cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2007

Warszawa, 21.01.07

Uczciwością i pracą ludzie się bogacą. W Polsce – i szerzej: na wschodzie Europy – od kilkuset lat nie było powodu, by wierzyć w prawdziwość tego przysłowia. Mówimy więc: ludzie zdrowie tracą. Jest w tym gorycz, w której dopatrujemy się szczególnej mądrości życiowej. Łatwo znaleźć argumenty na poparcie takiej wiedzy o życiu. Często widzimy, jak skutecznie bogacą się ludzie właśnie nieuczciwością, a ich praca czy brak pracy w ogóle nie ma tu nic do rzeczy.

Niemniej, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Obserwując kilka różnych lokalnych społeczności na zachodzie – we Francji i w Szwajcarii – na przestrzeni dwudziestu i więcej lat, zauważam, że niezależnie od karier złodziejskich, szybkich i błyszczących, powoli i konsekwentnie zamożnieją tam ludzie porządni i pracowici. Krok po kroku idą do przodu. Prawda, praworządność tam większa, korupcji mniej, kultura życia publicznego nieco wyższa i złodzieje bardziej utemperowani, ale to nie wyjaśnia wszystkiego.

Tamtejsi ludzie w znacznej większości wyobrazili sobie, że warto być uczciwym i pracowitym – i próbują to realizować, wierząc, że im się to opłaci. Nie spodziewają się błyskawicznych milionów, ale dziesięcioprocentowy przyrost swego majątku rocznie uważają z jednej strony za realny, z drugiej – za wart wysiłku. Pracują więc jak mróweczki, żyją oszczędnie i coś z tego mają.

Jak to się robi i w których segmentach naszej gospodarki byłoby to możliwe, trzeba by chyba zapytać naszych ekonomistów. Na niefachowe oko wydaje się, że tam, gdzie ma się swój własny warsztat pracy, nie zaś tam, że pracuje się na cudzym i żyje się z pensji. Po wtóre tam, gdzie jest się gotowym w ten warsztat cokolwiek zainwestować. Taką gotowość, w bardzo zresztą ograniczonym zakresie, obserwuję czasami na wsi, nie widzę jej natomiast w Warszawie, gdzie każdy zdobyty grosz na ogół idzie na lepszą, bogatszą i bardziej modną konsumpcję. Warszawiak nie ma hektarów, w które mógłby ładować swe nadwyżki od tych najmniejszych do tych większych. A rozkręcenie własnego biznesu w mieście, to i nakład większy – i cała rewolucja psychiczna.

Nie wiem, niby nie moja sprawa, w 68-mym roku życia do robienia majątku przystępować nie będę, ale coś mi się zdaje, proszę młodszych koleżanek i kolegów, że jak w poprzednich pokoleniach, tak i teraz, brakuje nam w Polsce i przedsiębiorczości, i pracowitości. I nie tłumaczmy się historią. Litwini i Łotysze mieli ją od naszej dużo gorszą, a w tej chwili idą do przodu znacznie szybciej od nas. Niedługo zaczniemy im zazdrościć i mówić: „tacy to mają… – nie to, co my…“

Przerośl, 5.01.07, późny wieczór

Katolicy polscy, śledzący media i posiłkujący się internetem, przeżyliśmy w ostatnich dniach i godzinach doświadczenie bolesne, trudne do nazwania i zinterpretowania. Po pierwsze za sprawą arcybiskupa Stanisława Wielgusa, w wyniku decyzji papieskiej obejmującego metropolię warszawską. Po wtóre – za sprawą naszego kochanego episkopatu.

Z dokumentów esbeckich, zgromadzonych w IPN-ie wynikło wyraźnie, że obecny arcybiskup jako młody ksiądz uwikłał się we współpracę z bezpieką i przez co najmniej kilka lat utrzymywał z nią tajne kontaky, przekazując pewne informacje z życia KUL-u i lubelskiego Kościoła. Jakie konkretnie, nie wiadomo, przez SB oceniane jakoby ciekawe i cenne. Po kiku latach dla uzyskania paszportu na wyjazd naukowy za granicę, podpisał formalne zobowiązanie do współpracy i przyjął bardzo poważe zlecenie wywiadowcze – wniknięcia do sekcji polskiej radia Wolna Europa. Zadania tego nie wykonał i nie ma śladu, by się w ogóle do tego zabierał. Po powrocie do kraju został, jak się zdaje, uznany za niedość odpowiedniego do podobnie ważnych zadań i traktowany z mniejszą uwagą. W końcu współpraca uschła i wydawało się, że nikt się nie dowie o tej cuchnącej sprawie.

Rzecz zaczęła się ujawniać, o ile wiem, kilka miesięcy temu, a w tych dniach, w związku z nominacją abpa Wielgusa na stanowisko metropolity warszawskiego, wybuchła w prasie. W Kościele zawrzało, poszczególni biskupi indagowani przez media wykręcali się od odpowiedzi lub zarzucali dziennikarzom złośliwe zniesławianie Kościoła. Sam arcybiskup
najpierw milczał, potem wypierał się, jeszcze później, pod wpływem ujawniania w internecie coraz bogatszych informacji, musiał zwężać front obrony, czyli mówić coraz to co innego. Episkopat zaś milczał, lub wygłaszał ogólnikowe maksymy. Wierni świeccy nie słyszeli niczego, co mogłoby im pomóc zmierzyć się z tą obrzydliwą sytuacją. Wczoraj IPN-owskie dokumenty pokazały się w internecie. Kolędujący w tych dniach księża w kolejnych domach musieli stawać wobecsmutnych i zdezorientowanych parafian. O szesnastej z minutami arcybiskup jeszcze bagatelizował publicznie swoje dawne winy, a episkopat, wzywając wiernych do udziału w niedzielnym ingresie do warszawskiej katedry, nie uznał za właściwe zajęcia stanowska w tej sprawie. Zrobiło się strasznie: Kościół się zakłamał.
.
I wtedy – o dziewiętnastej – w arcybiskupie coś się przełamało.Przyznał się do dawnych win, zwracając tylko uwagę na ich rzeczywiście możliwy zakres, przyznał się, że dotąd kłamał, beznadziejnie chcąc bronić swej reputacji – i poprosił w i e r n y c h o przyjęcie go w roli arcybiskupa warszawskiego. Osobiście sądzę, że stało się coś wielkiego. I w tym człowieku, który wbrew sobie wreszcie zdobył się na przytwierdzenie zniesławiającej go prawdzie, i w Kościele, który ma czym odetchnąć. Arcybiskupowi Wielgusowi będzie bardzo ciężko pełnić swą nową, tak wysoką funkcję. Ale najgorsze ma już za sobą i teraz z każdym dniem może być mu lżej.

Tak się dziwnie składa, że jestem jego rówieśnikiem. Filozofię na KUL-u troszkę studiowałem parę lat przed nim, kiedy on siedział w seminarium. Nigdy się chyba z nim nie spotkałem, ale profesorów i asystentów mieliśmy z pewnością tych samych. Trochę znam KUL tamtych lat. Wezwania na SB też dobrze znam, u mnie wypadły one o kika lat wcześniej. I wyszedłem z nich lepiej, udało mi się powiedzieć: „nie, nie i nie!” Po jakimś czasie dali mi spokój – i było to szczęśliwsze od nie wiem jakiego paszportu. Nie potrafię powiedzieć, czy to ja byłem twardszy od księdza Wielgusa, czy na przeciwników trafiłem lichszych, którzy nie umieli mnie złamać. W każdym razie – wiem, czym te spotkania pachniały i pamiętam własny lęk. Żeby było śmieszniej, to i radio Wolna Europa nie jest mi nieznane. Przez kika lat współpracowaem z nim, bywałem w tym „gnieździe szerszeni” i mówiłem do strasznego mikrofonu. Dostać się tam na pewno nie było łatwo, ale o jednym jestem przekonany: jeśli polski ksiądz w Monachium nie nawiązał z nimi kontaktu, to nie dlatego, że nie mógł, że mu nie wierzyli, ale dlatego, że nie chciał za nic wykonać esbeckiego zlecenia. Może po prostu znów się bał? Niemniej tu ma jakiś plus. W sumie myślę, że cała ta paskudna gra, w którą małodusznie wdał się nastraszony, a zarazem podniecony szansą naukowej kariery, młody ksiądz, była czymś głęboko nagannym. Ale była złem ograniczonym, bardziej deklaratywnym, niż praktycznie dotkliwym dla Kościoła i dla Polski. W internetowych komentarzach spotkałem na ten temat mnóstwo ludzkiej pasji, skierowanej przeciwko arcybiskupowi. Rozumiem, ale nie podzielam. Może dlatego, że pamiętam tamte czasy i sytuacje.

Znacznie trudniej zachować mi umiar w stosunku do zachowań episkopatu w ostatnich miesiącach i dniach. Skandalem jest zwlekanie z załatwieniem lustracji w Kościele. Wstyd wam za te wszystkie afery, które przy okazji wyjdą? Nie chcecie nas – świeckich – gorszyć? Czy myślicie, że my jesteśmy aż tak naiwni, że o waszych aferach niczego nie wiemy i niczego nie podejrzewamy? Każdy tydzień zwłoki odbiera wam jakąś część wiarygodności. Trwonicie kapitał moralny Kościoła, kóry zostawili wam i nam Wyszyński i Wojtyła. Na pewno nie jestem powołany, żeby prawić kazania biskupom. Ale podobno my – świeccy – także jesteśmy członkami Kościoła. I mamy tu coś do powiedzenia.

Arcybiskup Wielgus dał dziś wieczorem w swej odezwie dowód, że to zrozumiał. Czy trzeba aż takich strasznych przejść, jakie jemu się przytrafiły, aby znaleźć prawdziwy ton w rozmowie z całym – także tym świeckim – Kościołem?

Przerośl, 3.01.07.
EUROPA, KULTURA I JA

Odnoszę wrażenie, że kultura, którą przywykłem uważać za swoją (europejska? zachodnia? ? nie wiem, może powinienem nazywać ją jeszcze inaczej), weszła w nowy, nie nazwany jeszcze zakręt. Jest inna, niż była dopiero co – dwadzieścia lat temu, gdy przyglądałem się jej kolejno z Wloch, Szwajcarii i Francji. To, że rozdarta była i jest między swymi chrześcijańskimi korzeniami i laickimi kwiatami, nie było dla mnie niczym nowym – wychowałem się w domu, gdzie Mama była szczerą i myślącą katoliczką, a Tata – zdecydowanym pozytywistycznym, nieco dziewiętnastowiecznym agnostykiem i antyklerykałem.

Pomieszane w tym domu było bardzo wiele. Tata od Mamy był starszy o pokolenie, miał o wiele wyższe wykształcenie, pochodził z kresowego ziemiaństwa, uczył się w przedrewolucyjnej Rosji, a w toku pracy zawodowej poznał niemal całą Europę. Mama była córką łódzkiego majstra włókniarskiego, chowała się na robotniczym podwórku, pierwsza z rodziny zdobyła maturę i przez parę lat pracowała jako maszynistka, póki nie zgarnęło jej bezrobocie i chroniczna choroba.
Miłość tej pary powinna trwać trzy miesiące, jak sądziło obserwujące ich otoczenie. Trwała trzydzieści trzy lata – do grobu, mimo ciężkich chorób, przymusowych rozstań wojennych, gwałtownego zubożenia, sporych i długotrwałych kłopotów politycznych – i była autentyczna, czuła i całkowicie ufna. Rosłem w klimacie cudownym, gdzie jednak istnienie Pana Boga nigdy nie było w pełni oczywiste. Wychowaniem rządził raczej laicki wzorzec człowieka „przyzwoitego”, traktowany w domu bardzo serio. Wagę wiary uświadomiłem sobie, jako kilkunastolatek, poza domem. Tata zaakceptował to dlatego, że widział w tym odtrutkę na wszechobecną wtedy propagandę komunizmu. Jeśli chodzi o religijność, to liczył, że mi przejdzie, gdy wydorośleję. Trochę się, kochany, naciął…

Wspomniałem dom, by wskazać, że pewien styl godnego europejskiego laicyzmu jest mi jakoś swojski. Nie gorszyła mnie dwadzieścia lat temu ani zachodnia Europa, ani Kanada, ani później odwiedzane Stany. Wszędzie spotykałem i chrześcijan, i agnostyków, i ateistów – i było nam ze sobą dobrze.

Co więc wydaje mi się nowe i zaskakujące?

Zaskoczył mnie wstręt do potwierdzenia w preambule do konstytucji europejskiej niewątpliwego faktu istnienia chrześcijańskich korzeni Europy. Dlaczego wypierać się czegoś ewidentnie prawdziwego, o czym wszyscy Europejczycy wiedzą, a co dla wielu dziesiątków milionów spośród nich jest ich własnym znamieniem tożsamości nieporównanie ważniejszym, niż dziesięć Europ?
W momencie zaprzeczenia tej rzeczywistości społecznej cała idea Europy okazała swoją nicość i fikcyjność.

Potem zaskoczył mnie niespodziewany atak na symbole religijne – chrześcijańskie, muzułmańskie i judaistyczne – w stroju uznanym za przepisowy we Francji i dopuszczalny na przykład w szkole. Pamiętam zakazywanie krzyżyków i medalików z polskich szkół lat pięćdziesiątych i zdumiewa mnie, że kraj uważający się za demokratyczny i europejski w pięćdziesiąt lat później wchodzi na drogę ordynarnego sowietyzmu.

Trzecim zaskoczeniem – już zupełnie komediowym – jest tegoroczna laicyzacja symboliki świąt Bożego Narodzenia, tym razem najwidoczniejsza jakoby w Anglii. Śmieszne, niesmaczne i bezdennie głupie.

Splunąć i iść dalej, nie zwracając uwagi na idiotyzmy? Można, ale jedno jest pewne: kultury, w której takie czasem obraźliwe wobec wierzących, a czasem tylko chamsko-błazeńskie gesty mają być czymś normalnym, za swoją uważać nie będę. W TAKĄ Europę bawcie się sami!

Chętnie popisałbym dalej na ten temat, ale blog ma swoje prawidła gatunku literackiego – notki nie mogą być za długie. Z czasem pewnie wrócę do tej kwestii, bo interesuje mnie ona poniekąd naukowo, jako historyka idei. Ciekaw jestem, czy ktoś z gości nie zechce podjąć tego wątku?

Przerosl, 31.12.06.
T y t u l e m w s t e p u:
Po równo rocznej przerwie powracam do pisania blogu. Tych starych znajomych, którzy tu moze jeszcze kiedys zajrza, serdecznie pozdrawiam, nowych witam. Wszystkim zycze dobrego nowego roku 2007.
W moich realiach wyobrazam go sobie jako rok spokojnej pracy na uczelni i przy biurku.
Jako niedawny emeryt licze, ze moze zdaze jeszcze napisac projektowane od dawna prace – pomyslów starczyloby na dobre kilka lat roboty. Miniony rok pozwolil mi juz to i owo napoczac, ale co z tego wyjdzie – oczywiscie nie wiem. Szczesliwie redukuje stopniowo zajecia warszawskie – zostaje juz tylko uczelnia i troche konferencyjnych wyskoków zagranicznych. Poza tym jest Przerosl i okolica, coraz bardziej udomowiona i kuszaca pomyslami dzialan. W rezultacie duzo, za duzo podrózy, skakania z miejsca na miejsce. Zeby tak jeszcze nie bylo tej metryki z 1939 roku…
Zona – Babcia Malgosia, bardzo lubiana przez skupiajacych sie na jej blogu rozmówców, w Przerosli bywa niestety poza wakacjami rzadko, pomaga wnukom w Warszawie, a czasem i pod Lyonem. Dziadek jest malo uzyteczny, nie towarzyski, a wiec i potrzebny mniej, moze pracowac w oddaleniu – i korzysta z tego z zapalem.
Pókismy z Babcia jako tako zdrowi, mozna funkcjonowac w ten sposób. Z czasem potrzebna bedzie pewno wzajemna pielegnacja, i trzeba bedzie pomyslec, gdzie wolimy razem zblizac sie do mety. Na razie jeszcze licza sie indywidualne zadania zewnetrzne. Ale w rezultacie w ostatnim kwartale, kiedy wyjatkowo rzucalo mnie po swiecie, razem bylismy chyba mniej, niz polowe tego czasu.


  • RSS