cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

19.08.05,Głody

Pogrzeb Maćka dopiero we wtorek po południu. Po rozważeniu wszystkich okoliczności pojadę do Warszawy nie jutro rano, ale właśnie we wtorek. Po pogrzebie wrócę tu i w środę odwiozę Małgosię z Fajką do Przerośli, a sam zacznę przesuwać się w kierunku Szczecina, gdzie w sobotę mam pierwszy odczyt. Tak więc przyszły tydzień będzie bardzo szoferski. Ciekaw jestem, co na to Sukcesik – chcę mu zaaplikować około półtora tysiąca kilometrów w ciągu półtora tygodnia i nie jestem nastawiony na żadne naprawy, na które nie będę miał ani czasu, ani pieniędzy.
Penetracja wysp na Bugu przesunęła się na jutro, dziś natomiast rano zadzwoniłem do pana Jarosława Us. i w południe odwiedziliśmy go w Brańsku. Trochę rozmawialiśmy o tamtejszej okolicy, jej układach wyznaniowo-narodowościowych i aktualnej sytuacji kulturalnej i gospodarczej. Pan Jarosław należy do lokalnej elity kulturalno-oświatowej i publicystycznej i jest typem człowieka wielostronnie aktywnego, cieszę się z tej znajomości. Podejrzewam, że doktorat okaże się bardzo ciekawy i że będzie zrobiony dynamicznie.
A pod wieczór już tu na miejscu Małgosia wypatrzyła bardzo ładną nadbużańską działkę w typie naturalnego siedliska. Z wstępnej rozmowy z panem Gienkiem Br. wynika, że jest ona do kupienia. Mamy się tam jutro po południu razem przespacerować. Miejsce jest bardzo urodziwe, mogą być trudności z jego odrolnieniem, poza tym wszystko trzeba by tam doprowadzać, począwszy od elektryczności, poprzez inne media. Niemniej jako lokata kapitału byłoby na dłuższą metę bardzo opłacalne. Nie mamy wprawdzie tego kapitału do lokowania, ale rzecz warto zbadać. Ma to oczywiście aspekt demoralizujący, skłaniający do myśli o porzuceniu Suwalszczyzny i Mazur i do powrotu w okolicę dwa razy bliższą od Warszawy, a więc wygodniejszą do mieszkania na stałe, ale na pewno bardziej emerycką i mniej ambitną od tamtego regionu.
Myślałem trochę o tej tutejszej tożsamości. Bardzo ważnym jest stopień uświadomienia sobie tradycji historycznych regionu. Tu jest chyba tego więcej, niż na Suwalszczyźnie, tradycje sięgają czasów carskich, unickich i są mocno uwydatnione w tutejszych kościołach. Dzisiejszy rozmówca bardzo dobrze mówił o tutejszym biskupie, którego pamiętam sprzed 45 lat z KUL-u, ale który podobno ma awansować i pozostawić tutejszą mikroskopijną diecezję.
W sumie cieszę się bardzo, że los rzucił nas teraz znów tutaj – przyjemnie tu i ciekawie.

18.08.05, Głody

Wczorajsza lektura książki Pokrowskiego „Kavkazskije vojny i imamat Szamila” (napisanej w 1934 roku, a opublikowanej w 2000-nym!) uświadomiła mi nie brany
dotąd pod uwagę aspekt imperialistycznego zaboru. Imperialista zniewala, a równocześnie upodabnia zniewolony kraj do własnego, przede wszystkim cywilizacyjnie, ale także kulturowo. W pewnych przypadkach hamuje procesy rozwojowe (” nada ogłupit’ Polszu do urovnia Rossiji…”, jak brzmiała formuła cara Mikołaja I), w innych – wykrzywia, ale czasem – przyśpiesza. Wtedy walka o wyzwolenie spod imperializmu okazuje się konserwatywnym oporem przeciwko nowej cywilizacji i toczy się w zupełnie innej atmosferze ideowej. O tym warto będzie napisać.
Dziś rano szukałem „Rzeczpospolitej”, by dowiedzieć się, kiedy pogrzeb Maćka. Gazety nie dostałem w Ciechanowcu, była dopiero w Siemiatyczach. O pogrzebie ani słowa, natomiast była informacja, że w sobotę o 10 rano będzie msza św. za jego duszę w duszpasterstwie środowisk twórczych na Placu Teatralnym. Postanowiłem pojechać właśnie wtedy, to ważniejsze, niż pogrzeb – i bardziej jednoznaczne.
Jeździliśmy dziś sporo po okolicy, porównując tutejszą wieś z naszą, suwalską i z mazurską. Na pierwszy rzut oka każda wydaje się inna. Suwalszczyzna jest chyba zamożniejsza i cywilizacyjnie bardziej zaawansowana, budownictwa drewnianego ma znacznie mniej, niż tu. Tutaj większy spokój, mniej turystów i urlopowiczów z Warszawy. Wydaje się natomiast, że tożsamość regionalna jest tu jakoś silniejsza. Jeszcze nie umiem precyzyjnie określić tej ostatniej różnicy, wyczuwam ją raczej intuicyjnie, ale spróbuję się temu przyjrzeć dokładniej.
Kąpałem się dziś w niezbyt czystym Bugu. Woda bez porównania cieplejsza, niż w naszych jeziorach. Jutro pójdę nad rzekę bez hiper-troskliwej Fajki, co pozwoli mi na penetrację łęgu między nadbużem od strony Leśników i od Głodów. Bywałem tam dwa czy trzy razy 27 lat temu, wtedy była to wyspa zupełnie pusta, po bokach zarośnięta, a w centralnej części stanowiąca niewielką piaszczystą i bezludną plażę – idealne miejsce do rozrywek erotycznych, a w każdym razie do opalania się na golasa. Ciekawe, czy zachowała ten charakter mimo przemian ustrojowych i biegu historii…

17.08.05, Głody

Na trzy godziny przed wyjazdem wpadłem wczoraj na pomysł, jak uratować jednocześnie i urlop, i uczestnictwo w pogrzebie Maćka. Ku radości Małgosi z morza na razie zrezygnowałem i przyjechaliśmy „na stare śmiecie”, czyli do Głodów. Cisza, leniwie płynący Bug, dawni sąsiedzi, a raczej już ich dzieci – i świadomość, że Warszawa jest o dwie godziny z hakiem drogi stąd. Wieczorem byliśmy na kolacji u państwa Brusiów. On, siedemdziesięcioletni i zupełnie nie do zdarcia, taki sam, jak 27 lat temu, kiedy się poznaliśmy, ona – po zeszłorocznej operacji serca doszła mniej więcej do siebie i też jest w dobrej formie. Wspominaliśmy dawne czasy i to uświadomiło mi, jak wiele z tamtej atmosfery burzy i naporu odbiło się w naszej obecności właśnie tu: w tutejszej ciszy odreagowywaliśmy ówczesne warszawskie napięcia i szykowaliśmy się do nowych starć. I taki obraz naszej rodziny utrwalił się, mam wrażenie, u naszych tutejszych przyjaciół. Dobrze, że tu teraz znów przyjechaliśmy.
Siedzę przed domem przy pięknym kamiennym stole pod akacjami, za chwilę zabiorę się do roboty przygotowawczej przed szkicem numer trzy, Małgosia urządza nasze gospodarstwo i wybiera się z Fajką na grzyby. Dzwoniła Marynia, dzwoniła Dorotea, dzwonił Paweł, nie odezwali się tylko Ania z Pierrem, ale i tak stopień poinformowania o aktualnej sytuacji rodziny jest wysoki, a nam jest tu po prostu bardzo dobrze. Dzwonił też Andrzej Pukszto – jestem zaproszony z wykładem na 9 -11 listopada na Uniwersytet Kowieński, co bardzo mnie cieszy, bo tam właśnie mam ochotę nawiązać możliwie najściślejsze kontakty naukowe.

15.08.05, Wniebowzięcie NMP, Przerośl

Maciek zmarł dziś po południu. Wszyscy spodziewaliśmy się tego z dnia na dzień, ale smutno bardzo. Małgorzata utwierdziła mnie w przekonaniu, że na pogrzeb powinienem stawić się w Warszawie, mimo, że to rozwala zupełnie wymarzony od dawna i wreszcie zdecydowany urlop nad morzem. Daty pogrzebu jeszcze nie znamy, więc niczego nie możemy zaplanować. Będzie, jak będzie. Z Przerośli wyjeżdżamy w każdym razie jutro rano.

14.08.05, Przerośl

Dwa tygodnie życia w trzypokoleniowej i dziesięcioosobowej rodzinie minęły szybko, jutro rano rozjeżdżamy się w różne strony, a w Przerośli zostają Piotrowie z dziećmi i może z Małgosią, która w ostatniej chwili zakwestionowała swój udział w wyprawie ze mną nad morze. Z mojego wyliczenia wynika, że wyprawa ta ma szansę być tańsza i łatwiejsza do realizacji, niż kiedykolwiek, bo okoliczność, że mam ją połączyć z dwoma wykładami – 27.08 w Szczecinie i 29.08 w Gdańsku – eliminuje nam koszty podróży. Małgorzata nie lubi morza, więc nie naciskam na jej udział, ale sam chcę pojechać w każdym razie. Pogoda jest marna, ale marzą mi się długie kilometry marszu plażą, szum fal, wiatr i pustka, od czasu do czasu jakieś anonimowe postacie ludzi nie określonych żadną elegancją i do niczego nie zobowiązujących, nie powodujących żadnych napięć. I luksus milczenia, które w tamtych krajobrazach będzie wyjątkowo nasycone treścią i wspomnieniami z lat młodych. (…) Z dalszych rozmów wynika, że chyba pojedziemy razem z Małgorzatą, która po trochu przyzwyczaja się do myśli o wyjeździe. Dzwoniłem do Smołdzińskiego Lasu, gdzie mieszkałem w domkach campingowych trzy, czy cztery lata temu z Pawłem, w sympatycznym prymitywie. Domek kosztuje tam 15 zł od łebka, miejsce w pokoju – 25zł. Myślę, że na dziesięć dni takiej imprezy możemy sobie pozwolić. Jeśli samochód nie zrobi nam jakiegoś kawału, powinno nam wypaść tanio. Pojedziemy tam pojutrze rano, Małgosia wróci do Przerośli 27.08, by zluzować Piotrów, ja – albo 30.08, albo nawet troszkę później.

11.08.05, Przerośl

Maciek jeszcze żyje. Nieprzytomny jest już ponad tydzień. Nie cierpi – i to jedyna pociecha. Straszne dni przeżywają jego najbliżsi, zwłaszcza żona.

U nas trwa rodzinna sielanka. Uciążliwe są okresy deszczowe, kiedy wszyscy siedzimy sobie na głowach, ale szczęśliwie pogoda się nieco poprawiła i trochę szwendać się można. A niektóre momenty, jak na przykład wczorajszy grill ku czci urodzin Emilki, są bardzo miłe. Na grillu pojawiła się także Ryan, bardzo było fajnie spotkać się w tej sytuacji, zaprzyjaźniać z nią zaczęła się Ania – dotąd znały się tylko z bloga, i bodaj za pośrednictwem naszych linków… Paweł był tu dwa dni, za chwilę odjeżdża. Pokazywał swoje zdjęcia z wyprawy turecko-syryjskiej – i w ogóle było nam fajnie. Za kilka dni jedzie do pracy do Anglii, spóźni się w związku z tym o blisko dwa tygodnie do szkoły, ale zarobi nieźle, potrenuje angielski i zobaczy bardzo specyficzny Zachód, inny od kontynentalnej Europy. Chyba to dobry wybór, ale tak naprawdę – to „okaże się w praniu”.
Mimo wszystko udaje mi się po parę godzin dziennie popracować i refleksja nad kolejnym szkicem narasta. Po Walickim przyszła kolej na ukraińską historię, wydaną w 1987 roku na emigracji – Petra Gołubenko (pseud.): Ukraina i Rosja u svitli kulturnych wzajemyn. New York-Paryż-Toronto 1987. Dobrze jest popatrzeć na ten sam problem z innej strony. W kolejce leży zdobyta w Dagestanie książka Nikołaja Iljicza Pokrovskiego: Kavkazskije wojny i imamat Szamila. Moskwa 2000. Ciekawe to rzeczy, ale przygnębiające i wpędzające w rusofobię: imperializm rosyjski na wszystkich granicach funkcjonował podobnie i przejawiał cechy specyficznego stylu: żandarmska przemoc, a potem aktywny i długotrwały Kulturkampf i prześladowanie religijne. Interesujące jest porównanie aktywności w służbie imperium ze strony czterech podmiotów: carskiej władzy, Cerkwi prawosławnej, inteligencji kulturotwórczej i prostego ludu. Jeśli uda mi się to omówić zarówno wnikliwie, jak i ciekawie dla czytelnika, to szkic może być naprawdę niezły. Ale proste to nie będzie.
Bilans po 82 dniach: 374+281=655; średnia: 4h34′+3h26′= 8h.

9.08.05, Przerośl

W związku ze sprawami moich szkiców zadzwoniłem do Maćka Ł. na komórkę. Odebrała żona. Z łkaniem powiedziała mi, że Maciek umiera w szpitalu. Dzwoniąc do redakcji dowiedziałem się szczegółów. Nagłe pogorszenie przyszło pod koniec lipca, od pierwszego sierpnia jest w Krakowie, od pięciu dni nieprzytomny, lekarze opuścili już ręce, przerzuty wszędzie. Czekają na zgon. Biedny, kochany Maciek! Mało miałem ludzi tak do końca życzliwych i pomocnych. I takich przyzwoitych, dobrych Polaków. Rocznik 1941 – dwa lata młodszy ode mnie. Jak smutno…
W „Plusie-Minusie” jakieś duże zmiany. W trybie nagłym odszedł z redakcji pan Tomasz Sobiecki – nie wiem, co się za tym kryje. Plusa-Minusa prowadzi – jako zastępca kier.działu – człowiek w redakcji nowy, pan Łukasz Małachowski, z którym bardzo uprzejmie porozmawialiśmy przez telefon. Nie wiem, jaką redakcją będzie teraz „Rzeczpospolita”. Moje pokolenie już stamtąd odeszło niemal zupełnie. Jest to moment do zadania sobie jakichś pytań o własne uczestnictwo – i to nie tylko w piśmie, ale w ogóle w życiu publicznym. Jeśli w nim pozostawać – to po coś. Krąg ludzi, którzy cokolwiek pamiętają sprzed 1956 roku, kurczy się coraz bardziej. Do czego konkretnie jesteśmy jeszcze dzisiejszemu światu potrzebni, a co należy już sobie odpuścić? Nie chodzi tu o żadne przygotowywanie się do własnego pogrzebu, wprost przeciwnie – o znalezienie formuły zaangażowania, ale formuły adekwatnej do okoliczności i do czasu – historycznego i własnego – biologicznego.
Wczoraj i dziś rano był tu Dominik Sikor. Mówiliśmy ze sobą sporo – i było to dobre. Świetnie też wkomponował się w towarzystwo Pierrów i Piotrów. A dziś
wieczorem przyjeżdża tu Paweł. Cieszę się na te rozmowy, które tu sobie odprawimy…

7.08.05, niedziela, Przerośl

Dziś w Przerośli przeniesiony na niedzielę wczorajszy odpust. Do bardzo wielu domów pozjeżdżała rodzina i przyjaciele w odwiedziny. W sklepach wykupiono całą żywność, bo odpustowych gości przyjmuje się wystawnie. Na rynku wystawiona trybuna ze sceną – wieczorem odbędzie się festyn i co najmniej do drugiej – trzeciej w nocy w promieniu kilku kilometrów słychać będzie muzykę. W Warszawie nie podejrzewa się, że świętowanie parafialnych świąt patronalnych, czyli odpustów, nie tylko trwa współcześnie, ale że znalazło nowe formy wyrazu, że jest doroczną publiczną prezentacją najnowszej muzyki ściągniętej ze świata przy pomocy współczesnego sprzętu informatycznego – i że jest najważniejszym, a może i jedynym w roku, świętem przede wszystkim MŁODZIEŻY, zachwyconej, że tego dnia nikt się nie czepia głośnej muzyki i ulicznych zabaw! Piwa i wódki wypije się dziś w Przerośli niestety dużo, po południu lepiej nie wyjeżdżać z domu samochodem, bo mogą być wypadki z pieszymi pijakami, jutro do południa cała parafia będzie senna i zmęczona życiem. W sumie jednak ta lokalna uroczystość nie jest zła, choćby dlatego, że uczy świętowania razem z sąsiadami i wiąże kulturę światową z własnym miejscem zamieszkania. Dziś Przerośl jest ważniejsza, niż inne miejscowości. Religijny sens święta patronalnego jest tu oczywiście zmarginalizowany, ale staranny duszpasterz potrafi też swoje trzy grosze w tę uroczystość wtrącić.
Sami z Małgosią w odpuście nie uczestniczyliśmy. Na mszę świętą pojechaliśmy do Żytkiejm. Msza odpustowa ma dla nas mimo wszystko charakter zbyt ludyczny, osobiście nie umiem jej przeżyć religijnie.
Marynia wieczorem wyjechała do Warszawy, zostawiając nam na tydzień Jaśka. Do domu zajedzie dobrze po północy. Natomiast mniej więcej teraz przyjeżdża do domu na Rakowiecką Paweł. Dzwonił z pociągu już w Polsce. Możliwe, że w tym tygodniu wpadnie do Przerośli – przed wyjazdem do Anglii. W tej chwili zadzwonił już z domu. Udało się, wrócił cały. Bogu niech będą dzięki!
Dalsza lektura Walickiego okazała się bardzo pożywna – uporządkowała mi mapę napięć antykatolickich i prokatolickich w Rosji przed pierwszą wojną. Niezależnie od kwestii imperium, dla której znalazłem dużo ważnych informacji, potwierdziło to moją intuicję o rosyjskich źródłach dwudziestowiecznego ekumenizmu prawosławno-katolickiego.Teraz to już nie jest intuicja, ale konkretna wiedza.
Bilans: 358+279=637, średnia po 79 dniach: 4h32′+3h32′=8h04′.

6.08.05, Przerośl

Wczoraj wieczorem przyjechała tu Dorotea z Władkiem, dziś po południu powinien dotrzeć Piotr, a wieczorem – Marynia z Jasiem. Jeśli się nic nie zmieni, będziemy tu mieli całą niemal rodzinę. Paweł w sms-ie z Bułgarii sygnalizował plan jazdy nie przez Rumunię, a przez Serbię. Do Polski wrócić powinien za jakieś trzy-cztery dni. Szkoda, że nie przewiduje przyjazdu tu do nas przed wyjazdem do pracy w Anglii.
Wczoraj, dość przypadkowo i dzięki Małgosi, kupiłem książkę Andrzeja Walickiego „Rosja, katolicyzm i sprawa polska”. Muszę przyznać, że jego studia są znakomite, warto uczyć się Rosji od niego.

(…) Wszyscy zapowiedzeni goście są już na miejscu, a że leje deszcz, kłębią się w chałupie i zabudowaniach gospodarczych. Jak zawsze, najaktywniejszy w pomocy jest Pierre, zawsze mówiłem, że to najlepsze z naszych dzieci, pewnie dlatego, że rodowity Francuz i geny ma jakieś lepsze, nie słowiańskie.

Przesiedziałem dziś przy robocie już sporo czasu i posunąłem się z nią solidnie, materiału informacyjnego mam dużo, ale – jak to często bywa – głębsze wejście w mięso dziejowe kwestionuje wcześniej zbudowany schemat, który okazuje się zbyt płaski. To dobre, zdrowe zakwestionowanie. Po 9 godzinach siedzenia nad książką jestem bardzo zadowolony z tego efektu

3.08.05, Przerośl

Powiozłem dziś moją rodzinkę na przygraniczne tereny gminy Banie, żeby pokazać przede wszystkim Małgosi znalezione obiekty. Ciekawe, że najbardziej podobała się i jej i Ani chałupa w W., która w moim przekonaniu ustępuje walorami położenia tej w Z. Zaprowadziłem też Małgorzatę do moich informatorów z Z. Obie panie tak się rozgadały, że musiałem Żonuśkę wyciągać stamtąd. Z rozmowy wynikło, że najprawdopodobniej w W. jest do nabycia jeszcze jeden dom, sąsiadujący z tym wskazanym poprzednio, a w moim przekonaniu usytuowany znacznie lepiej. W tej sytuacji trzeba tę sprawę zbadać dokładniej, bo może rzeczywiście coś byśmy tam kupili – trochę dla siebie, trochę dla Ani i Pierre’a, którzy wydają się zainteresowani taką transakcją. W sumie była to bardzo miła wycieczka w dwa samochody.
Wczoraj zacząłem intensywne lektury do szkicu o carskiej Rosji, zaczynając od niektórych rozdziałów historii literatury rosyjskiej, od której przejdę do historii kultury, historii Cerkwi – i dopiero na koniec do wybranych zagadnień historii politycznej. Niby ogólną orientację w tym wszystkim już mam, ale przed zredagowaniem szkicu warto uporządkować sobie cały ten obraz. Rzecz w tym, ile czasu wolno mi na to poświęcić, żeby nie wpaść w pułapkę przegapienia terminu oddania szkicu nr3 do redakcji. (…) Dopiero 22.30, a ja już nieprzytomny i zasypiam. Bilans po 77 dniach: 344+279=623, średnia:4h22′+3h46″=8h08′.


  • RSS