cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

11.09.05, niedziela, Przerośl

Sprawy książkowe popchnąłem dziś rano koncepcyjnie, porządkując sobie obraz całości. Mogę kontynuować pisanie. Teraz – jest późne popołudnie – powróciłem do myśli o ustawieniu sobie tegorocznych i dalszych zajęć i w tym kontekście przeczytałem na nowo niewysłany list do p.Śniadka. Mógłbym go wysłać nawet dziś, a w każdym razie jutro rano, brakuje mi jednak dwóch informacji o aktualnej sytuacji we władzach związkowych. Odzywając się bez podstawowej w tym względzie orientacji i nie wiedząc, kto jest kim, mogę popełnić głupie, a istotne, błędy.

Przed przystąpieniem do pisania o imperium rosyjskim, trzeba koniecznie uświadomić sobie, czym, jakiego typu tworem, czy zjawiskiem w historii świata, jest Rosja. Jest to zadanie trudne, bo nie jest to fenomen w pełni zestawialny z jakimkolwiek państwem europejskim, ani ze Stanami Zjednoczonymi, ani – jak sądzę – z którymkolwiek z wielkich imperiów azjatyckich. Rosja jest specyficzną rzeczywistością kulturową, ściślej: kulturowo-religijną, na fundamencie której wyrósł pewien twór polityczny, dla mnie zdecydowanie antypatyczny, ale bardzo, bardzo skomplikowany. Chciałbym go w moim opisie możliwie uchronić przed prymitywnym uproszczeniem i łatwą karykaturą, ale nawet pobieżne zrozumienie, czym jest Rosja i jak funkcjonowała i funkcjonuje jako zbiorowość i jako państwo, jest trudne. Kilkanaście znanych mi książek na ten temat wcale sprawy nie ułatwia, autorzy ich wypowiadają się nad wyraz mętnie. Aktualnie czytam znane dzieło Bierdiajewa „Rosyjska idea”, fascynujące i irytujące jednocześnie.
Pod spodem rosyjskiego imperium są Rosjanie, rosyjska myśl, rosyjska filozofia historii, rosyjskie prawosławie – i to chciałbym pokazać, zanim przejdę do całej sfery związanych z rosyjskim imperializmem konfliktów politycznych. Myśląc o tym, przypominam sobie obrazki z tych kilku miast rosyjskich, które udało mi się zobaczyć: z Moskwy, Petersburga, Smoleńska, Wiaźmy, Saratowa, Samary i Kazania – bo więcej ich, tych prawdziwie rosyjskich, nie było. I fragmenty tych parudziesięciu, no, może stu, przeczytanych w życiu rosyjskich książek… Strasznie mało znam Rosję i jej kulturę, ale tę „ideę rosyjską” jakoś intuicyjnie wyczuwam, traktuję jako obcą i niebezpieczną dla Polski, ale piekielnie ciekawą, ciekawszą od idei któregokolwiek narodu europejskiego. Jeszcze ciekawsza byłaby dla mnie chyba tylko idea żydowska. W obu tych ideach, jak zauważa Bierdiajew, szczególnie silnie ujawnia się narodowy mesjanizm – i to jest tak bardzo fascynujące…
Bilans: 5+2=7; 467+424=891; średnia po 113 dniach: 4h08′+3h45′=7h53′.

10.09.05, Przerośl

Dziś spędziliśmy parę godzin w Suwałkach, zdobywając dla Małgosi młotek kamieniarski do jej prac artystycznych, a potem trochę bez sensu odwiedzając sklepy z używanymi meblami, przeżywające ewidentny kryzys poziomu swego towaru. Dziesięć lat temu był on nieporównanie lepszy, teraz jest to zupełny śmietnik. Upadek tego rynku coś mówi o budżetach rodzinnych i o potrzebach klienteli, która nastawia się zapewne na meble nowe i nie interesuje się starą tandetą.
Teraz trzeba popatrzeć w nagromadzony materiał „książkowy” i spróbować jakoś go sproblematyzować. (…)
Spróbowałem – i efekt przerósł oczekiwania. Nowa sytuacja zewnętrzna, wynikła z decyzji Skórzyńskiego, zaowocowała radykalną zmianą koncepcji mojego pisania. Uświadomiłem sobie, że nie jestem w tym układzie niczym ograniczony – ani tematyką, ani rozmiarem szkicu, stanowiącego „jednostkę miary” w budowie książki, ani jakimś założonym zzewnątrz charakterem tekstu. Mam napisać o tym, co w obrazie historii ostatnich 250 lat jest dla mnie ważne i pouczające. I to wszystko, reszta jest do ustalenia w trakcie pisania. Rozszerza to zakres tematyczny książki i „rozluźnia” jej sens ideologiczny – to bardzo dobrze. Tak projektowany tom staje się jednak czymś ważniejszym subiektywnie, swoistym opus vitae. Jest to przedsięwzięcie trochę karkołomne, ale takie właśnie mnie pociągały i pociągają. A przy tym – tak pomyślana praca przez swój wyraźny subiektywizm podkreśla szczególną samotność myślową autora, jego indywidualną i niepowtarzalną drogę myślową, wyrażającą się charakterystycznym zestawem fascynacji tymi, a nie innymi, tematami historycznymi. Tak, to jest to, co chcę pisać.
Dzisiejszy bilans: 6+1=7, 462+422=884; średnia po 112 dniach: 4h08′+3h46′=7h54′.

9.09.05, Przerośl

Wczoraj po południu i wieczorem próbowałem zrobić porządki w moim „gabinecie”. Po trzech godzinach pracy osiągnąłem niezły rezultat: już jest tylko zwykły bałagan, a nie takie absolutne pomieszanie wszystkiego, jakie zrobiło się w czasie wakacji. Tegoroczny najazd dzikich plemion oceniam zresztą jako mało uciążliwy. Dom się zabałganił, to fakt, ale status dziadka, który nie ma wakacji, tylko pracuje, był przestrzegany znacznie bardziej, niż w latach ubiegłych.

Wracając do wczorajszej podróży, była ona dla mnie trochę smutna. Fascynują mnie krajobrazy, w których w jaki trudny do określenia sposób odbijają się minione tam dramaty historyczne. Tak kiedyś przeżyłem Bieszczady, tym pociągały mnie okolice Siemiatycz, teraz tak patrzę na to pruskie poganicze w rejonie Lasów Skaliskich. Teraz jednak już nie zamieszkam tam, nie będę tam niczego budował, bo „u mnie już po sezonie”, jak swego czasu powiedział smętnie Staszek Grygiel. Powtarza mi to przy wielu okazjach Małgorzata. Ustępuję dla świętego spokoju, ale wewnętrznie buntuję się, chcę jeszcze coś zaczynać. Bez tego napięcia startowego życie nie ma smaku, więc troska o „spokojną starość” nie ma dla mnie sensu. Jeśli już mam nic nie przedsiębrać, niczego nowego nie szukać, to niech mnie co prędzej trafi szlag, jak Jacka Winklera, od którego zrobiłem się już prawie o rok starszy – zmarł przed trzema laty na alpejskiej ścieżce mając 65 lat i trzy miesiące. A jeśli śmierć nie przychodzi, to trzeba planować tak, jakby miało się żyć jeszcze długo. Tylko, że trzeba to robić na swój wyłącznie rachunek, tak, by nie narobić popogrzebowych kłopotów rodzinie.

Dojechałem do końca „Wojen kaukaskich” Pokrowskiego, notatek mam mnóstwo i refleksji sporo. Brakuje mi trochę koncepcji, w jakim porządku je wykorzystać. W sytuacji, w której „Rzeczpospolita” wycofuje się z wcześniejszego układu publikowania całości, mogę zrobić trzy rzeczy: – przystać na układ, w którym piszę kawałki skonstruowane tak, by dały się publikować i czekam na każdorazowy werdykt Skórzyńskiego, który powybiera sobie fragmenty najsmakowitsze dla siebie, a resztę zostawi na talerzu; – układ ten z miejsca odrzucić, prosząc o zwrot szkicu nr2 i spróbować publikacji gdzie indziej (pewne szanse widzę w trzech konfiguracjach, ale pewności powodzenia nie mam w żadnej); – tekst z „Rzeczpospolitej” zabrać i nie dawać go nigdzie do prasy, tylko spokojnie pisać książkę, co daje większą swobodę konstrukcyjną, ale zmniejsza wydatnie zarobek. Od pierwszej koncepcji odstręczają mnie uwagi redaktora o moim sposobie pisania , druga wymaga wchodzenia w układy z nowymi partnerami, czego oczywiście nie lubię, trzecia – poza kwestią finansową oznacza brak jakichkolwiek ram dla kontynuowania pracy, co może być dla tempa powstawania książki bardzo niekorzystne.
Bilans po 111 dniach: 456+421=877; średnia: 4h06′+3h48′=7h54′.

8.09.05, Przerośl

Pojechaliśmy dziś z Małgosią w rejon Bań, głównie po to, by oddać tamtejszemu wójtowi materiały, które kiedyś mi pożyczył, a teraz się upominał. Na rozmowę czasu nie miał i potraktował nas trochę nonszalancko, ale w granicach przyzwoitości. Obejrzeliśmy nieznaną dotąd przygraniczną i trochę opustoszałą wioskę na północ od Widgir i Skaliszek.

7.09.05, Przerośl

Po wyjeździe wnuków naprawdę zaczyna się sezon jesienny. Można uporządkować warsztat, rozmieszczając go na nowo w całym domu, można wrócić do codziennych obyczajów i harmonogramu dnia. Powrót do merytorycznej roboty jest jednak psychicznie trudny po rozmowie z Jankiem Sk. Praca nad kolejnymi szkicami straciła swój harmonogram i swój priorytet finansowy. Mogę się nią zajmować w dowolnym tempie. Poza tym jej poszczególne części mogę budować inaczej – nie na zasadzie odcinków gazetowych, mogę pozwalać sobie na ujęcia głębsze, trudniejsze. W tym sensie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Nad głową wiszą natomiast problemy materialne – i tu potrzebna jest jakaś inicjatywa.
Na czoło wysuwa się chyba panna S, bo tu ruch należy zdecydowanie do mnie. Dojrzewam do poważnego wystąpienia do przewodniczącego lub do kk, bo po namyśle mam co najmniej trzy sprawy do postawienia. Po pierwsze: panna S od bardzo dawna nie przemówiła do swoich dawnych sympatyków. Musi to zrobić, i musi to robić co czas jakiś, póki istnieje. Jeśli TS chce być magazynem rozrywkowym, to trzeba znaleźć inną formę przekazu. Jeśli ma tę funkcję pełnić TS, to musi zmienić swą koncepcję. W obu przypadkach ofiarowuję swe usługi. Po drugie – do podjęcia jest temat przeciwdziałania bezrobociu. Mam koncepcję, to w tym względzie może zrobić związek. Powinien objąć patronat nad ruchem spółdzielczym, który jest do pobudzenia. Propaganda idei, pośrednictwo w uzyskiwaniu kredytów, organizacja centrali szkolenia i zbytu – to może i powinien robić związek. Po trzecie – ożywienie działalności zagranicznej związku, zwłaszcza w odniesieniu do krajów pozaeuropejskich. Tu jest do wykorzystania historia dotychczasowych dokonań – przed chwilą w tej kwestii zadzwonił do mnie Janek Kułakowski, a poza tym jest miejsce na bardzo aktywną prac ideową, naprawdę do zobienia. Jeżeli wystąpię w tych trzech sprawach do władz związkowych i nie wyniknbie z tego nic w żadnej z tych trzech dziedzin, to mogę skreślić pannę S z listy moich aktualnych znajomych. Podejrzewam jednak, że tak źle nie będzie.
(…) Nad listem do Śniadka siedziałem około sześciu godzin, ale wyszedł z tego solidny referat z trzech części. Wyśłę go jednak dopiero jutro, bo nie mam do niego bezpośredniego adresu mailowego. (…)
Do nocy zdążyłem jeszcze prawie trzy godziny posiedzieć w historii kaukaskiej i znalazłem tam kolejne świetne przykłady dziejów antyrosyjskiego powstania, które wygrywa walkę z Rosjanami, a potem przegrywa z własnym oportunizmem i żądzą władzy, wyniku czego po dwudziestu latach imperium rosyjskie powraca. To się da znakomicie opisać w książce i posłuży do wyciągnięcia wniosków przerażająco współczesnych. To właśnie zaczynamy obecnie obserwować na Ukrainie, gdzie Juszczenko już utracił aprobatę trzech czwartych narodu… A czy nie widać tego i u nas – w Polsce? Otwiera to pytanie o sens walki o wolność polityczną i o zasadność ocen sukcesów i przegranych wszelkich powstań. Po jakim czasie wolno ferować takie oceny?
Bilans: 4+7=11; 448+413=861; średnia po 109 dniach: 4h09′+3h49′=7h58′. Nieźle!

6.09.05, Przerośl

Wróciłem szczęśliwie, ale na ostatnich 15 km wystąpiła awaria biegów, jutro będę musiał prosić o pomoc Mirka, bo dojechałem do domu z dużym trudem. W domu cisza, wnuki pojechały, jesteśmy z Małgosią sami. Zosia podobno nie chciała wyjeżdżać bez Fajki i kotów…
Bilans: 5+6=11; 444+406=850; średnia po 108 dniach: 4h07′+3h46′ =7h53′.

5.09.05, Warszawa

Oj, dzionek dziś był niełatwy, choć w gruncie rzeczy raczej udany. Poranna podróż minęła bez przygód, komputer u Piotrów odnalazłem, informatyk w redakcji naprawił go w ciągu godziny, natomiast lap-topa oddał na złom. W ciągu kilku dni mam mieć przysłany kurierem następny, nowy! To są plusy mojej podróży.
Minusów jest sporo ? i są subtelniejsze. Z takich ewidentnych ? ciężkie doświadczenia przeżywa Marynia. Jej były mąż popisuje się złośliwością i chamstwem, na czym w efekcie oprócz Maryni cierpieć będzie Jaś. To ze zmartwień poważnych.
Z drobiagów organizacyjnych ? muszę jutro znów dostać się do mieszkania Piotrów i odnaleźć tam klawiaturę i przewody do mojego komputera. Obawiam się, że będzie to technicznie trudne i może mi zabrać sporo czasu. Irytuje mnie to o tyle, że płacę rachunek za bylejakio załatwienie sprawy przez Piotra, który zepsuł mój komputer i nie zadbał o jego naprawienie i zwrot do Przerośli. W efekcie ja straciłem dwa dni i co najmniej 150 złotych.
Wreszcie sprawa najbardziej skomplikowana, ciekawa, dla mnie nieprzyjemna, ale dobrze, że dostatecznie wcześnie zauważona. Dotyczy to zmieniającej się sytuacji w redakcji i ewolucji mojego w niej usytuowania. Odszedł Paweł Lisicki, ma być naczelnym nowego „Życia” (choć mówiono mi o „Życiu Warszawy” ? chyba jednak przez pomyłkę). Tamże wylądował Tomasz Sobiecki. Oznacza to, że znajomych w „Rzeczpospolitej” mam zdecydowanie mniej. Z rozmowy z Janem Skórzyńskim wynikło, że mój układ o artykułach historycznych na temat Europy Środkowo- Wschodniej i polityce imperium rosyjskiego, jaki zawarłem z Maćkiem, przestaje być aktualny. Po pierwsze opiewał na cykl zbyt długi, po drugie Plus-Minus ma zmienić charakter i odmłodzić się, po trzecie ? i to jest dla mnie najważniejsze ? mój gawędziarski styl nie pasuje do nowoczesnego pisma. Pierwszy argument jest słuszny, Maciek poszedł mi na rękę, ale przesadził. Drugi stanowi niekorzystną dla mnie, ale naturalną linię rozwojową pisma. Nie mam co tu gadać. Argument trzeci jest najprzykrzejszy, ale najciekawszy. Mój styl razi swą poetyką gawędy. Na to już nie poradzę. W 67-mym roku życia stylu nie zmienię, mogę co najwyżej zmienić łamy, albo przestać pisać.
W tej sytuacji należy przyjąć, że moja praca w „Rzeczpospolitej” weszła w stadium finalne. Potrwa ono dłużej lub krócej, ale nie należy go traktować jako elementu stałego mojej obecności w polskiej publicystyce. Obiektywnie jest to porażka, ale subiektywnie traktuję ją jako wyzwanie: zobaczymy, czy znajdę sobie łamy i pozycję inną. Skłania mnie to do tym intensywniejszego myślenia o nowych formach aktywności. Jeszcze nie powiedziałem swego ostatniego słowa.
A przepracowałem dzisiaj 13h, z których 5 mogę wpisać na warsztat książkowy, a 8 ? na inny. Będzie więc: 5+8=13; 439+400=839; średnia po 107 dniach: 4h06′+3h44′=7h50′.

4.09.05, niedziela, Przerośl

Myślę trochę nad tym, co można proponować „Solidarności” w dziedzinie programowej. Działanie środkami nie politycznymi, ale odwołującymi się do aktywności społecznej. Budowa własnych struktur rozwiązywania nabrzmiałych kwestii. Co na przykład ma do powiedzenia „S” w kwestii bezrobocia strukturalnego? Czy jest w stanie stworzyć sieć spółdzielczych zakładów pracy? To zależy przede wszystkim od tego, ilu ma członków w gminach ? i jacy to są członkowie. Związek mógłby dać pożyczkę na założenie warsztatów i szkolenie pracowników i stworzyć na początek kilka placówek gminnych w terenach dotkniętych bezrobociem, a także założyć centralę zbytu produkcji w wielkim mieście. To jest do zrobienia, kosztuje niewiele, a będzie miało moc przyciągającą ludzką wyobraźnię. (…)
Próbuję napisać w tej sprawie notatkę do Śniadka, by przedstawił ją na kk. Jeśli coś z tego wyniknie, to będę w to wchodził, jeśli nie, to będę miał ten punkt z głowy. Tyle, że czasu na robotę mam mało ? wkrótce po powrocie z podróży do kościoła w Żytkiejmach trzeba było jechać do chirurga w suwalskim szpitalu, by wyciągał resztkę kleszcza małej Zosi z główki. Nie bardzo zresztą umiał to zrobić, ale pocieszał, że zapewne komplikacji nie będzie.
A teraz wrócę do Szamila, którego chciałbym jak najszybciej skończyć.

3.09.05, Przerośl

Dziś znów dzień solidnej pracy i obfitego snu, a także trochę działań gospodarczych. Zadzwoniła Zosia Kozłowska, podjąłem się wygłosić w grudniu do jej podopiecznych olimpijczyków wykład o wariantach terytorialnych rosyjskiego imperializmu w ciągu ostatnich dwustu lat. Studia nad powstaniem Szamila postępują i refleksja także ? jestem rad z tej roboty, bo coś mi z niej powinno ciekawego wyniknąć. Bilans: 8+1=9;432+389=821; średnia po 105 dniach: 4h07′+3h46′=7h53′.

2.09.05, Przerośl

W nocy poczytałem jeszcze wczoraj „Kavkazskije wojny” i dojechałem do nowej kwestii. W latach 1820-ych na Kaukazie ożywiła się tożsamość religijna, która zjednoczyła tamtejsze plemiona także i pod względem politycznym i anty-imperialnym. Ważność tego elementu sytuacji dla moich rozważań jest oczywista, ale jego wykorzystanie będzie możliwe, jeśli dowiem się nieco więcej o „teologii politycznej” islamu. Niestety wiedzę o tym będę czerpał z opracowań albo chrześcijańskich, albo liberalno-laickich, a więc w obu przypadkach prezentujących islam w krzywym zwierciadle i ze skłonnością do karykatury. Trzeba więc będzie brać tu poprawki, głównie intuicyjne, więc obciążone dużym ryzykiem błędu. Przez całe życie natykam się na tę samą trudność: pytania, jakie sobie stawiam, są bardzo szerokie i wieloczłonowe; kiedy próbuję na nie odpowiedzieć, nie starcza mi dostatecznej podbudowy analitycznej, żeby odpowiedź oprzeć na fundamencie do końca sprawdzonym. Jeśli bym sprawdzał wszystko do końca, nie znalazłbym czasu na wyciągnięcie wniosków, a pracowicie przeprowadzana analiza przyniosłaby w efekcie informację, że to czy inne zjawisko powtarza się wcale nie w 68, ale tylko w 66,25% przypadków… Trudno być naraz naukowcem i człowiekiem rozsądnym…
Przejrzałem dziś ? po dłuższym czasie przebywania poza internetem ? moją księgę gości. Ktoś wpisał tam, nie wiem, czy potrzebnie, moją notkę biograficzną, wziętą z IPN-u. Istotnych błędów w niej chyba nie ma, ale ta „publikacja” jeszcze bardziej zmniejsza prywatność tego blogu. Kiedyś, jeszcze za komuny, powiedziałem sobie, że to, co piszę, będę podpisywał nazwiskiem, nie pseudonimami. Tak zrobiłem i w przypadku blogu, ale w rezultacie czuję się w nim nie tyle w domu, co na balkonie… Sam to jednak wybrałem, pretensji do nikogo mieć o to nie mogę.
Ważniejsze jest pytanie innego gościa na blogu w sprawie robienia doktoratu o genezie mariawityzmu. Rzecz kwalifikuje się na rozmowę, wykluczyć tego pomysłu nie mogę, bo epokę i okoliczności historyczne znam nieźle, samego problemu dotknąłem kiedyś bardzo nieśmiało w „Rodowodach… „, ale więcej wiem o tle sprawy, niż o konkretach i o teologicznych kłótniach i nie chciałbym się w ten gąszcz pakować, koncentrując się obecnie na całkiem innych sprawach. Spróbuję odezwać się do zainteresowanego mailem, ale jeśli dotrze do niego ta notka, to niech wie, że powinniśmy się spotkać w „realu”…
Popracowałem dziś solidnie: 8+2=10, 424+388=812, średnia po104 dniach: 4h05′+3h46′=7h51′.


  • RSS