ziemie Prusów, państwo zakonne, późniesze Prusy Wschodnie, cesarstwo Wilhelma II. To tam, u niego, szukam zrujnowanych chałup i chcę ożywiać współczesną „ścianę północną” na granicy z rosyjskim dziś okręgiem królewieckim. Będę pisał o tym w „Rzeczpospolitej”.
Dzisiejszy polski czytelnik znużony jest mitem Europy i ewidentnym dekadentyzmem, podobnym do tego sprzed stu lat. Chciałbym mu podsunąć nowe propozycje, pobudzające wolę siły. Właśnie tu, na bardzo zgniłym pograniczu, na tej północnej ścianie. I tak, cała tematyka historyczna, publicystyczna i regionalna, jakoś się wzajemnie zazębiają i uzupełniają.
A w to wszystko wchodzi nagle i niespodziewanie Marynia, z ofertą udziału finansowego, ale przede wszystkim z energią, pomysłowością i młodością.
Tak niedawno nie było nic, tylko nieprzejrzana mgła. Teraz też nie ma nic, ale mgła się przerzedza i widać zarysy miejsca, gdzie można zacząć jakąś budowę i gdzie rysuje się jakaś synteza. Czego – historii? społecznikowania? znajdywania idei, czym ma być ten kawałek Europy w przyszłości? odkrywania smaku starczej dojrzałości? Wszystkiego po trochu…
(…) A teraz już północ. Zdążyłem dziś jeszcze pospać dwie godziny po południu, a przedtem pójść nad jezioro z Fajką i wykąpać się całkiem uczciwie – i mimo to na pracę nad książką przypadło aż osiem godzin. Bilans: 8+0=8; 167+127=294; średnia: 4h55′+3h44′= 8h39′.

20.06.05, Przerośl

Coś ze mną nie tak. Po ośmiogodzinnej nocy i śniadaniu kładę się w ubraniu na chwilę na łóżku i bez przerwy śpię pięć godzin. Pogoda normalna, ciśnienie też, nastrój mam dobry, roboty byłoby sporo, ale nie chcę szaleć, żyję higienicznie i beztrunkowo – co jest, do ciężkiej cholery, z tym spaniem? Jedyne tłumaczenie, to fakt, że nie mam żadnego miecza nad głową, a spokojna praca książkowa adrenaliny dostarcza mało.
Zadzwonił Maciek, artykuł podoba mu się, pyta o tytuł całego cyklu. Niby już byliśmy umówieni, że rozpoczynam to jako długi cykl esejów historycznych do Plusa-Minusa z częstotliwością druku raz na miesiąc, ale ten telefon sprawił mi dużą przyjemność, bo świadczy, że wstępny tekst jest udany. Trzeba dalej dłubać przy następnym, do którego sporo materiału już przeczytałem – i czytam dalej w chwilach wolnych od spania.
Dziś raz jeszcze byłem w Żytkiejmach i już prawie, że zdecydowałem, że to nie to i że trzeba szukać dalej, bo działka położona jest za blisko od sąsiadów, a chałupę trzeba zburzyć i postawić inną, ale po powrocie zajrzałem do bloga i znalazłem dwa komentarze. Michał pisze o sympatycznym nadleśnictwie, a to rzeczywiście może być istotny plus środowiskowy, a Marynia od razu deklaruje kapitał dla wsparcia mojego pomysłu. Poza wdzięcznością za ten natychmiastowy odruch solidarności cieszy mnie, że to „najstraszniejsze” z moich dzieci najsilniej dziedziczy po mnie gotowość do szaleństw i wyczuwa różne niepokorne konteksty moich inicjatyw. A praktycznie – sądzę, że trzeba porozmawiać o tej sprawie w przygranicznych gminach i parafiach. Plusem Żytkiejm jest bardzo fajne położenie tej ziemi przynależnej do brzydko położonej chałupy. Nie wiem oczywiście, o które z niezagospodarowanych łąk konkretnie chodzi, ale jest to bezpośrednia otulina Puszczy Rominckiej, teren typu „górka-dołek, struga i lasanka” około kilometra od domu i paręset metrów od puszczy, a 100-200 lub mniej – od granicy. A same Żytkiejmy przeżywają w tym roku jakieś pozytywne zmiany: kilka domów się remontuje, kilkanaście świeżo odnowionych, kwiatów nasadzili jak w Szwajcarii. Podobno w Dubeninkach jakiś nowy wójt nastał i czemuś nie kradnie, tylko dba o gminę, jak opowiadał mi 87-letni wilnianin, od 1945 roku mieszkający w Żytkiejmach… Ludzie stamtąd nie uciekają, jak z okolic Bań Mazurskich… Autobusów do Suwałk 6, do Gołdapi – 8 na dobę.
Pracuję do północy. Bilans: 3+4=7; 159+127=286; średnia po 33 dniach: 4h49′+3h51′=8h40′.

19.06.05, niedziela, Przerośl

Po długim śnie wstałem i na Mszę pojechałem do Ż. Dawno chciałem obejrzeć tę parafię – najbardziej wysunięta na północo-wschód wieś polskiej części dawnych Prus Wschodnich, przed wojną placówka niemieckiego wywiadu przygranicznego, po wojnie osobna gmina, ale od ostatnich kilkunastu lat bardzo zaniedbana – do gminy w Dubeninkach bodaj z 15 kilometrów, do powiatu w Gołdapi – ze 30, do województwa w Olsztynie – nie wiem, ale 150 na pewno. Za to do rosyjskiej granicy (Królewiecka obłast’) – 500 metrów od kościoła. Wschodni skraj Puszczy Rominckiej – o kilometr. Duszpasterstwo dobre, ambitnie młodzieżowe. Po Mszy przespacerowałem się po wiosce – i znalazłem coś, nad czym warto by też pomyśleć. Bardzo niszczejący dom, zrujnowane obejście, obok parę zadbanych gospodarstw sąsiedzkich, otoczenie nie najlepsze, ale też nie paskudne. Była obok miejscowa kobieta, zrobiłem wywiad. Sporo hektarów(?), kawałek lasu(?), gospodarze nie żyją, spadkobierczyni oddała gminie, był przetarg, bez rezultatu, może poszłoby za nieduży pieniądz, np. za zaległe wieloletnie podatki… Podnieciło mnie to, bo jako osoba na tym terenie już znana i sprawdzona, miałbym szansę kupić to może na raty… Remont rozłożyłoby się na troszkę, ziemia poszłaby w dzierżawę umowną prywatnie, dopłaty dałyby parę złotych, mieszkać można na razie w Przerośli, a po wyremontowaniu jedno z tych gospodarstw sprzedać z zyskiem, a w drugim mieszkać do śmierci… Coś mi się wydaje, że to byłaby jakaś idea realna finansowo i rozsądna. W najbliższych dniach dowiem się szczegółów – przede wszystkim, ile tam jest tej ziemi – i gdzie ona jest, bo nie przy domu, a pod lasem i przy miedzy, dzielącej mnie od Putina…
Bilans: 4+3=7; 156+123=279; średnia: 4h52′+3h49′=8h41′.


  • RSS