cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

Mam kłopot: moja ładnie napisana pierwsza ramka do TS jest chyba bez sensu: osią jej wymowy był fakt, że starych ludzi ze wsi nie stać na dom starców, gdzie trzeba płacić trzy razy więcej, niż wynosi ich zasiłek. Otóż wczoraj po południu dowieziałem się, że zakonnice prowadzą domy starców i biorą tyle, ile wynosi zasiłek pensjonariusza. To dobra wiadomość, ale dramatyzm mojego tekstu okazuje się wydumany. Trzeba na gwałt pisać nową ramkę.
Udało się. Ramkę o babci poprawiłem, dopisałem drugą – nową, doczepiłem do tego zrobiony w nocy z czwartku na piątek artykuł i wszystko to wysłaliśmy z Pawłem do TS. Jutro rano idę tam na rozmowę.

A tymczasem wybory prezydenckie wygrał Kaczyński. Początkowo nie wierzyłem w ten scenariusz, stopniowo jednak szanse rosły. Wygrana niewielka, ale jednoznaczna – około 54% przy frakwencji nieco powyżej 50%, a więc lepszej, niż poprzednio.
Najciekawszy dla mnie aspekt tego rezultatu, to fakt przegranej warszawskiej różowej inteligencji. Przegrała na własne życzenie, bo ataki na nią ze strony Kaczyńskich były żenująco nieporadne. Jej polityczna tendencja okazała się mniej atrakcyjna od tego, co proponował PiS. Kaczor wygrał dzięki programowi, bo przecie nie dzięki urodzie, czy umiejętności eleganckiego czarowania publiki. I to jest pozytywne. Podobnie, jak pozytywna jest ewolucja prawej strony sceny, gdzie katolicy opuścili
radykalną prawicę narodową i przesunęli się do socjalizującego centrum. Niepokoi mnie tylko to, że od tej chwili ku Kaczyńskim przybije cała wielka masa oportunistów i wszelkiej kanalii, która kocha tulić się do każdej władzy. To jednak jest w takich sytuacjach nieuniknione.

22.10.05, Warszawa

Brak komentarzy

Jak zwykle w momentach, gdy duży wysiłek pozwoli mi coś przyśpieszyć i zbliży wizję sukcesu, tak i tym razem, nagle straciłem cały impet. Zmarnowałem dziś trzy czwarte cudem zdobytego dnia pracy, najpierw śpiąc w ciągu dnia, a potem przez trzy godziny czytając dobrze mi znany kryminał. Dopiero „nocna zmiana“ częściowo ratuje mój bilans: 5+2=7; 600+666=1266; średnia po 154 dniach: 3h54‘+4h19‘=8h13‘.

21.10.05, Warszawa

Brak komentarzy

Pierwszy wykład do socjologów przeszedł sympatycznie, a w przerwie podszedł do mnie chłopak o wyglądzie bardzo inteligenckim i zapytał, czy może odrazu ustalić temat pracy rocznej. Na kartce miał nagryzmolone pięć propozycji. Dwie pierwsze brzmiały: „Łódź – miasto czterech kultur“ i „Młodzież żydowska przed pierwszą wojną światową“. Uczepiłem się tych dwóch, mówiąc, że mam – poza rodzinnymi wspomnieniami z kręgów robotniczych Łodzi – informacje tylko typu Reymont i Singer. Chłopak podobno jeszcze nic nie wie, ale mocno zainteresowany tymi wątkami. Radziłem mu przejrzeć wspomnieniową literaturę pepeesowską. Wygląda mi na to, że zrobi znakomitą pracę już na pierwszym roku studiów, bo zapalony – i ewidentnie szuka własnych korzeni… Tacy studenci są zachętą do zajmowania się dydaktyką.

Teraz jednak powinienem wygasić w sobie pedagogiczne ognie: przede mną 48 godzin wolnych od wszelkich ram czasowych, a pojutrze wieczorem mam wysłać mailem do Kłosińskiego moje propozycje publicystyczne dla TS. Rzecz mam zrobioną gdzieś w połowie: powinienem skończyć zaczęty wczoraj artykuł i dokomponować drugą, albo i trzecią notkę. Zrobię to tym chętniej, że napisany poprzednio dla „Rzeczpospolitej“ tekst o Kościele, który musi być opiekuńczy i solidarny, nie ukazał się w dzisiejszym numerze, do którego był przeznaczony. Może został uznany za pośrednią propagandę za Kaczyńskim i pójdzie z opóźnieniem, może w ogóle poirytował redakcyjnych liberałów. W każdym razie redakcja znów mi się zlekka naraziła, więc tym chętniej napiszę coś dla TS.

(…) Godzina 23.20. Artykuł w zdumiewający sposób skończył się niemal sam w ciągu dwóch i pół godziny. To niespodziewane powodzenie otwiera mi nowe perspektywy wykorzystania tego weekendu: jutro i pojutrze mogę zajrzeć do roboty nad książką, bo do wykończenia zadań publicystycznych – prawdę mówiąc – brakuje mi raptem jednej notki, którą mogę zrobić przy okazji w ciągu jednej-dwóch godzin. To bardzo dobry układ…

Z telefonów do rodziny wynikło, że Małgorzacie przeroślańska samotność robi zdecydowanie dobrze. Wczoraj miała miłą i ciekawą wizytę księdza Zawadzkiego z dwojgiem współpracowników, poza tym maluje od rana do wieczora… Z kolei z Marynią zaplanowaliśmy moje męskie spotkanie z Jaśkiem na przyszły weekend. Ciekaw jestem, jak się to potoczy.
A tymczasem bilans: 0+11=11; 595+664=1259; średnia po 153 dniach: 3h53‘+4h20‘=8h13‘.

20.10.05, Warszawa

Brak komentarzy

Życie jest tajemnicze i pełne zasackuf. Studenci nie zostali poinformowani, że mój wykład został przeniesiony z wtorku na czwartek. Przyjechałem na Młociny przed dziesiątą i mam siedem godzin wolnego, a potem seminarium. Szczęśliwie wziąłem ze sobą komputer, bo bez niego podróż w dwie strony zabrałaby mi dwie godziny, a tak mogę tu siedzieć w „pokoju pracowników“, mam nadzieję, że spokojnie. Ale pracowicie wczoraj przygotowywany wykład wygłoszę najwcześniej za tydzień. A tymczasem powinienem się poczuć publicystą TS i pomyśleć o pierwszej notce.
Najpierw jeszcze studentka zeszłoroczna z zaległą pracą. Jeśli dziś dostanie podpis, jutro będzie się mogła ubiegać o stypendium naukowe. Poleciłem jej przyjść o pół do piątej i być gotową do zdawania wieczorem, po seminarium, uzupełniającego egzaminu, jeśli praca nie osiągnie pełnej czwórki. Pracę napisała o amnestii 1856 roku. Dobry, nieproporcjonalnie duży wstęp teoretyczno prawny o amnestii, potem spora statystyka sybiraków i innych skazańców politycznych z okresu 1832-1855, stosunkowo najmniej o samym akcie amnestii i jego skutkach materialnych. Spośród 150 ludzi, o których wiadomo, że dożyli amnestii na Syberii, ułaskawiono 123, wyłączono 27. Do kraju wróciło 115. Zupełnie nie wiadomo, ilu ich było w momencie początkowym – wedle danych największych: 40 tysięcy, tak więc statystyka całkiem niejasna, z czego autorka nie do końca zdaje sobie sprawę. Brak mowy o politycznych skutkach amnestii – i tego mi żal najbardziej, bo to byłoby bardzo ciekawe. Bibligrafia: 2 źródła+9 opracowań, więc w sumie solidne. Praca o tyle kłopotliwa, że na 4- zasługuje na pewno, a na pełną czwórkę – niezupełnie, a od tego zależy pewnie to stypendium, bo po egzaminie zdawanym w trzy tygodnie po końcu sesji poprawkowej dziewczę z czwórką raczej nie wyjdzie…

Pierwsza notka do ramki dała się zrobić niemal machinalnie z historii babci z Ziemianek. Wydaje mi się dość wymowna. Zacząłem także przystosowywać rozpoczęty kiedyś artykuł do potrzeb TS – i wychodzi mi z tego tekst zasadniczy, od którego można by zacząć całą publicystykę na tych łamach.

Przerywam wszakże te zajęcia, bo uświadomiłem sobie, że na jutro w południe powinienem mieć plan cyklu wykładów dla socjologów, analogiczny do tego, jaki przygotowałem dla historyków.
Widzę go tak:
1. Paradoks pierwszej wojny światowej i filozofia Wersalu
2. Ewolucja sprawy polskiej w toku wojny i odzyskanie niepodległości
3. Samobójstwo caratu i rewolucja bolszewicka
4. Rosyjski, polski i europejski sens wojny 1920 roku
5. Granice II Rzeczpospolitej i budowa państwa
6. Sejmokracja, zamach stanu, sanacja
7. Kryzys w świecie i w Polsce
8. Dojrzewanie drugiej wojny światowej
9. Lata 1939-1941
10. Lata 1941-1944
11. Holocaust
12. Polacy na frontach II wojny światowej
13. Polskie Państwo Podziemne
14. Koncepcja i realizacja „Burzy“
15. Sowieci obejmują władzę nad Europą Środkowo-Wschodnią
16. Zimna wojna
17. Społeczeństwo i władza (1944-48): podziemie i opozycja polityczna
18. Społeczeństwo i władza (1948-56): wieś, miasto, kultura
19. Kościół w Europie Środkowo-Wschodniej
20. Kościół polski 1944-56
21. Fenomen roku 1956
22. Detente
23. Społeczeństwo i władza (1956-1970): wieś, miasto, kultura
24. Sobór Watykański II
25. Kościół polski (1956-1970)
26. Lata siedemdziesiąte: nowa opozycja antykomunistyczna
27. „Solidarność“
28. Społeczeństwo i władza: stan wojenny.

(…) Napisało mi się to błyskawicznie – w ciągu półtorej godziny. Potem miałem skrócone, bo wstępne, ale bardzo żywe seminarium. Było na nim tylko pięcioro dawnych uczestników, dwoje czy troje innych nie mogło tym razem przyjść, ale chcą kontynuować pracę. Nowych uczestników było dwóch, jednego pamiętam ze świetnego występu „gościnnego“ w zeszłym roku, drugi, to młodziutki trzecioroczniak, który chce robić pracę o księdzu Stanisławie Małkowskim. Uprzedziłem go, że nie wiem, czy będę mógł ją przyjąć, jako, że można by kwestionować mój obiektywizm przy tym temacie. Po namyśle mam coraz więcej zastrzeżeń: sądzę, że powinienem unikać tematów odnoszących się do działalności politycznej, w której sam brałem udział. Jeszcze się muszę nad tym zastanowić na spokojnie.
Po powrocie do domu oglądałem część debaty Tusk-Kaczyński w telewizji. Kampania nie podoba mi się do tego stopnia, że poważnie myślałem o rezygnacji z głosowania, ale sama debata nie była najgorsza. W moim przekonaniu Tusk jest oczywiście sympatyczniejszy, ale Kaczyński mądrzejszy. Mimo wszystkich oporów i zastrzeżeń będę jednak głosował za Kaczorem.
Bilans: 0+12=12; 595+653=1248; średnia po 152 dniach: 3h53‘+4h18‘=8h11‘.

19.10.05, Warszawa

2 komentarzy

Usiłuję wejść w warszawskie tryby, jak dotąd udaje mi się to słabo. Jestem senny i rozlazły, bez energii. Po napisaniu tych słów wziąłem się w garść i zadzwoniłem do TS. Umówiłem się na poniedziałek, że przyjdę z tekstem lub z tekstami i że podejmiemy decyzję o formie publicystycznej wspłpracy. Moja ramka cotygodniowa byłaby mile widziana. Dwa i pół do trzech tysięcy znaków. Nie wykluczałoby to większej publicystyki (do pięciu tysięcy, albo do dziewięciu tysięcy) co jakiś czas. Taka wersja w zasadzie bardzo mi odpowiada, czy się to da zrealizować, zobaczymy pewnie w poniedziałek.

W odniesieniu do pomysłów wczorajszych, trzeba rzeczowo rozważyć, czy stać mnie na ten biznes księgarski od strony czasu i energii. W ciągu najbliższych lat naturalnymi zadaniami są przede wszystkim dydaktyka na UKSW, pisanie książki i publicystyka. Pierwsze dwa z tych zadań są precyzyjnie określone tematycznie i nieźle się uzupełniają. Trzecie będzie swoistym odlotem od pracy naukowej w kierunku spraw, które wydadzą mi się społecznie ważne, kontrapunktem dla intelektualnej stabilizacji, wynikającej z dwóch zajęć poprzednich. Tyle, że umiem pisać tylko o tym, co znam z autopsji. Jeśli tematem mojej publicystyki ma być życie społeczne i intelektualne „prowincji“, to powinienem w nim brać udział konkretny i samemu robić to, do czego chcę zachęcać innych. Założenie „przedsiębiorstwa“ księgarskiego ustawiłoby mnie w Przerośli, ale jednocześnie związało z nią na resztę życia. Tu pies jest pogrzebany: czy tego chcę. Wywieszając na młynie nowy szyld księgarski, równocześnie deklaruję, że nie jestem zainteresowany Odessą, Stambułem ani Bogotą, by operować precyzyjnymi symbolami innych moich pasji. Można komentować żartobliwie: odzywa się w staruszku niewczesne polskie wahanie między romantycznymi ideami zbliżania odległych narodów, a pozytywistyczną pracą u lokalnych postaw. A do domu starców, dziadziusiu, nie łaska?…

Dzisiejsza bieganina w kwestiach emerytalnych trwała trzy godziny i nie przyniosła prawie żadnych rezultatów. A spać chce się ciągle. Chyba jednak coś „jest w powietrzu“, bo Paweł spał po południu równo pięć godzin… Jutro z kolei cały dzień na Młocinach – wykłady od 10 do 13 i od 16.45 do 20. Wezmę ze sobą lap-topa i w międzyczasie trochę popiszę w pokoju „profesorskim“. A teraz trochę czasu poświęcę koncepcji wykładu dla III roku historii: w ubiegłym roku przysporzył mi on najwięcej kłopotu i – szczerze mówiąc – wydaje mi się, że go spieprzyłem właśnie przez niedopracowanie samej koncepcji.
Całość nazywa się historią Polski 1795-1918 i składa się praktycznie, po odliczeniu różnych świąt i przypadków losowych, prawdopodobnie z czternastu czterogodzinnych spotkań. Co mogę realnie zrobić w tym czasie? Czy wybrać koncepcję 14 tematów szerszych, czy 28 tematów drobniejszych?
Całość widzę tak:
1. Wydarzenie utraty niepodległości na tle historii Europy
2. Epoka napoleońska: polityka polska z perspektywy europejskiej
3. Kongres Wiedeński, koncepcja Królestwa Kongresowego, jej realizacja i fiasko
4. Idee filozoficzne i polityczne między Oświeceniem i romantyzmem
5. Fenomen Wielkiej Emigracji
6. Wielkopolska leży w Niemczech
7. Małopolska leży w Austrii
8. Mazowsze leży w Rosji
9. Polacy od Drohiczyna do Kamczatki
10. Porównanie powstań: listopadowego i styczniowego
11. Druga fala laicyzmu w kulturze zachodniej
12. Pozytywizm polski: mit i realia
13. Kościół katolicki w Polsce końca XIX wieku
14. Geneza inteligencji polskiej
15. Ideologia nacjonalizmu w świecie i w Polsce
16. Ideologia socjalizmu w świecie i w Polsce
17. Europa Środkowo-Wschodnia: ludy zniewolone
18. Europa Środkowo-Wschodnia: ludy religijne
19. Europa Środkowo-Wschodnia: ludy chłopskie
20. Kwestia polska w polityce niemieckiej 1864-1914
21. Kwestia polska w polityce rosyjskiej 1864-1914
22. Kwestia polska w polityce austriackiej 1864-1914
23. Rok 1905
24. Polska świadomość polityczna przed pierwszą wojną światową
25. Paradoksy pierwszej wojny światowej
26. Polityka polska 1914-1918
27. Samobójstwo caratu
28. Traktat Wersalski, jego wielkość i małość.
No, to dwugodzinna refleksja przyniosła odpowiedź na to pytanie o liczbę tematów i o ich kształt. W zasadzie powinienem tę listę jutro przeczytać studentom jako całoroczny rozkład jazdy. A potem opracować i wygłosić to jako serię elegancko przedstawionych odczytów.
Jutro po południu zaczynam nowy rok seminarium z historii najnowszej. Tu nie da się opracować z góry tak precyzyjnego programu, bo nie wiem, jacy nowi słuchacze się zgłoszą i czego będą chcieli. Nie wiem, czy nie należałoby przyjmować tych nowych na zasadzie rozmów indywidualnych, dowiadując się czegoś o ich zainteresowaniach i na przykład o znajomości języków obcych. Ciekaw jestem, jak na to zareagują.
Z kolei w piątek mam wykład dla socjologów, którym mam mówić o wieku dwudziestym. Jutro w przerwie między wykładami zrobię podobny do tego powyższego schemat dla tamtego wykładu – to też ułatwi pracę na cały rok, a jednocześnie podniesie standart intelektualny tych zajęć. Okey!
Bilans: 3+6=9; 595+641=1236; średnia po 151 dniach: 3h56‘+4h15‘=8h11‘.

18.10.05, Warszawa

Brak komentarzy

Ludmiła nie żyje. Zmarła przedwczoraj, lub wczoraj, w szpitalu, podobno po długiej chorobie. O chorobie nie wiedziałem nic, myślałem o niej często, a właśnie przedwczoraj w Przerośli mówiłem Małgosi, że zaraz po przyjeździe do Warszawy chcę odwiedzić dawno nie widzianą Ludmiłę. Nie zdążyłem.
Była dla mnie kimś dziwnie ważnym i bliskim, wyjątkowym łącznikiem między nieistniejącym już światem, z którego wyrosłem, a dniem dzisiejszym. Było między nami piętnaście lat różnicy wieku, kiedy poznaliśmy się, miała lat siedemdziesiąt pięć i była akurat po stracie męża. Spotkaliśmy się na wyjeździe na Ukrainę i ta sytuacja jej żałoby, wspólnej misji kulturalnej i atmosfera podróży turystycznej przyśpieszyła bardzo okres poznawania się. Po paru dniach rozmów miałem poczucie, że ją znam dobrze. W Warszawie odwiedzaliśmy ją z Małgosią, albo ja sam, po kilka razy w roku – miała swoje środowisko literackie, była kochana i szanowana, materialnie zadbana. Byliśmy jednymi z wielu. Fascynowała mnie jako poetka i jako kobieta, jedna z tych moich kilku starych pań ze świata, w którym rozmowy kobiety z mężczyzną miały swój rytuał i swoją poetykę, naprzemienne rytmy walca i tanga. Wcześniej tak zdarzało mi się rozmawiać z Panią Hanią, z siostrą Marią, z Anną Chylewską. Wszystkie są już od dawna po tamtej stronie, teraz dołączyła do nich Ludmiła – Panie, daj im wszystkim dodatkowy uśmiech za to, ile życzliwości okazały mnie tutaj.

Wczoraj był dzień podróży autobusowej Przerośl-Warszawa i dzień pierwszego tegorocznego wykładu na Bielanach. Wykład, a właściwie dwa pod rząd, udały mi się dobrze, mówiłem przez 4×45 minut jak najęty. Wracając do domu, myślałem o koncepcji ambitniejszego potraktowania tych cykli wykładowych, także pod względem estetycznym, jako swoistych prezentacji własnego stanowiska historiozoficznego. Wymagałoby to w gruncie rzeczy znikomej ilości pracy, a raczej tylko uwagi i poważnego traktowania każdego wystąpienia wykładowego. Jest to do zrobienia.
Dziś trzy punkty programu „bieganego“: rozmowa w telewizji o fenomenie „ściany północnej“, obawiam się, że będzie spieprzona, ale nic już nie zrobię, wizyta w URM-ie po papiery emerytalne, wreszcie spotkanie z Bohdanem G. Dopiero wieczorem może uda mi się usiąść do pisania tekstu dla TS.
(…) Telewizja zabrała mi prawie pięć godzin czasu, a w efekcie nie załatwiłem URM-u i nie stawiłem się na spotkanie z Bohdanem. Trochę za dużo czasu włożyłem w sumie w całą tę imprezę i w Przerośli i tutaj. Rozumiem wartość propagandy idei małych ojczyzn, ale przełożenie energii i kosztów produkcji telewizyjnej na efekt jest bardzo niekorzystne. Spotkany tam partner dyskusji – facet od inicjatyw lokalnych – już poza kamerami zagadnięty o możliwość zdobycia pieniędzy na otwarcie księgarni w Przerośli nie wykluczył szansy takiego scenariusza. Nie wierzę w to, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi sprawdzić.
Wczoraj w autobusie zastanawiałem się nad realnością takiego projektu rozwoju czytelnictwa wiejskiego: kombinacji księgarni z lektorium publicznym + magazynem księgarskim w młynie, który przy pomocy jednego pick-upa może obsłużyć lokalną sieć takich księgarenek, założonych w Przerośli, Filipowie, Dubeninkach i na przykład w Wiżajnach w ciągu tygodnia, a w niedziele jeździć dodatkowo po odpustach. Impreza wymaga zatrudnienia czterech księgarzy + magazyniera-kierowcy oraz nastawienia się na własny intensywny nadzór merytoryczny. Rzecz w tym, że takie przedsiębiorstwo byłoby zdolne się utrzymać finansowo dopiero przy obrocie rocznym około pół miliona złotych, a przewidywalny obrót książką były na tym terytorium około trzydzieści razy mniejszy, a przy włączeniu całej propagandy szkolno-plebanijno-gminnej mógłby osiągnąć poziom trzy razy korzystniejszy, czyli ciągle dziesięciokrotnie za mały. Trzeba by więc handlować czym innym, a książkę traktować tylko jako element towarzyszący na przykład informatyce, muzyce, czy innym modnym typom towaru kulturalnego.
Innym wyjściem byłoby zainstalowanie mini-księgarenek w GOK-u, gdzie i tak musi urzędować ktoś w rodzaju bibliotekarki, na pewno niedostatecznie wykorzystującej swój czas, względnie w szkołach. Trzecim elementem byłaby sprzedaż obwoźna na odpustach, przy czym można by obsłużyć nawet do czterdziestu parafii, czyli co najmniej dwudziestu gmin. Bibliowóz w ciągu tygodnia mógłby pracować na rynkach i pod szkołami w sześciu miejscowościach, wymagałby jednego pracownika, będącego równocześnie magazynierem młyńskim dla samego siebie. Tak, bibliobus, połączony z intensywną propagandą szkolno-plebanijno-gminną, jednym magazynem, jednym fachowym kierownictwem – to jest koncepcja daleko bardziej realna finansowo.
Budżet takiej firmy, to dwa solidne etaty, utrzymanie bibliowozu i paliwo na poziomie około 50zł dziennie, jakieś grosze na ogrzanie magazynu – w sumie około 100 tysięcy złotych rocznie. Sprzedaż przyszkolna w ciągu tygodnia i przykościelna w niedziele da więcej, niż w księgarni, bo i młodzież, i wierni po mszy świętej będą bardziej motywowani, żeby się tym zainteresować. Kupno transportera, małej ciężarówki, albo nawet autobusu – i przystosowanie go do potrzeb handlu książką – nie jest dziś problemem, wymaga tylko znalezienia dobrego majstra od blacharki. Dogadanie się ze szkołami i klerem też powinno nie być dla mnie trudne.
Nic, trzeba jeszcze trochę zastanowić się nad ideą, metodą i pieniędzmi – i ewentualnie próbować zacząć taki biznes. Miałbym ochotę.
Bilans czasu po 150 dniach: 592+635=1227, średnia: 3h57‘+4h14‘=8h11‘.

15.10.05, Przerośl

Brak komentarzy

Zabieram się do roboty bardzo powoli. Prasa, internet, senne myślenie o dalszym ciągu zaczętego wczoraj artykułu, znów trochę prasy z ważnymi dziś dla mnie tekstami – i robi się południe. W „Rzeczpospolitej“ bardzo ciekawy wywiad z zamieszkałym w Stanach intelektualistą francuskim o antyamerykanizmie Francuzów i o porównaniu mentalności europejskiej i amerykańskiej. Zwróciła mi na ten tekst uwagę Małgosia, mówiąc, że to współbrzmi z tym, co i ja mówiłem po powrocie ze Stanów. Rzeczywiście zgadzam się z autorem niemal we wszystkich opiniach. Tak, jak i on, mam wrażenie, że w odróżnieniu od USA, cywilizacja europejska jest w kryzysie: nie ma w nas energii, optymizmu i wewnętrznego dynamizmu. Jesteśmy zachwiani w poczuciu tożsamości kulturowej.

To ważne w kontekście natarczywego europeizmu, towarzyszącego w Polsce naszemu wejściu do UE. Kupiliśmy mieszkanie w budynku zdezolowanym i wymagającym poważnego remontu. Cena nie była wygórowana, ale teraz trzeba do tego remontu doprowadzić, bo inaczej chałupa prędzej czy później się zawali i stracimy, zamiast zyskać na tej całej operacji. Trzeba obmyśleć zakres tego remontu, jego koncepcję i strategię, a potem przekonywać do nich lokatorów, od dawna zamieszkałych w tym budynku i przywykłych do panującej w nim sytuacji. To poniekąd temat do kolejnego artykułu, jaki warto byłoby napisać. (…)

Jeszcze nie minęła północ, a ja mam napisany ośmiotysięczny artykulik o Kościele, który nie może być poprawny politycznie. Jutro trzeba jeszcze będzie mu się przyjrzeć i uzupełnić jedno brakujące określenie, ale w zasadzie tekst jest. Idę spać. Bilans: 586+614=1200; średnia po 147 dniach: 3h59‘+4h11‘=8h10‘.

Wczoraj udało mi się załatwić sprawy na zjeździe w toku jednego dnia, a jako, że byłem tam mimo wszystko samochodem, to wróciłem z powrotem do Przerośli, wyliczywszy, że mogę tu spokojnie siedzieć jeszcze prawie trzy dni i do Warszawy pojechać dopiero w niedzielę po południu, albo w poniedziałek rano.
Wizyta na zjeździe miała swój sens poznawczy i organizujący mój przyszły warsztat. Zjazd – to 360 delegatów + goście i organizatorzy. Towarzystwo podobne, jak na międzynarodowych zjazdach ŚKP – przewaga osób w wieku średnim, trochę starych i zasłużonych, bardzo mało młodych. Spora reprezentacja pań. Specyficzny typ inteligencji związkowej, obeznanej z formą konferencyjnego życia na sali i w kuluarach, średnio zainteresowanej programowym meritum obrad, ale w głównych problemach zorientowanej i miejscami kłótliwie aktywnej i emocjonalnej. Patriotyzm związkowy duży, poczucie tożsamości ideowej silne, podejrzewam, że bezkrytyczne, ale może się czepiam… W całym toku dnia – od bardzo uroczystej mszy świętej, przez wyróżnianie spośród wszystkich gości przedstawicieli kleru, aż po cytaty z Jana Pawła pojawiające się w przemówieniach co trzydzieści minut – strasznie dużo akcentów katolickich. Chyba przesolone. Obrady nudne, bo poświęcone kwestiom organizacyjno-prawnym związku. Ciekawym przerywnikiem były odwiedziny Lecha Kaczyńskiego – pełny i huczny aplauz sali. Dobrze ułożone przemówienie, nie było się do czego przyczepić. Wizerunek wyszedł taki: swój chłop, ale mądry, spokojny, ma projekt swojej pracy prezydenckiej, złodziejom ze świecznika da popalić – a chyba w tych wyborach zwyciężymy. Ten fragment kampanii wyborczej wyszedł bardzo dobrze – tyle można powiedzieć na pewno.

Towarzystwo przyjechało samochodami – blisko setka aut. Maluch tylko jeden – mój. Dzięki Jerzemu Kłos. i pani Małgorzacie Franczyk udało mi się przeprowadzić dwie rozmowy z kluczowymi dla mojej problematyki ludźmi – z panami Adamczykiem i Matlą z działu zagranicznego i z panem Zbyszkiem Kruszyńskim z działu polityki społecznej. Obie udane. Dział zagraniczny był przygotowany do tej rozmowy merytorycznie i zaproponował mi wystąpienie na kk z pogadanką o Ukrainie, jako o terenie pracy związkowej. Może byłby to początek czegoś szerszego. Rozmówca z działu polityki społecznej robi wrażenie mocno zaangażowanego w sprawy biedy. Mój pogląd o potrzebie walki z psychologicznymi i psychospołecznymi przyczynami biedy i o konieczności tworzenia ekip lokalnych do tego zadania przyjął i poprosił o sformułowanie go na piśmie – do przedstawienia władzom związku. Podjąłem się zrobić to w terminie dwóch tygodni.
Po załatwieniu tych dwóch spraw uznałem, że dłuższe siedzenie tam, spędzanie wieczoru, nocowanie i zajęcia poranne na zjeździe, nie będą już produktywne. Zawinąłem się z powrotem do Małgosi.

W dzisiejszej „Rzeczpospolitej“ mój tekst o Kościele polskim. Krzysztof G. po raz kolejny szybko spełnia zapowiedź druku. W tej sytuacji nie wypada mi nie zrobić do wtorku zapowiedzianej drugiej części, której wizja zdążyła mi się w międzyczasie zaćmić. Idzie o obecność Kościoła w polskim życiu społecznym. Temat jest oczywiście na książkę, nie na 9 tysięcy znaków drukarskich, ale w moim przekonaniu rozkłada się na dwie części: – formowanie postaw moralno-społecznych i opinii
ideowo-politycznych i działalność inicjująca i wspierająca akcje pomocowe w oparciu o struktury kościelne. Główną myślą tego artykułu chcę zrobić zwrócenie uwagi na niedość wykorzystywaną dynamikę duchową społeczeństwa, która dla całego systemu społeczno-politycznego może stać się i czasami, jak w 1980 roku, staje się czynnikiem decydującym.

No, udało mi się ruszyć. Napisałem – w ciągu trzech godzin – raptem tysiąc znaków, ale oceniam to, jako udany początek. Bilans po 146 dniach: 586+605=1191; średnia: 4h01‘+4h09‘=8h10‘. W sumie wygląda to znakomicie, ale od wczoraj książka zaczyna przegrywać z innymi tematami roboty, co jest niepokojące. Jest nadzieja, że gdzieś od połowy przyszłego tygodnia, po uporaniu się z obu artykułami, zdołam się znów za nią zabrać. „Nie ma letko“.

12.10.05, Przerośl

Brak komentarzy

Rano byłem w Suwałkach, kupiłem m.in. przedzjazdowy numer TS i moje obawy na temat zakalca w przygotowywanym tekście jeszcze wzrosły. Postanowiłem więc poczekać z redagowaniem go do obejrzenia i wysłuchania obrad zjazdu i do rozmowy co najmniej z naczelnym TS, a nie wykluczam, że i ze Śniadkiem. Idzie o to, by precyzyjniej określić treść tego, co chcę pisać. Z jednej strony jest to pokazanie przykładów spraw, których nie rozwiąże żadna instytucja, a rozwiązać może tylko „sąsiadka“ – czyli solidarność konkretnych ludzi ze środowisk lokalnych. Z drugiej – jest to zachęta do animacji takiej solidarności przez struktury bazowe związku. I przez pismo. Przy okazji zjazdu dowiem się, co i gdzie w tym kierunku już robiono, co z tego wyszło i jakie były trudności. Lepiej dać lepszy tekst o tydzień później, niż ogólnikowe wzdychanie teraz. A do rozmów na te tematy w kuluarach zjazdu jestem mniej więcej przygotowany.
W ramach oszczędności nie biorę do Wasilkowa i Warszawy samochodu. Wymaga to redukcji zabieranych bagaży, a więc i książek. Trzeba szczegółowo przemyśleć, co będę w Warszawie robił i co mi do tego będzie potrzebne. Wykłady nie wymagają niczego szczególnego. Drugi artykuł o Kościele polskim też będę pisał „z głowy, czyli z niczego“. Artykuł do TS mam podrobiony w laptopie, który biorę. Bez płyt się obejdę, zresztą trochę ich w Warszawie zostało. Na pisanie książki zostanie mi czasu niewiele – materiały do tego, co zdążę zrobić, też są w komputerze. Tak więc mogę zaryzykować wyprawę na dwanaście dni praktycznie bez książek, powinienem natomiast wziąć sporo telefonów i adresów, bo spraw do załatwienia może być wiele.
Bilans:4+4=8; 586+582=1168; średnia po 144 dniach: 4h04‘+4h03‘=8h07‘.

11.10.05, Przerośl

Brak komentarzy

Wczorajszy wysiłek przy pisaniu wyrównuje się dzisiaj długim popołudniowym snem i w ogóle nieróbstwem przez większość dnia. Myślałem trochę o niespodziewanej okazji darmowej jazdy do Rzymu. W założeniu ma to być pogodne „świętowanie wspomnień bohaterskiej przeszłości“ i należy w tym wziąć godny udział. Można postawić pytanie, czy nie pokusić się o nadanie temu jakiegoś sensu przyszłościowego, a zarazem uniwersalizującego przesłanie panny S. Trzeba byłoby wiedzieć, z kim i gdzie o tym gadać, a także – gdzie dziś, po 25 latach, takie przesłanie byłoby interesujące. Pierwszym, jeszcze krajowym, źródłem informacji byłby chyba Janek Kułakowski, z którym muszę skontaktować się zaraz po powrocie do Warszawy.
A propos powrotu do Warszawy: Małgosia zgłosiła chęć pozostania tu do środy 26 października wraz ze zwierzętami. Dla mnie przyjazd po nią wtedy jest wygodniejszy, niż powrót z konferencji związkowej na tę sobotę. W tej sytuacji z konferencji jadę wprost do Warszawy na 10-dniowe słomiane wdowieństwo, oszczędzając troszkę czasu i pieniędzy.
A tymczasem, do jutra wieczora, czyli w 24 godziny, powinienem napisać tekst do TS. Brrr! (…)

Po pięciu godzinach pisania mam wystukane blisko pięć tysięcy znaków, ale czy z tego wyjdzie artykuł – nie jestem pewien. Boję się zakalca. Bilans: 0+6=6; 582+578=1160; średnia po 143 dniach: 4h04‘+4h03‘=8h07‘.


  • RSS