cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

30.07.05, Przerośl

Noc była krótka – spałem niecałe sześć godzin i czuję, że jeszcze bym trochę potrafił. Małgorzata już w domu w Warszawie, kąpie się i będzie odsypiać podróże, jeszcze nie wiadomo, kiedy tu przyjedzie. Newsy w „Rzeczpospolitej on line” niezbyt ciekawe, dominują dwa wątki – zamachy tu i tam oraz sport. Najdalej za dwie godziny jadę w kierunku Bań, po drodze postaram się obejrzeć jeszcze jeden dom, który podobno jest do kupna. I może pogadam z proboszczem z Żabina.
W tej chwili zadzwoniła Stasia Bag. Dziś w nocy zmarł Czesław Br. Dość niespodziewanie i bez związku bezpośredniego z chorobą nowotworową, raczej z wyczerpania upałami, na serce. Zmarł we śnie. Daj mu, Panie, wieczny odpoczynek w Twoim domu. Dobrze, że zdążyłem się z nim pojednać, gdy był w szpitalu – obaj możemy spoglądać w przeszłość bez niedobrych napięć… A był moim dokładnym rówieśnikiem – starszym o 19 dni. To dodaje pieprzu moim ambitnym projektom przyszłościowym… (…)
Wieczór. Paweł w Syrii, sms był z Aleppo. Wyprawa do Bań udana, obiekt nr2 mniej atrakcyjny od nr1, ale też do wzięcia pod uwagę. Po powrocie tu jeszcze krótka wizyta Marka, jutro mam być u nich na mszy świętej pod Szurpiłami. Pomysł „potomków Abrahama” rośnie i u mnie, i u Marka. Może naprawdę coś z tego wyniknie…
Bilans:5+8=13; 329+272=601; średnia: 4h30′+3h44′=8h14′.

29.07.05, Przerośl

Dzień pracy zaczął się wcześnie – o 8.25 byłem już po wszystkich czynnościach porannych łącznie z nakarmieniem zwierząt i siedziałem przy internetowych newsach. Watykan dość zdecydowanie zareagował na pretensję Izraela, że uprzednio papież nie potępił zamachów palestyńskich w Izraelu. Teraz odpowiedź Watykanu brzmiała: nie wszystkie zamachy palestyńskie zasługują na jednostronne potępienie, bowiem niektóre są wynikiem niesprawiedliwej polityki Izraela. Podoba mi się taka reakcja:”niech się wam nie wydaje, że automatycznie będziemy potępiać wszystko, co skierowane jest przeciwko waszej polityce – jesteśmy nie po stronie waszej, ale po stronie prawdy”. Ale echa światowe będą zapewne silne.
We wczorajszych rozmowach z Markiem znalazł się wątek porozumienia „dzieci Abrahama”. Coś mi się zdaje, że moje wcześniejsze kontakty ze Stefanem Wilk. nie przeszły tak zupełnie bez echa. W tej sytuacji warto wrócić w jakiś sposób do tej tematyki – studialnie i publicystycznie. Czy ta luźna idea ma przerodzić się w konkretny projekt, a projekt – w zadanie? I jak miałaby się ona do równocześnie kiełkującej idei przedsiębiorstwa „Drewienko”? Pytanie porażająco głupie, ale w jakimś sensie – rzeczywiste.
W B. nie ma bankomatu. Chłopakom zabrakło pieniędzy i zwrócili się o pożyczkę, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób wysyłają mnie do banku w Suwałkach, jako że moja karta jedzie teraz autokarem przez Turcję do Antiochii, spoczywając w kieszeni Pawła. Czasu jazdy jednak nie zmarnowałem, myśląc o sposobie ruszenia „Dzieci Abrahama” na spółkę z Markiem i jego kręgiem kontaktów.
Polska odwołała swojego ambasadora na Białorusi na konsultacje. Czy to dobrze taktycznie, nie wiem, ale strategicznie – na pewno w dobrym kierunku. ZPB za to pewnie zapłaci, ale lepsze to, niż tolerowanie łajdactw Łukaszenki bez żadnej reakcji. Wracam do szkicu nr2 – rano napisałem już przeszło stronę…
(…) Niedługo północ. Popracowałem sporo: 7+4=11; 324+264=588; średnia: 4h30′+3h40′=8h10′. Małgosia chyba już w Polsce, Paweł pewnie za Ankarą… Jutro jadę w rejon Bań.

28.07.05, Przerośl

Studenci dzwonili z B., z kontaktów są raczej zadowoleni, nie udała im się tylko rozmowa z tamtejszym, nieufnym, czy niechętnym proboszczem łacińskim, ale poza tym trafiają na ludzi traktujących ich z sympatią. Umówiliśmy się, że przyjadę tam w sobotę po południu.
W domu natomiast odwiedziny „Wędrówki” – blisko dwadzieścia osób leży na karimatach w chałupie, bo młyn jako miejsce noclegu został zdyskwalifikowany, jako że ptaszki obrobiły tam podłogę. Minęła ósma rano, wstała dotąd tylko jedyna poza Markiem starsza osoba – mama jednego z uczestników i zarazem szefowa całej grupy. Wczoraj późnym wieczorem ucięliśmy sobie ciekawą rozmówkę w parę osób. Jest to środowisko wyraźnie odmienne od towarzystwa naszych dzieci, socjalnie, ideologicznie i chyba kulturowo. Jeden z uczestników jest skądinąd moim studentem z IV roku historii. W sumie – bardzo ciekawe dla mnie spotkanie, nowe barwy w obrazie naszej inteligenckiej rzeczywistości.
W pracy studialnej – impas, przed oczami mgła. Książkę umiałbym pociągnąć, ale cykl artykułów ma inne reguły kompozycyjne – i tu mój materiał nie chce mi się na razie poddać. Zaraz, coś się kroi… Uciekam z blogu, może uda się ruszyć pisanie.
(…) Ruszyłem – napisałem dwa krótkie zdania – i zostałem oderwany od komputera, żeby wygłosić ex promptu maleńką pogadankę o tym, czym się zajmuję naukowo. Potem zresztą wywiązała się dość fajna rozmowa, głównie o tutejszym pograniczu etnicznym, kulturowym i jego perspektywach politycznych. Goście siedzieli tu do piętnastej trzydzieści, potem wyruszyli mimo deszczu, który właśnie zaczął padać i padał dwie godziny. Ich wakacyjny brak pośpiechu oczywiście wybił z rytmu pracy i mnie, ale rozmowy z Markiem i z panią Krystyną, kontynuowane przy kolejnych czynnościach, były dla mnie ważne. Chyba więcej otrzymałem, niż dałem.
(…) Kolejna rozmowa ze studentami z B.: mają pozytywne informacje o integracji polsko-ukraińskiej od nauczycielki ze szkoły. Cieszę się, że ich tam wysłałem, bo mnie samego wciąga klimat stosunków międzyludzkich tej skomplikowanej gminy. A oni robią wrażenie autentycznie zainteresowanych swoją pracą.

Dzwoniłem do Małgorzaty, z Pawłem wymieniliśmy smsy, wygląda, że wszystko w porządku, Konstantynopol „zaliczony”, jutro chłopcy wyruszają przez całą Turcję w kierunku Syrii. To znakomita rzecz, chociaż z drugiej strony boję się, jak cholera – Paweł ma 18, a Antek – 18 i pół roku… Szczeniaki kompletne, zwiedzać świat im się zachciało… Ale jeśli wrócą cali i zdrowi, a po drodze nie porobią za wielkich głupstw, to takie doświadczenie będzie im procentować na całe życie. Panie Boże, dopomóż, pobłogosław, a jakbyś tak im jeszcze pokazał coś naprawdę wartościowego, co by ich do czegoś zainspirowało na potem, to byłoby cudownie…
Jutro dzień zupełnie pusty, jeśli udałoby się pociągnąć energicznie pisanie – niby już wiem, jak – to efekty tej lipcowej Przerośli byłyby w sumie niezłe. A teraz już chyba fajrant! Bilans, głównie dzięki wczorajszej i dzisiejszej „Wędrówce”, bardzo dobry – po 71 dniach: 317+260=577, średnia: 4h28′+3h40′=8h08′.

27.07.05, Przerośl

Paweł dobija do Turcji, Małgosia będzie tu pewnie w niedzielę. Łączność sms-owa się uporządkowała. Dziś pod wieczór ma tu dotrzeć na nocleg we młynie „Wędrówka” – dzwonił wczoraj w tej sprawie Marek P. Z rozmowy z redakcją wynikło, że mój tekst dostał ostatecznie Ros., a z drugiego jestem zwolniony. W tej sytuacji przestawiam się na historię i przystępuję do pisania szkicu numer 2. Przedtem jednak, dla podkreślenia wagi tej metamorfozy twórczej, położę się pospać.

26.07.05, Przerośl

Wyprawa do Bań i okolic trwała osiem i pół godziny. Chyba była udana. Wójt, na pierwszy rzut oka sympatyczny i kulturalny, potraktował mnie bardzo uprzejmie, a dla chłopców wynegocjował zniżkę stawki za noclegi w czymś w rodzaju motelu. Podświadomie traktowałem jako przyszłego partnera w mojej akcji ożywiania tamtej gminy, a odniosłem wrażenie, że i on chciał inwestować w naszą znajomość. Chłopcy nauczą się tam dużo i jeśli sami szansy nie zmarnują, praktyka będzie udana. Chciałbym ich odwiedzić w sobotę (dni ukraińskie w Baniach!). Potem objechałem Ściborki, Jezierzyny, Widgiry i zajechałem do X. Ten ostatni punkt okazał się płodny. Znalazłem obiekt wart uwagi – i zdaje się, że wiem, gdzie szukać właścicielki i jak z nią gadać. Jeśli informacje mieszkańców prawidłowe, cena dość niska, stary murowany domek do dużego remontu i adaptacji. Działka typu stary sad na pochyłości, poza tym 6ha roli. Duży las o ćwierć kilometra, jezioro w lesie – 2km.
Dostałem sms od Pawła, są we wschodniej Bułgarii, 350 km przed Stambułem. Spokojnie pójdę na spacer z Fajeczką. Jestem rad.
Zrobił się wieczór. Do poprzedniego tematu mogę dodać, że od wójta pożyczyłem opracowanie sprzed sześciu lat na temat sytuacji ludnościowej, gospodarczej, socjalnej i ewentualnych szans rozwojowych gminy. Dobrze, że takie dokumenty istnieją, szkoda, że nikt ich poza lokalną władzą nie czyta i nie analizuje. Obraz umiarkowanie negatywny. Wynika z niego natomiast, że mój pomysł zakładu wytwórczości z drewna powinien okazać się tam właśnie realny i powinien zyskać zwolenników w samej gminie: nie mają dotąd żadnego, choćby małego, przemysłu, a zakłady produkcyjne reprezentują dwie ubojnie… A fakt, że w gminie jest wielka liczba ludzi w wieku przedemerytalnym, pozwoli zatrudnić dużą ekipę chałupników, co znakomicie ułatwi organizację produkcji i zmniejszy jej koszta.
Jedno jest pewne: zupełnie zasadnicza jest tu waga aspektu artystycznego wykonywanych przedmiotów. Jeżeli Małgorzata zechce w to wejść, można będzie zorganizować coś sensownego środowiskowo, kulturalnie, a nawet religijnie, bo drewniana sztuka religijna znakomicie się tu mieści, a spotkanie wątków ukraińskich, mazowieckich i pruskich nadałoby temu zupełnie specyficzny smak.
Dziś bardzo pracowity dzień: 6+6=12; 313+244=557; średnia po 69 dniach: 4h32′+3h32′=8h04′.

25.07.05, Przerośl

Jak zwykle, tak i teraz okazało się, że wszystko jest inaczej, niż miało być. Rano jakaś katastrofa kolejowa w Warszawie spowodowała kolosalne opóźnienie odjazdu pociągu do Suwałk. W efekcie chłopaków nie ma dotąd (jest piąta, mieli być o drugiej). Ja tymczasem ostrym rzutem na taśmę w południe skończyłem zasadniczy tekst o 25-leciu „S”. Zadzwonił w tym momencie Maciej Rosalak, poprosiłem go, by ustalili z Gottesmanem, który z nich to bierze (wysłałem kopie do obu) i by zadzwonili, czy mam pisać tekst drugi, który będzie na pewno – jako drugi napar z tejże esencji – gorszy od pierwszego. Jak dotąd, nie zadzwonili, więc nie muszę zaczynać kolejnej redakcji (do zrobienia na piątek). (…) Chłopcy przyjechali, trwa zapoznawanie się z sytuacją, domem, namiotem i mapą gminy Banie. Jutro rano ich tam odwożę i mam z nimi spokój do niedzieli. Są zresztą fajni i kulturalni, tyle, że takie kontakty – miłe, bo odformalizowane – to pożeracz czasu. Teraz poszli nad jezioro Boczne na wieczorną kąpiel. Okey. Małgosi pod komórką nie ma, a Paweł przysyła sms-y znacznie później (jest dziewiąta), więc kontaktu z rodziną jeszcze nie ma. Z Małgosią udało mi się połączyć, u niej wszystko w porządku.
Do pisania wrócę najwcześniej jutro wieczorem, a raczej – w środę rano. Mogę więc chwilę jeszcze poporządkować myśli: jutro trzeba zbadać reakcję panów Gott. i Ros. na mój tekst. Gdyby okazało się, że nie muszę więcej pisać o „pannie S.”, to mógłbym już skoncentrować się na sprawach książki – kolejny esej powinien być napisany w ciągu tygodnia, a najpóźniej – 10 dni. Jest to do zrobienia, jeśli nie zdarzą się żadne nowe ciekawostki. A tymczasem – spać! Bilans: 0+10=10; 307+238=545; średnia po 68 dniach: 4h31′+3h30′=8h01′.

24.07.05, niedziela, Przerośl

Z Małgosią miałem kontakt sms-owy wczoraj wieczorem, ale i ona nie miała nowych wiadomości od Pawła, a jego komórka odpowiada, że abonent jest czasowo niedostępny, wysłałem sms – i jadę na mszę do Żytkiejm. (…) Godzina 15.20, Małgosia miała kontakt z Pawłem w nocy, był wtedy w Rumunii, wszystko okey.
O kwestii „żabińskiej” myślę dziś spokojniej i konkretniej. Celem działania byłaby poprawa sytuacji ludności tamtego mini-regionu pod względem materialnym, stabilizacyjnym, socjalnym,kulturalnym i moralnym. Punktem wyjścia byłoby zapewnienia ludziom pracy na miejscu i ich aktywizacja życiowa.
Pytanie 1: czy są tam ludzie gotowi do podjęcia pracy (liczba, wiek, płeć, kwalifikacje, oczekiwania materialne)? 2) jakim warsztatem ewentualnej pracy dysponują (ziemia, narzędzia, maszyny, inwentarz, transport)? 3) jaki produkt pracy wydaje się możliwy do osiągnięcia w warunkach lokalnych? 4) jakie można przewidzieć warunki korzystnego zbytu takiego produktu – lokalnie i gdzie indziej? 5) ile kosztowałoby skompletowanie potrzebnego warsztatu? 6) ilu i jak wykwalifikowanych fachowców trzeba by zatrudnić poza ludnością miejscową? 7) jak mógłby kształtować maksymalny, a jak minimalny zysk takiego przedsiębiorstwa? 8) jak należałoby w tych warunkach optymalnie zaprojektować taki zakład ( inicjatywa prywatna, spółka, spółdzielnia )? 9) jak duży kredyt byłby niezbędny do podjęcia takiej działalności? 10) gdzie takiego kredytu szukać?
Wbrew pozorom podejrzewam, że najtrudniejsze nie jest wcale pytanie ostatnie. Klucz całej sprawy leży w znalezieniu pomysłu na produkt – łatwy w produkcji właśnie tam i atrakcyjny w zbycie wszędzie indziej. Na pewno nie należy pakować się w wyjątkowo trudny do zdobycia wszystkich atestów przemysł żywnościowy. Nie ma też sensu produkcja odzieży, skoro rynek zawalony jest ciuchami używanymi za pół darmo. Do przemyślenia byłaby branża budowlana, bo budownictwo domków jednorodzinnych długo jeszcze będzie w modzie, zwłaszcza w tym regionie kraju… Począwszy od tartaku, przez produkcję mebli drewnianych, trzcinowych, kamieniarstwo budowlane – itd, itp… O surowiec łatwo. Warsztat nie wymaga rzeczy wymyślnych. Temat modnie ekologiczny. Duże możliwości wykorzystania pasji artystycznych Małgorzaty. Łatwe przyuczenie do zawodu pracowników niewykwalifikowanych. Dużą rolę mieć będzie reklama produktu w kręgach inteligencji – można otoczyć takie przedsięwzięcie sympatią środowiska i wypromować całą inicjatywę i jej region.
Cały dzień myślałem nad tą sprawą i nie skończyłem artykułu, to błąd. Ale może to będzie miało jakiś dalszy ciąg?… W każdym razie ewentualna przeprowadzka byłaby jednym z ostatnich posunięć, dopiero wtedy, gdyby okazało się, że rzecz naprawdę ruszyła. Dobrze, na razie koniec o tym. Jutro obłędna robota, pojutrze też. A dziś było 6 godzin pracy, reszta poszła na rozkurz… Po 67 dniach 307+228=535; średnia: 4h35′+3h24′=7h59′.

23.07.05, Przerośl

Wszyscy bujają gdzieś w świecie, jestem sam, więc szybciutko znalazłem pretekst zawodowy do wędrówki po Mazurach Garbatych, które Małgosi już się zaczęły nudzić. Pojechałem przygotować tam kontakty moim studentom i lepiej poznać teren. Kontakt zorganizowałem raptem jeden, ale – jak się wydaje – świetny. Odwiedziłem proboszcza w Żabinie, który ma pod opieką znaleziony przeze mnie wcześniej przygraniczny teren wyludniony na północ od Bani. Gość zrobił na mnie ciekawe wrażenie i czuję, że będzie to trwała znajomość, na której oprę nie tylko praktykę studentów. Dość młody, otwarty na problematykę społeczną i kulturalną, z pochodzenia Warmiak, świadomy znaczenia tej tradycji rodzinnej.
Przy okazji oczywiście rozglądałem się w terenie, badając parę wiosek pod kątem zaniedbanych domów w interesujących miejscach. Znalazłem jeden obiekt wart uwagi, chyba do kupna od Agencji Rolnej za małą cenę i pogadałem z sąsiadką, która trzy tygodnie temu została wdową. Mąż był dokładnie w moim wieku, zachorował i umarł. Dom – ten do kupna – stary, mazurski, zniszczony i w znacznym stopniu rozkradziony, należy doń 6,5 ha od dawna nie uprawianej ziemi. Położony przy czwartorzędnej szosie, przy przystanku autobusu (dwa razy na dobę w dni nauki szkolnej). Lokalizacja marna, natomiast cena chyba niska, okolica bardzo dobra – las, jeziorko w odległości maksimum 2 kilometrów, do powiatu tylko 13 km, ogromne możliwości szybkiej zmiany jakości obiektu – dom zbudowany mocno, miejsce na śliczny ogród, działka zadrzewiona, stara – i bliskie sąsiedztwo tamtej kobiety, która chciałaby mieć ludzi blisko siebie. O kilometr stamtąd przeprowadziłem krótki wywiad środowiskowy ze starą mieszkanką zamożnie wyglądającej kolonii popegeerowskiej, obecnie zupełnie bezrobotnej, gdzie ludzie żyją z emerytur, zasiłków i przydomowych ogródków. Wydaje się, że ten świat można byłoby jeszcze obudzić, dając tym ludziom pracę. Obecnie najmują się do koszenia siana w okolicy. Cholera, to jest zadanie dla społecznika z gatunku tych zajmujących się bezdomnymi z Dworca Centralnego, tylko wyczulonego na problematykę wiejską. I nie bojącego się życia zdala od wielkiego świata. Trochę mnie to swędzi – 28 lat temu skoczyłem na głęboką wodę – i jakoś nie utonąłem. Potem – 25 lat temu też, 23 lata temu – po raz kolejny… Czy naprawdę już jesteśmy za starzy na życie sensowne? A żeby jeszcze bardziej zgrzytało w wątpiach, to siedząc tam, można równie dobrze zajmować się historią Europy Wschodniej, jak z Przerośli. Nie byłaby to wielka rewolucja, tylko energochłonny i materialnie ryzykowny (choć może nawet całkiem opłacalny) manewr strategiczny pod koniec życia. A gra byłaby duża – i dla Małgorzaty chyba naprawdę dopasowana do jej szczególnych zdolności działania… Trzeba będzie jeszcze poważnie o tym pogadać, bo jest w tym jakiś realny sens i szansa.
Poza tym, obejrzałem powierzchownie świetnie położoną wioskę w odległości 4 km od Żabina, gdzie mignęły mi ze dwa obejścia mocno zapuszczone. Trzeba będzie popytać księdza, czy nie wie o czymś atrakcyjnym na terenie swojej parafii. Będę się z nim widział przecież w najbliższym tygodniu…
Sądzę więc, że tych sześciu godzin i trzydziestu złotych za benzynę nie zmarnowałem bez sensu. A moja ukochana rodzina jakoś się nie odzywa – nie mam sygnałów ani od Pawła, ani od Małgosi…

22.07.05, Przerośl

W Warszawie Paweł już wyruszył w drogę, a Małgosia pakuje się, bo wyjeżdża wieczorem. Ja tymczasem odrobiłem tutejsze zajęcia techniczno-domowe i przyglądam się komputerowi, ale do roboty się nie rwę. Za oknem raz deszcz, raz słońce, więc senność znajduje wygodny pretekst, studenci przyjadą nie jutro, tylko w poniedziałek, co poprawia mój bilans czasu – w sumie mogę sobie pozwolić na godzinę nieróbstwa. (…) Tych godzin okazało się parę. Za to potem przysiadłem do roboty i artykuł podepchnąłem zasadniczo: brakuje tylko części ostatniej, już napisanej w punktach, ale nie zredagowanej. To już mogę zostawić na jutro. Małgosia jedzie do Wiednia, Paweł trzy godziny temu docierał autostopem do granicy czeskiej, liczył, że ją jeszcze dziś przekroczy. Marynię stuknęli niezbyt dotkliwie w tył samochodu w Płońsku, już chyba dotarła do domu, ale dzwonić do niej nie chcę, bo północ blisko.
Kilka dni temu kupiłem w Suwałkach książkę Hermanna Hesse „Podróż na Wschód”. Autor fascynuje mnie od czasu „Gry szklanych paciorków”, jego sposób pisania jest męczący, irytujący – i budzi niesłychane bogactwo skojarzeń. Pamiętam, jak trzydzieści lub więcej lat temu zwracał mi na jego książki uwagę Adam Stanowski, mówiąc, że to najciekawsze literackie obrazy masonerii w jej filozoficznym wymiarze. Dziś uderza mnie coś innego: wizja kultury europejskiej, zachodniej, a równocześnie tak bardzo germańskiej. Takiej książki nie mógłby napisać ani Francuz, ani Polak, a tym bardziej ktokolwiek czujący w sobie jakikolwiek związek z tradycją prawosławną. Mógłby może Włoch czy Hiszpan, choć nie jestem tego pewien. Mógłby Czech. To tradycja cesarstwa zachodniego, na którą ja patrzę, jak by nie było, z boku. Niby nieważna ta lektura, ale coś mi niejasno sugeruje na temat historycznej tożsamości Europy, która dotąd jawiła mi się przede wszystkim za pośrednictwem Francji. Dziś jestem za stary na nowe studia, ale chętnie poznałbym kulturę germańską, będącą nie docenianym w Polsce – ze zrozumiałych względów emocji politycznych – źródłem inspirującym duchowość europejską.
Bilans: wczoraj: 5+2=7, dziś 5+4=9; po 65 dniach 299+220=519; średnia: 4h36′+3h23′=7h59′.

21.07.05, Przerośl

Wczorajsze wizyty Joanny i państwa W. wciąż dają mi do myślenia. Przybysze z kultury miejskiej, jesteśmy tu sobie jakoś użyteczni psychicznie, niemalże potrzebni, bo odnajdujemy w sobie cechy wspólne i stajemy wobec podobnych pytań. Mieszkamy o dwadzieścia kilometrów jedni od drugich, ale czujemy się sąsiadami. Jest w tym zalążek więzi, być może nie tylko towarzyskiej. (…)
W wieku 97 lat zmarł dziś Stanisław Stomma. Ostatni ze starców dawnego „Znaku”, człowiek dużego formatu. Na pewno nie zawsze miał rację, ale dobrego zrobił bardzo dużo. Daj mu, Boże, miejsce ze starymi przyjaciółmi w Twoim domu…
Jutro Małgosia jedzie do Austrii, a Paweł do Turcji i Syrii. Znów będę się o niego bał…


  • RSS