cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Znów dobrze się stało, że zdecydowałem się wracać o dzień wcześniej. Śnieg zaczął sypać już wczoraj w południe, kiedy byłem w Suwałkach. Im bliżej Warszawy, tym droga była trudniejsza, ale autobus spóźnił się tylko pół godziny. Sypało potem całą noc i dziś bez przerwy, a jest już piętnasta. Ruch w Warszawie jest bardzo trudny, a dojechać tu z Suwałk dziś autobusem chyba niemożliwe, a i pociągiem opóźnienia mogą być kolosalne. Wczoraj rano udało mi się częściowo posprzątać w Przerośli, dziś właściwie cały dzień pójdzie na rozkurz, telefony, życzenia, kwiatki, whisky. Może teraz uda mi się ze dwie godziny popracować, ale to wszystko. Z udziału w sylwestrze zrezygnowali Bogdanowie, są zbyt zmęczeni i chcą pospać… Będzie więc nas mniej, niż w ubiegłych latach. Dziś telefony do Zosi Kow., do Tadeusza Maz., planowane składanie życzeń naszej sąsiadce i sylwester w gronie siedmiorga osób oscylujących między 65 a 70 lat – jedynie chyba Małgosia będzie tam przed sześćdziesiątką, to wszystko składa się na refleksję o zmierzchu, zresztą pozbawioną dramatyzmu i lęku. (…)
Już wieczór, za chwilę wychodzimy na sylwestra. Bilans na zakończenie roku: 856+1064=1920, średnia po 224 dniach: 3h49‘+4h45‘=8h34‘. Nie oszałamiająco, ale całkiem nieźle.
Panie Boże, dziękuję za ten rok. Przebacz rzeczy paskudne, a w przyszłym pomóż, żeby było lepiej.

Dziś rano długie spanie po złej bezsennej nocy, potem ciąg dalszy sprzątania. Teraz – przed piątą po południu – koniec zajęć gospodarczo-organizacyjnych i nadzieja na dalsze pisanie. Niestety bank suwalski w sylwestra nie pracuje. Oznacza to, że albo jutro robię wyprawę po pieniądze dla Heńka i wracam tu z nim się rozliczać, albo on jedzie do Suwałk ze mną, rozliczamy się tam i ja wyjeżdżam do Warszawy dzień wcześniej. To drugie wyjście wydaje się sensowniejsze, ale nie jestem pewien, czy warto zmieniać dotychczasowe plany. Jednak tak: umówiłem się już z Heńkiem, z Anią Jankowską i zawiadomiłem o tym Małgosię.
Opowiadał mi Piotr, że na klubowej pasterce był Tadeusz M. i że dwukrotnie prosił o przekazanie nam życzeń świątecznych. Pomyślałem, że w sylwestra zadzwonię do niego z podziękowaniem i z życzeniami noworocznymi. Przy okazji postaram się dowiedzieć, co u niego słychać – ostatnie jego przedsięwzięcie polityczne okazało się niewypałem, więc musi być trochę przygnębiony. Może uda mi się jakoś go rozruszać… A do Tadka K. się też nie dodzwoniłem…
(…) Jutro zatem jadę do Warszawy. Niestety wiozę tylko początek tekstu o paradoksach Wielkiej Wojny. Dochodzi północ, mam napisane niecałe 10 tysięcy znaków – i poczucie, że to najwyżej jedna trzecia tematu. Może zdołam coś jeszcze dopisać rano, ale będzie to jakiś drobiazg. W sobotę też mam szansę kontynuacji pracy, ale skończyć tego przed Nowym Rokiem jednak nie zdołam, zwłaszcza, że koncepcja dalszego ciągu trochę mi się w trakcie roboty zamgliła.
Z robót domowych nie wykonałem dwóch dużych prac – trzepania wszystkich zapylonych okryć szmacianych: jest tego sporo, rozmiary duże, można byłoby to rozwieszać kolejno na sznurze na podwórku i walić trzepaczką, albo tu w mieszkaniu traktować odkurzaczem, choć nie wiem, czy będzie to skuteczne. Druga czynność, to mycie podłóg. Jeśli jutro wstanę raniutko, to powinienem zdążyć przynajmniej część tego wykonać. W ciągu dnia dziś pospałem, więc mogę tę noc skrócić… Bilans po 222 dniach: 846+1063=1909; średnia: 3h49‘+4h47‘=8h36‘.

Wczoraj udało mi się zacząć tekst o Wielkiej Wojnie, zrobiłem szczegółowy plan całości i napisałem niecałe pięć tysięcy znaków, ale temat rozwija się powoli, więc to najwyżej ćwiartka całości. Dziś był tu rano Heniek, umówiliśmy dalszy ciąg robót na drugą dekadę stycznia, a potem wziąłem się za sprzątanie. W ciągu trzech godzin i tutaj wykonałem chyba z ćwiartkę całości. Resztę zostawiam na jutro i pojutrze. Za chwilę stawi się tu redakcyjny fotograf, ma robić zdjęcia do mojego artykuułu, Przyjechał, zrobił, pojechał. Dziś już wiele nie zrobię, jest wieczór i jestem senny. Ale najbliższe dwa dni zapowiadają się dobrze, jako zupełnie wolne od załatwiania interesów. Jest tylko sprzątanie i pisanie. To zapowiada pewną szansę na napisanie zaczętego szkicu. Ostatni dzień roku będzie dla roboty stracony – rano bank w Suwałkach i częściowe rozliczenie z Heńkiem, po południu jazda do Warszawy, wieczorem sylwester z Małgosią u Dziewczyn.

Przyjechałem tu wczoraj samochodem, z drobnymi przygodami, bo w lesie przed Stawiskami miałem awarię, trzy kilometry szedłem pieszo do stacji benzynowej, gdzie sympatyczny właściciel i jego pracownik przyszli mi z darmową pomocą. Tutaj zastałem napalone w domu, więc najgorszy element zimowych odwiedzin w Przerośli został mi oszczędzony, oczywiście dzięki Heńkowi. Gruba część remontu została wykonana, pozostaje malowanie i sprzątanie – na razie wszystko pokryte jest warstwą białego pyłu. Nie bardzo wiem, jak się do tego zabrać – i czy już teraz, bo podejrzewam, że przy robotach „wykończeniowych“, znów pył będzie się wzbijał i osiadał na wszystkich meblach i podłogach. Natomiast mieszkanie już teraz wygląda bez porównania lepiej, niż dotąd. Na froncie eleganckie drzwi, zamiast dawnej blachy, pokój przejściowy bez dziur w suficie i z białym podkładem na ścianach wygląda jasno i czysto, korytarz i sionka wejściowa jak w domu, nie jak w oborze. Jeszcze trochę, a będzie można powiedzieć, że mieszkamy jak ludzie…
Święta w Warszawie minęły miło i rodzinnie, z dziećmi, wnukami i z wizytą u Jacków Ł. Za cztery doby będę stąd wyjeżdżał na sylwestra do Warszawy. W międzyczasie chcę napisać tekst o paradoksie Wielkiej Wojny. Jeśli zdążę to zrobić, to zakończę rok z wyraźnym sukcesem roboczym. Na razie jednak, jak zwykle po przyjeździe z Warszawy, cisza rozmarza mnie bajecznie i chce mi się spać. Dawniej podejrzewałem, że to działa wypijany tu tradycyjnie po przyjeździe alkohol, teraz okazuje się, że to jednak samo świeże powietrze tak uspokajająco wpływa na mój organizm.

W BN-ie jestem w tym roku po raz ostatni – czytelnie od jutra będą zamknięte aż do 2 stycznia.
Dziś mam nadzieję skończyć Sazonowa i solidnie przejrzeć pamiętniki Windischgraetza – też są wydane po francusku. Rano załatwiłem parę drobiazgów domowych i zostałem przez Małgorzatę 4wypuszczony do własnych zajęć. (…)
Po pięciu godzinach pracy skończyłem Sazonowa, a Windischgraetz mnie rozczarowuje: nie wydaje się prezentować ani poglądów austriackiej władzy, ani społeczeństwa – jest magnatem, kosmopolitą i chyba nie wiele wie o rzeczywistych proporcjach spraw, o których pisze. Na razie dam mu spokój.
(…) Wieczór, zmęczenie, senność. Niepotrzebny i niedobry przedświąteczny stres. Tak jest co roku. Nie warto na to utyskiwać, to na nic nie pomoże. Po prostu trzeba czekać do końca świąt i starać się nikogo w międzyczasie nie pokaleczyć tak, jak jest się samemu nieświadomie kaleczonym przez innych.
Dzwoniłem z życzeniami m.in. do Ciotki Wali, przez telefon wydawała się być w dobrej formie – ma lat co najmniej 94… Zmarł natomiast przed dwoma tygodniami ojciec Tadeusza Konopki, miał lat 87. Jutro spróbuję dodzwonić się do Tadeusza – był z ojcem bardzo zżyty, więc jest mu teraz na pewno bardzo ciężko.
Przez ostatnie dwie godziny czytałem Bulowa po niemiecku ze słownikem. Przeczytałem około dwóch stron. Ciekaw jestem, czy wytrzymam ten trening i jak mi on będzie szedł np. po tygodniu.
Bilans: 8+0=8; po 216 dniach 820+1053=1873; średnia: 3h48‘+4h53‘=8h41‘.

Bilans po 215 dniach: 812+1053=1865; średnia: 3h47‘+4h54‘=8h41‘.
Dobry wykład do historyków: a) Galicja do 1846, b)zabór pruski do 1849, a przy okazji trochę uwag o obrazach tych krain w polskiej historiografii. Po południu dalszy ciąg czytania Sazonowa w BN-ie, a teraz wieczorem wariacka próba czytania Bullowa po niemiecku. Jeśli podejmę wysiłek czytania go codziennie ze słownikiem przez miesiąc, zacznę biernie znać niemiecki, bo ten język, którego nigdy nie próbowałem się uczyć, wydaje mi się wyjątkowo łatwy w swojej strukturze gramatycznej. Jest to naprawdę do zrobienia.
Dostałem propozycję napisania eseju do zbiorowej książeczki o kulcie wolności w Polsce. Mam ochotę zrobić tekścik o polskiej drobnej szlachcie przesiedlonej po 1832 roku z Litwy na Kaukaz i biorącej udział w tamtejszych wojnach. Tom został wymyślony przez Wojciecha Roszkowskiego – pomysł ciekawy, a co z` tego wyjdzie, zależy od pięciu czy sześciu współautorów. Zamówienie opiewa na około 18 tysięcy znaków i na kwiecień. To realne. A dziś podpisałem rozwiązanie umowy o pracę z „Rzeczpospolitą“ – trochę mi żal, a trochę się cieszę.

Luksus spokojnej pracy w BN-ie, podczas gdy na dworze śnieg i ślizgawica, na mieście przedświąteczny tłok i przepychanka, a w domu atmosfera pośpiesznych przygotowań. Od paru lat Małgorzata zgłasza mi bardzo niewiele spraw przedświątecznych do załatwienia, mogę więc pracować spokojnie niemal do samej wigilii. Tym razem siedzę nad tematem, który wchodzi w zakres studiów „książkowych“, a równocześnie został zamówiony przez powstające na UKSW nowe czasopismo kulturalne o nieznanym mi jeszcze tytule. Mam napisać mianowicie tekścik o paradoksie pierwszej wojny światowej. Zrobię to z przyjemnością, ale postanowiłem w związku z tym zajrzeć do pamiętników wybitnych polityków i wodzów tamtej epoki. W domu mam Poincarego, Focha, Joffre’a i Pershinga, tutaj chcę przejrzeć Sazonowa. Nie mam niestety pomysłu na ich odpowiedniki z bloku państw centralnych, to zresztą nie dałoby się chyba zbadać bez znajomości niemieckiego. (…) Wieczór. Sazonow dobry. Oczywiście mocno załgany, ale to dotyczy ich wszystkich, tylko jego łatwiej mi na tym złapać. Ale po pierwsze podejmuje więcej istotnych kwestii politycznych, po drugie pisze w wielkim smutku po utracie ojczyzny, więc poważniej.
Przeczytałem w tej chwili tekst pani prof.M.O, który ma być umieszczony razem z tym moim, którego jeszcze nie ma. Bardzo piękne, bardzo humanistyczne, o bezsensie wojny i o niemożliwości jej adekwatnego odbicia w literaturze. I wywołujące mój głęboki sprzeciw. Wojna została zdecydowana przez ludzi świadomych, była celowa. Założonego celu nie osiągnęła, ale spowodowała skutki inne, o dużym znaczeniu historycznym. Logika wojny nie była znana większości ludzi, którzy zostali w nią zaangażowani lub uwikłani. A literatura światowa przyjęła ich punkt widzenia, gdzie widać straszne zjawiska, a nie widać sensu. I to spojrzenie odbija tekst Pani O. Jest bardzo dwudziestowieczny i bardzo zachodni. Ale można mu przeciwstawić spojrzenie inne. Ludzkie losy są budulcem dziejów gatunku ludzkiego. Niekoniecznie mierzwą, ale składnikiem. A wojny są węzłami tych procesów dziejowych. Dramatycznymi na pewno, dla indywidualnych biografii nawet tragicznymi. Ale dla toku dziejów – poniekąd twórczymi, nawet jeśli przyśpieszają tylko jeden czy drugi proces gnilny.
Jak o tym napisać, by być zrozumianym?

Wczorajszy dzień rozpada się na trzy doświadczenia: rano miałem wykłady dla socjologów, wypadł temat, który lubię – atmosfera polityczna w Europie lat 1930-tych. Przy mówieniu o tym mam miłą świadomość, że nikt inny nie ujmie tego tak, jak ja, że mówię coś, co udało mi się zauważyć i zrekonstruować z wielu puzzli samemu. Takie wykłady mówi się najlepiej. Ciekaw jestem, co ktoś zorientowany w meritum kwestii powiedziałby o moim jej ujęciu, ale cóż – wygłaszam to na pierwszym roku socjologii, nie mogę więc oczekiwać dyskusji ze słuchaczami, a publikacji tekstu z tej dziedziny na razie nie przewiduję.

Drugim doświadczeniem była wizyta u Renaty. W młodości przyjaźniliśmy się blisko, mieliśmy wspólnego mistrza duchowego – ojca J.B., spędziliśmy razem jedną wędrówkę w górach i jedne kajaki, potem każde poszło swoją drogą. Widujemy się często na ulicy, czy w kościele, zamieniamy po parę zdań, i każde leci dalej ku własnym sprawom. Renata własnej rodziny nie ma, mamy trochę wspólnych znajomych, ale dla mnie są to raczej bohaterowie wspomnień z młodości, niż aktualne kontakty. Widzieliśmy się parę dni temu na poczcie i postanowiliśmy spotkać się na stare plotki. Wpadłem do niej wczoraj – i było to wyjątkowo przyjemne spotkanie dwojga starych przyjaciół.

Trzeci element dnia stanowiła urodzinowa wizyta Maryni z Jaśkiem u Małgosi. Gadaliśmy i o jej sprawach, i o teologii, i o szansach kontynuacji zainteresowań Małgorzaty w tej dziedzinie. Poza tym Marynia w charakterze świętego Mikołaja wykupiła w ramach jakiejś nadzwyczajnej redukcji cen bilety samolotowe z Grenoble do Warszawy i z powrotem dla całej trójki Pierrów. Będą tu w dniach 21-28 stycznia – odbyliśmy w tej sprawie do nich parę telefonów. Cieszymy się ogromnie – i to nadało wczorajszemu spotkaniu wyjątkowo sympatyczny nastrój. Liczymy, że taka wyprawa w piątym miesiącu ciąży nie sprawi Ani trudności, a fakt, że potem z półtora roku przyjeżdżać tu nie będzie z uwagi na dziecko nadaje tej wizycie szczególnī walor.

Dziś był tu rano Bohdan G. Przyniósł mi nowo wydaną książkę Korneliusza Polickiego o filozofii człowieka u Bocheńskiego i pytał, czy nie napisałbym z tego recenzji. Wziąłem to do przeczytania bez wielkiego entuzjazmu, ale pierwsze 80 stron lektury zachęcają mnie do próby podjęcia tego tematu, który oznaczałby dla mnie także zmierzenie się z pamięcią o bardzo trudnych dla mnie latach pobytu we Fryburgu. Sam Bocheński, którego poznałem ciepło i przelotnie jako uprzejmego protektora w instytucie Europy Wschodniej, był dla mnie – jak dla wielu innych – swoistą zagadką psychologiczną i chętnie zająłbym się refleksją nad tą sylwetką, ale przygotowania fachowego trochę mi brak. Mam zdecydować o tym w ciągu najbliższych dziesięciu dni.(…)

A tym czasem napisałem kolejną ramkę do TS – na temat upadku czytelnictwa: „A my czytamy“. Dość pobieżna, ale na duży artykuł nie miałem ochoty, zresztą może do TS ten temat lepiej dać w formie ramki.

Urodziny Małgosi. Rano byliśmy razem na Mszy, po śniadaniu pognałem na wykład. Poszedł średnio, ale bez kompromitacji. Teraz siedzę i czekam na seminarium, które powinno zacząć się za trzy i pół godziny, ale nie wiem, czy się odbędzie, bo od 13-tej do 16-tej są dziś godziny rektorskie
w związku z opłatkiem, więc nie wiem, czy studenci pofatygują się na zajęcia na 16.45, czy uznają, że już pewnie ja nie przyjdę i seminarium się nie odbędzie. Czekając na nich czasu nie stracę, mając komputer, ale potwornie chce mi się spać. Zobaczymy, czy nie będę musiał położyć się na pokrytej ciepłą wykładziną podłodze z jesionką pod głową i pospać trochę, korzystając z tego, że będę chyba miał spokój, bo zajęć teraz nie ma – wszystko odwołane. (…)
Seminarzyści przyszli w komplecie i mieliśmy ciekawą i burzliwą dyskusję a antykomunistycznym podziemiu na Białostoczyźnie i Suwalszczyźnie po referacie Grzegorza Rylskiego. To fajna grupa. Natomiast wcześniej, po 50-minutowym śnie, spróbowałem sformułować, jak postrzegam prawosławną wersję chrześcijaństwa. Wyszedł mi tekst na 2,5 tysiąca znaków, z którego jestem rad.
Teraz jednak mam kłopot z jego kontynuacją – stanąłem w dołku.
Idę więc spać. Bilans: 4+8=12; po 208 dniach: 785+1010=1795; średnia: 3h46‘+4h52=8h38‘.

Po wczorajszym upadku czuję się byle jak, ręka mnie boli tak, że nic nie umiem nią zrobić, na przykład otwarcie słoika z kawą, czy zamknięcie drzwi na klucz trwa bardzo długo i kosztuje sporo przekleństw. Małgosia dzielnie hoduje synową, teraz wpadła dać mi jakiś obiad i idzie tam z powrotem. Dorotea z dużą gorączką poszła na badania, jutro będą wyniki, bo sprawa jest niemiła – nie wykluczają mononukleozy. (…) Wieczór. Dorotea podobno troszkę lepiej, ale jeszcze ma 38,5. Małgorzata na noc wróciła do domu, rano idzie tam znowu. Moja ręka też już lepiej, choć jeszcze boli. Spotkanie z olimpijczykami Zosi sympatyczne, ale za świetny to dziś nie byłem.
Jutro do historyków powstanie listopadowe i wielka emigracja – tematy, o których mówiłem dziesiątki razy i o których nie powiem nic nowego. Nie lubię takich wykładów. Potem cztery godziny w pokoju „profesorskim“, wezmę laptopa, może uda się popisać. I znów cztery godziny – seminarium, na które nie mogłem ściągnąć Lilki, więc też będzie mniej ciekawe, niż miało być. Trudno, bywają dni lepsze i gorsze.
Bilans: 4+4=8, po 207 dniach 781+1002=1783; średnia: 3h46‘+4h51‘=8h37‘.


  • RSS