cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Od wczorajszego wieczora jestem w domu, jak przyjemnie! Pobyt w Kownie oceniam wysoko, natomiast na myśl o jeździe do Rzymu i Wenecji w przyszłym tygodniu krzywię się i nie rozumiem, dlaczego tak bezmyślnie zgodziłem się na udział w tej imprezie. Sensu w niej bardzo niewiele, a to, co mam tam do powiedzenia, należałoby powiedzieć całkiem gdzie indziej, bo w ambasadzie nikogo to nie zainteresuje. Zadziałał u mnie po prostu odruch z lat młodych: można pojechać za granicę i to bezpłatnie, ale gratka… A teraz już wycofać się nie wypada, trzeba jechać.

Wczoraj zaskoczyła mnie „Rzeczpospolita“, drukując w „Plusie-Minusie“ mój poprzednio odrzucony przez Janka Skórzyńskiego tekst „Kim był twój pradziadek?“ Niby to dobrze, ale chciałem już go wykorzystać w inny sposób, w nieco rozszerzonej wersji publikując go w „Więzi“. A sam fakt publikacji w tym układzie moich rozmów z redakcją i pojawienia się mojego nazwiska w TS może należałoby uznać za sygnał pewnej zmiany pozycji przetargowej. Coś mi gada, że jeszcze na emeryturę tak natychmiast nie pójdę i że z likwidacją mego półetatu nie będą się w redakcyjnym „naczalstwie“ śpieszyć.

A Małgorzata w swoim blogu umieściła fotografie swoich ostatnich prac – wyszło to bardzo ładnie i przyniosło sporo wypowiedzi jej internetowych znajomych. Takie „wystawianie“ obrazów i rzeźb, to znakomity pomysł, który zawdzięczać należy przede wszystkim Maryni. To duża rzecz.

We wczorajszych pociągowych rozmyślaniach przyszła mi do głowy sentencja: „Kiedy dociera do mnie, że czegoś zupełnie nie mogę zrozumieć, wtedy właśnie jestem blisko prawdy. Jądrem prawdy bywa tajemnica, która nie jest przedmiotem rozumienia, ale kontemplacji.“ Znakomitą książką okazał się „Pierścień rybaka“ Jean Raspaila, pełen zadumy nad losem człowieka i Kościoła w historii. Rozmowy z Michaliną Szibajewą były też w tej dziwnej filozoficznej tonacji. Może i skok do Italii przyniesie mi jakieś znaleziska duchowe?
Bilans po 176 dniach: 665+805=1470, średnia: 3h47‘+4h34‘=8h21‘.

Konferencja skończona, wyżerka i popitka już za mną, samotny spacer nad Niemnem odbyty, przede mną wygodna noc, poranne samotne wędrówki po mieście i w połowie dnia wsiadam do pociągu i jadę do domu, będę na Rakowieckiej równo za 24 godziny od tej chwili. Gdy dojeżdżając trzy dni temu do Sokółki dowiedziałem się, że do Kowna pociągiem nie dojadę, przez moment chciałem zrezygnować i wracać do Warszawy. Nie pozwoliła mi na to ambicja: „BC musi dać sobie jakoś radę!“. Ambicja była zdrowa – bardzo cieszę się, że tu byłem. Sesja była kameralna i dzięki temu ciekawa, bo dyskusje były bardziej autentyczne, dotykały osobistych przekonań. Najciekawszą osobą była pani Michalina Szibajeva z Moskwy, filozof kultury chyba dużego formatu, a przy tym niezwykle miła i dobrze znosząca swą trudną rolę przedstawicielki kraju zniewalającego sąsiadów. Dziś przy kolacji opowiedziała nam, że urodziła się w łagrze, a imię otrzymała po Polce-lekarce, współwięźniarce, która ratowała ciążę jej matki, a sama zmarła przed urodzeniem się dziecka. Całe tutejsze towarzystwo podobało mi się, atmosfera świetna, poglądy interesujące. Mój referat przyjęty był bardzo dobrze, o swoich planach przyjeżdżania tu z wykładami mówiłem z szefową studium, panią docent Asiją Kovtun, sekretarzem – Ireną Miklaszewicz, kierownikiem katedry historii XIX-XX wieku, doc. Pranasem Janauskasem, z nowym dyrektorem instytutu polskiego w Wilnie – Mariuszem Gasztołem, jutro może zdołam jeszcze głębiej pogadać z profesorem Aleksandraviciusem. Wstępnie i werbalnie wszyscy zapraszają bardzo serdecznie, czy coś z tego wyniknie, pokaże czas. Ale na pierwszy rzut oka, wszystko wygląda bez porównania aktywniej, niż w Wilnie.
Wczoraj obradowaliśmy w Kownie, dziś w Miłoszowych Szetejniach niedaleko od Kiejdan. Tamże, przy pobliskim kościółku byliśmy na grobie powieszonych tam powstańców 1863 roku. Chwila modlitwy tam była moim prywatnym obchodem święta odzyskania niepodległości Polski w 1918 roku. I coś mi gada, że byłem w tym momencie właśnie „na swoim miejscu“ – na Litwie, z Polakami, Litwinami, Tatarką, Białorusinem i Rosjanką.

Wieczór w hotelu, po rozmowie z Andrzejem Pukszto. Jutro rano mam wykład, jeszcze nie gotów, więc notatka tutaj krótka. Podróż skomplikowana, bo w drodze dowiedziałem się, że pociąg do Kowna dziś nie jedzie i musiałem główkować, jak się tu dostać. Udało się fuksem – akurat w środy – raz na tydzień leci przez Suwałki i Kowno autobus Eurolines ze Stutgartu do Rygi. Złapałem go i jestem tu, bardziej chyba zmęczony, niż napięty, chociaż z jutrzejszym wystąpieniem wiążę pewne dalsze plany, więc chciałbym, by wypadło dobrze. (…) W ciągu godziny – półtorej przygotowałem szczegółowe notatki. Materiału jest bardzo dużo, boję się, że mogę nie zdążyć o wszystkim powiedzieć. Cóż, zobaczymy, jak to wyjdzie – przygotowany jestem może nawet za dobrze, z doświadczenia wiem, że właśnie w takich przypadkach wystąpienia wychodzą mi mniej przekonywująco. Trudno, będzie, co będzie…

Dawno nie byłem na Litwie. Tutejsza prowincja wydaje mi się w gorszej kondycji, niż prowincja polska. Ciemniej, nie tak barwnie, jak u nas, mniej pędu do odnawiania domów. Przed paru laty miałem wrażenie, że Litwini za chwilę nas cywilizacyjnie przegonią. Dzisiejsze obserwacje są odmienne – chyba mają jeszcze daleko. Andrzej P. korzystnie ocenia tutejszy uniwersytet w porównaniu z niesympatyczną atmosferą w Wilnie. To jednak na razie tylko pierwsze wrażenia, dopiero zaczyna tu pracę. W każdym razie jakaś współpraca naukowa w tej tematyce, którą ja proponuję, wydaje mu się na pierwszy rzut oka możliwa. Jutro i pojutrze wysonduję w tym względzie Aleksandraviciusa. A tymczasem spać…

Dzisiejsza wizyta w TS bardzo miła, w tym numerze puścili nie notkę, a większy mój artykuł, zwracając na niego uwagę czytelników w krótkim edytorialu Jerzego Kłosińskiego. W stopce figuruję już jako stały współpracownik. To ostatnie ma ten minus, że zmusza mnie do rezygnacji z półetatu w „Rzeczpospolitej”, czyli jest znacznym kopniakiem finansowym, ale sprawia także frajdę: naprawdę mnie chcą.
Po dniach sporej aktywności publicystycznej mam nadróbki i w „Rzeczpospolitej” i w TS, to dobrze, bo zaczyna się miesiąc zawodowej turystyki. Jutro rano wyjeżdżam do Kowna.

Małgorzata namalowała nowy, śliczny krzyż, z Chrystusem, który zrywa się do lotu ku Ojcu. Krzyż jako znak nadziei jest dla Małgosi tematem, dla którego szuka coraz to nowych realizacji artystycznych.
Bilans: 625+782=1407; średnia po 170 dniach 3h41’+4h36’=8h17’.

Robię za dziadka. Musiałem przez kwadrans oglądać telewizyjny program dla dzieci, będący odpowiednikiem dawnych kreskówek. Ohyda artystyczna i idiotyzm treści poraziły mnie. W jakim świecie wyobraźni żyje mój siedmioletni wnuk, sympatyczny i zdolny chłopak, dziecko inteligenckich i inteligentnych rodziców? Cóż, nie ja jestem jego wychowawcą i nie mnie ustalać jego kulturowe menu. Jestem człowiekiem poprzedniego stulecia, inne bodźce wychowywały mnie i inne wyzwania przede mną stawały. Wtrącać się nie chcę, milczeć będę chętnie, nie wymagajcie tylko ode mnie „dialogu“i „uczestnictwa“ w tym świecie sztucznie narzuconego prymitywu. Po południu Jaś przez trzy godziny będzie pod moją wyłączną opieką – doprawdy nie wiem, jak z nim rozmawiać…
(…) Problemu praktycznego nie było, gadaliśmy o drobiazgach, a potem byliśmy razem na średnio udanej impezie promocji książki „Nowe przygody Mikołajka“, W głębszej warstwie problem jest bardzo zasadniczy – dystans jest zbyt duży, a moja ocena tamtej kultury tak drastycznie negatywna, że wyklucza szukanie zbliżeń. Gdybym powiedział, co myślę, byłbym uznany za przedpotowego, a skoro to ukrywam, to nie mam nic do powiedzenia.

Przez cały dzień mam z tyłu głowy pytanie o temat do ramki w TS – i nie mam pomysłu. Albo raczej – mam pomysły wątłe, albo niedość pasujące do łam. Notując je tu dla pamięci własnej hasłowo, nie zdołam wyjaśnić, o co ma w nich chodzić, więc czytelnicy się rozłoszczą moją niegrzeczną enigmatycznością, ale trudno. A więc po pierwsze: co to jest gmina. Po drugie: współczesna inteligencja wiejska. Po trzecie: moi złoczyńcy. Po czwarte: prace studenckie. Po piąte: paszport twojego pradziadka. Po szóste: dzieje S na emigracji. Po siódme: niepokorni i nieprzekupni. Po ósme: w czym ci pomóc?
Coś z tego trzeba wybrać do napisania jutro.

Z inicjatywy Małgosi czytam bardzo urokliwą książkę nieznanego mi dotąd pisarza francuskiego, Jean Raspail, pod tytułem: „Pierścień rybaka“ – fantazja wokół historii papiestwa z okresu schizmy zachodniej w końcu XIV wieku. Oj, daje do myślenia – i o Kościele, i o historii, i o istotnych wartościach w życiu człowieka. Pojawianie się takich książek, to inne, wspaniałe oblicze współczesnej kultury zachodnio-europejskiej. U nas dziś podobnych dzieł nie ma.

Dochodzi 9.30. Zaraz zacznę na nowo pisać wczorajszy artykuł – bez entuzjazmu i raczej z niedobrymi emocjami, które próbowałem opanowywać nawet we śnie. Akceptacja własnej bezradności wobec sytuacji nie przychodzi mi łatwo – co chwila napływają nowe fale goryczy i burzą spokojne, zdroworozsądkowe podejście do rzeczy. Nic, nie filozofuj, pisz od początku, może się uda zrobić dobry tekst. (…) No, i prawie, że się już udało. Spędziłem przy komputerze kolejne sześć godzin – i mam co najmniej trzy czwarte drugiej redakcji, Gdybym się uparł i posiedział jeszcze z półtorej godziny, dojechałbym do końca. Ale nie chce mi się męczyć, zrobię to jutro rano. Dobrze, że wziąłem się w garść po tym wczorajszym wpadunku komputerowym.
Po południu byliśmy z Małgorzatą w Milanówku, na miłym i ładnie zorganizowanym
wernisażu wystawy obrazów, rysunków i zdjęć Jacka Winklera. Zawieźli nas tam nasi sąsiedzi, Ula i Andrzej Leszczyńscy, a na miejscu spotkałem jeszcze parę osób znajomych. Ludzi było mnóstwo, stara inteligencka elita milanowska, pamiętająca Jacka z czasów naszego dzieciństwa i młodości. Pomyślałem, że chyba zdziwiłby się, słysząc, jak wzniosła legenda otacza jego osobę. Było to bardzo przyjemne.
Bilans: 624+764=1388: średnia po 168 dniach:3h43‘+4h33‘=8h16‘.
(…) Mimo pewnego zmęczenia poświęciłem jeszcze około dwóch godzin i skończyłem artykuł dzisiaj – i to nawet przed północą. Następnym pilnym zadaniem jest jedna, a lepiej dwie kolejne ramki do TS. Mam na nie 48 godzin, wystarczy.

4.11.05, Warszawa

1 komentarz

Wczoraj dotarła wysłana mi z Niemiec książka „Polen und Osten. Texte zu einem spannungsreichen Verhaltnis“ – zbiór polskich wypowiedzi na tematy sąsiadów wschodnich z ostatnich 150 lat w tłumaczeniu na niemiecki. Pięćset stron – m.in. Dmowski, Połsudski, Koneczny, Jasienica, Jędrzej Giertych, Studnicki, Adolf Bocheński, Słonimski, Hertz, Wyszyński, Vincenz, Mieroszewski, Stomma, Ajnenkiel i z dziesiątek ludzi młodszych ode mnie. A poza tym mój tekst „Słychać kroki Wernyhory“ z grudnia zeszłego roku. To dla mnie duża przyjemność, tekstów niemieckich dotąd chyba jeszcze nie miałem, a tu występuję w towarzystwie bardzo śmietankowym.
(…) Przez prawie dziesięć godzin pisałem artykuł, komentujący wybory. Byłem z niego bardzo zadowolony. Co kilkanaście minut utrwalałem tekst. Napisałem dziewięć stron. Pisałem dosłownie ostatnie zdanie i w wyrazie „prąd“nieprawidłowo nacisnąłem podnośnik przy „ą“. Skasowałem cały tekst bez możliwości jego przywrócenia. Przez jedenastą godzinę szukałem tekstu w komputerze, bez rezultatu. Trudno pogodzić się z własną bezradnością: taki byłem zadowolony z tego wyjątkowo płodnego dnia…

Obudziłem się dość wcześnie, by spokojnie przemyśleć rozkład jazdy na najbliższe pół roku, czyli czas dydaktyczno-publicystyczny, z paru wyskokami za granicę, wbrew pozorom potrzebnymi dla pełnienia moich ról. Dydaktykę mam już mniej więcej uporządkowaną merytorycznie, niejasny jest natomiast program publicystyczny. TS wymaga cotygodniowej ramki, publicystyka większych form może się tam ukazywać najwyżej raz w miesiącu, ale powinna zjawiać się co najmniej raz na dwa miesiące. Raz na kwartał mogę dawać coś do „Więzi“, jeśli jej kierownictwo podtrzyma stanowisko Ani K.-O. Istotne jest tu natomiast ustalenie dalszego ciągu moich kontaktów z „Rzepą“: czy kontynuacja pracy półetatowej przy swobodzie pisania na innych łamach (TS, Więź), czy formuła ryczałtu, dającego mi leczenie na koszt firmy i użytkowanie jej komputerów, czy przejście na współpracę luźną – od przypadku do przypadku.
W wiadomościach ze świata najbardziej bulwersująca jest sprawa wożenia jeńców islamskich przez polskie lotnisko pod Szczytnem, a może i przetrzymywania ich na terytorium Polski. Zgoda rządu Millera na ten proceder może Polskę jeszcze kosztować. Najśmieszniejszy jednak jest w tym fakt, że znana historyjka Leppera o talibach w Klewkach nagle nabiera co najmniej prawdopodobieństwa, bo, jak sprawdziliśmy z Małgorzatą na mapach, z lotniska w Szymanach do Klewek jest przez lasy w linii prostej poniżej 50 km. Coś mogło być na rzeczy i wyśmiewany przez wszystkich cham Lepper mógł wiedzieć, co mówi…
W związku z jazdą do Kowna przyszła mi do głowy idea zaproponowania tam wspólnego opracowania tomu prac, poświęconych epoce przełomu XIX-XX wieku w dziejach społeczeństw, wyzwalających się spod niewoli rosyjskiej i dążących do niepodległości – i ról kultury, religii i emancypacji chłopstwa w tych procesach. To ma szansę przebicia się merytorycznego, politycznego i zdobycia dużego grantu na międzynarodową skalę. Zgłosiłem chęć rozmowy na ten temat Wieśkowi Wysockiemu – chciałbym go wysondować, w jakim stopniu mógłbym podczas rozmów w Kownie angażować w taką współpracę nasz cały wydział. Stopniowa precyzacja tego pomysłu zajęła mi praktycznie popołudnie i wieczór – w sumie wyszedł z tego całkiem przyzwoity dzień pracy – co najmniej jedenaście godzin. Bilans: 5+6=11; 623+747=1370; średnia po 166 dniach: 3h45‘+4h30‘=8h15‘.

Podróż udana, łatwa, szybka – pięć godzin i pięć minut mimo korka w Warszawie. Kolejne rozmowy z Rzymem na temat tamtejszej konferencji za trzy tygodnie: bardzo wygodnie, mam pierwsze wystąpienie, określony temat i 20 minut czasu, więc układ wydaje się optymalny. Mam opowiadać o kontaktach ówczesnej opozycji z Kościołem jeszcze przed powstaniem „S“, mówiąc po polsku – będzie tłumaczenie symultaniczne. Powinienem dać sobie radę.
Przeczytałem „Rzeczpospolitą“ i TS. „Rzepa“ stopniowo spokojnieje, przystosowując się do przegranej swego kandydata. W TS euforia sukcesu politycznego, ale bez ekscesów. Pojawiła się moja pierwsza ramka: „Mieszkaniec czy obywatel…“, co sprawiło mi przyjemność.
Rząd mamy mniejszościowy, politycznie słaby, ideologicznie spójny – zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Bilans: 3+6=9; 618+741=1359; średnia po 165 dniach: 3h45‘+4h29‘=8h14‘.


  • RSS