cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2010

Przerośl, 22.06.10

 

NAD CYFERKAMI Z PIERWSZEJ TURY WYBORÓW

                                                                           
I
Zagłosowało niespełna 56% uprawnionych. Pozostałym nie chciało się.
Oceniam to tak: +- połowa Polaków chce być obywatelami. Reszta to
polityczny balast. Nie twierdzę, że to ludzie bezwartościowi, wielu z
nich pracując pomnaża nasz majątek narodowy, inni mogą okazać się
dobrymi rodzinnie, sąsiedzko i jeszcze inaczej, ale politycznie są
balastem. Naszemu państwu okazują zupełny brak zainteresowania. Może co
setny z nich pochodzi z terenów powodziowych i to usprawiedliwia jego
absencję. Może co dwudziesty ma osiemdziesiąt lat i bolące żylaki – też
to rozumiem. Jakieś promile, to ci, którzy do punktu wyborczego w
gminie musieliby iść trzy kilometry po błocie, czy piachu. Ale około 12
milionów jest takich, którzy mogli łatwo pójść, a nie poszli.
Ciemniaki, czy egoiści? I jedni, i drudzy, ale podejrzewam, że egoistów
więcej. Wśród nich mnóstwo takich, którzy codziennie wygadują, że jest
źle, że rządzą nami dranie, złodzieje, że życie w Polsce to męka, że
nam się przecież należy…
Przez całe życie staram się przyjmować punkt widzenia tych
biedniejszych, tych gorzej wykształconych, tych z głębokiej prowincji.
Ale w takim momencie opadają mi ręce. Mogę dzielić się z potrzebującym,
który chce być członkiem wspólnoty, ale nie chcę być wykorzystywany
przez leniwego chama, domagającego się pomocy i równocześnie
odmawiającego nawet minimum uczestnictwa w sprawach wspólnych. Jeśli
nie chcesz być obywatelem, radź sobie jak potrafisz i nie pyskuj. Jeśli
nie głosujesz, to prawa głosu już nie masz. I nie zawracaj nam głowy.
Mówiąc serio: byłbym za tym, żeby gminne ośrodki pomocy społecznej
zaopatrzyły się w imienne listy wydanych kart wyborczych na swoim
terenie. Nawet nie dlatego, by udział w wyborach traktować jako warunek
otrzymania pomocy socjalnej. Ale żeby dać do zrozumienia, że istnieje
jakieś kryterium „obywatelskości“ i że stanowi to pewien element
gminnej opinii o danym mieszkańcu wsi. Prawa są dla wszystkich równe,
ale życzliwość należy się przede wszystkim tym, którzy sami są życzliwi
innym. Otóż idzie o to, żeby udział w wyborach był rozpoznawany
powszechnie, jako wyraz życzliwości dla otoczenia i dla całej Polski.

                                                     
II

 
Trzynaście i pół procenta głosów na Grzegorza Napieralskiego, to ważny
problem nie tylko dla sztabów wyborczych Bronisława Komorowskiego i
Jarosława Kaczyńskiego. To sygnał, że czasy się zmieniają. SLD jako
całość jest dla mnie partią paskudną. Założyli ją postkomuniści, a więc
ludzie, których w polskiej polityce wolałbym nie spotykać, nie widzieć.
Osobiście jestem w sytuacji na tyle komfortowej, że mego antykomunizmu
nie muszę już udowadniać. Zrobiłem to w wystarczającej mierze przed
rokiem 1989-tym.
Bardzo brzydko myśląc o komunistach i postkomunistach, zauważam jednak,
że od tamtej daty minęło lat dwadzieścia jeden i że najmłodsi ówcześni
działacze tamtego obozu dziś zdecydowanie przekroczyli czterdziestkę.
Grzegorz Napieralski ma lat trzydzieści sześć, a jego elektorat jest
też podobno zdecydowanie młody.
 
Jeśli to tak, to mamy tu do czynienia nie z postkomunistami, ale z
czymś innym. Podejrzewam, że jest to pączkowanie nowej lewicy polskiej.
Uwaga: nigdy nie nazywałem polskich komunistów lewicą. Lewica polska –
ta dawna – po pierwsze była właśnie polska, niepodległa i od Moskwy
niezależna, po drugie – była uczciwie zaangażowana w obronę interesu
warstw najuboższych i wyzyskiwanych. To o tej prawdziwej polskiej
lewicy pisałem czterdzieści lat temu w „Rodowodach niepokornych“. Potem
wielu autorów odwołujących się do tej książki zamazywało tę różnicę
między lewicą prawdziwą i pseudo-lewicą na usługach bolszewickiego
totalitaryzmu.
Prawdziwą lewicę w Polsce uśmiercono po 1945 roku prawie zupełnie.
Uczciwy PPS, odmawiający flirtu z PPR-em, przestał w kraju istnieć,
jego przywódcy pomarli w więzieniach. Kilku intelektualistów, którzy w
następnych dekadach potrafili przyznawać się do tej tradycji i ją wbrew
wszystkiemu kontynuować, można było policzyć na palcach. Miałem
szczęście przyjaźnić się z Janem Strzeleckim, z Janem Józefem Lipskim…
Komunizm zohydził tradycję lewicową w pokoleniu Polaków dorastających
po drugiej wojnie światowej i w tym następnym, solidarnościowym – i tak
było do teraz. Otóż podejrzewam, że te trzynaście i pół procent –
zamiast spodziewanych w samym SLD trzech i pół – to wskazówka, że młode
pokolenie, wolne już od obrzydzenia komunistycznym smrodem, zaczyna
zadawać sobie pytanie, czym mogłaby być polska prawdziwa lewica w XXI
wieku.
Jedno wydaje się pewne: miejsce na uczciwą lewicę w tym kraju jest na
pewno, bo są problemy socjane, są słabsi, gorzej usytuowani. Myślę, że
ta lewica powinna nawiązać do tradycji „Solidarności“ z jej najlepszego
i najprawdziwszego okresu – i że na tej drodze mogłaby zajść daleko.
Ale to już nie jest pytanie mojego pokolenia.

 

Po trzech z górą latach przerwy
powracam do bloga, z myślą, że będę tu umieszczać moje refleksje o
sprawach, które wydają mi się z różnych powodów ważne i zasługujące na
wymianę zdań. Tak się dzieje, że w tej chwili uwagę bardzo wielu
Polaków skupiają wybory prezydenckie. Zdaję sobie sprawę z tego, że mój
pogląd w tej kwestii okaże się różny od wielu moich dawnych Czytelników
i Rozmówców, jak różny jest zresztą od dużej części mych Przyjaciół.
Sądzę jednak, że powinienem go tu przedstawić – choćby dlatego, że
dotyczy to sprawy, która dla mnie samego jest pierwszorzędnie
ważna. 
Ten tekst jest oczywiście za długi na umieszczenie w blogu. Przepraszam
za to Czytelników, proszę o wyrozumiałość i  obiecuję, że  w
przyszłości będę już pisał zwykłe krótkie notki.

                                                            
POLSKA MOICH DĄŻEŃ
                                                        
m y ś l i    p r z e d w y b o r c z e

Zabieram dziś głos w społecznej debacie przedwyborczej, wkraczając w
ten sposób w niemiły mi, krzykliwy i zdradliwy świat polityki. A chcąc
mówić o takiej Polsce, do jakiej starałem się i staram dążyć, podejmuję
ten temat bardzo osobiście. Może to naiwne. Ale zwracam się tu przede
wszystkim do ludzi – do współwyborców – też, jak ja, w rozmaity sposób
naiwnych, proponując, by o tych wyborach, i szerzej: o polskiej
polityce, pomyśleli przez parę chwil właśnie w takiej osobistej
perspektywie. Ich ogląd spraw polskich będzie się w różnych miejscach
pewnie różnił od mojego. I świetnie – im więcej znajdzie się wśród nas
prób samodzielnego myślenia, tym chyba dla Polski będzie lepiej.
 Oczywiście
nie zdołam ogarnąć myślą, ani tym bardziej tutaj poruszyć wszystkiego,
co dla całościowego obrazu tego mojego kraju jest ważne. Ograniczę się
więc tylko do szkicu paru zagadnień, które moim zdaniem należy
koniecznie wziąć pod uwagę w momencie oddawania swego głosu wyborczego.
    
                                            
    


I. Polska dla uczciwych 


Za młodych lat – gdzieś z
pięćdziesiąt lat temu – zastanawiałem się czasem, jak wyglądałaby
Polska, gdzie polityką zajmowaliby się ludzie nie z moskiewskiego
doboru, ale wybrani przez społeczeństwo, gdzie byłaby wolna prasa,
gdzie tak zwany aparat ścigania i sądy byłyby na służbie rzeczywistej
sprawiedliwości. Myślenie o tym wydawało się wtedy ucieczką od
rzeczywistości, ale tęsknoty takie, przeżywane przez bardzo wielu nie
znających się wzajemnie Polaków okazały się wartościowe i płodne.
Biliśmy głowami w mur i wbrew temu, czego należało się spodziewać, mur
się rozsypał.
 Rozsypał
się nie do końca. Zostały po nim resztki, z latami okazało się, że
rozleglejsze, niż nam się to na początku zdawało. Na nieoczyszczonym do
końca pobojowisku budowaliśmy struktury nowego, już własnego, państwa.
Rosło, umacniało się, ale i w nim, i w nas samych, tkwiła stara
infekcja. Pojawiły się też schorzenia nowe, których wcześniej nie
przewidywaliśmy. W rezultacie przeżywamy dziś – ci starzy, pamiętający
jeszcze, co było przedtem – mniejsze lub większe rozczarowanie, a wraz
z nim niepokój o przyszłość, która wcale nie jest bezchmurna, a czasem
jawi się wręcz groźnie. Młodzi, dynamiczniejsi, wolni od zmór
przeszłości, ale też ubożsi o całą tę wiedzę o świecie, jaka z tamtych
doświadczeń wynika, patrzą na swoje życie mniej dramatycznie, chcą się
nazywać pragmatykami i optymistami i – jak każde nowe pokolenie – nie
oglądając się na nic, iść do przodu. Rzecz w tym, czy wiedzą, po czym
przyjdzie im kroczyć i z jakimi przeszkodami się zmierzyć. 

Istotny podział sposobów
myślenia o sprawach politycznych nie przebiega dziś jednak w Polsce
między pokoleniami. Ważniejsza, może nawet jedynie ważna, jest różnica
postaw wobec tej wartości, która jednym jawi się jako dobro wspólne, a
drugim – jako sienkiewiczowski postaw sukna do rozdrapania przez
najbardziej obrotnych. I wśród jednych i wśród drugich są starzy i
młodzi, „miastowi“ i „wsiowi“, prości i wykształceni, postnowocześni i
konserwatywni. Postawy i przekonania, to co innego, niż poglądy.
Poglądy zmieniam w miarę dopływu nowych informacji o rzeczywistości,
jaka mnie otacza – i w zależności od mojej zdolności rozumienia
sytuacji. Przekonania to te moje sądy, którym chcę być wierny i za tę
wierność gotów jestem czymś zapłacić. Postawy – to praktyczny wyraz
przekonań, ich efekt, czasem mający ważne znaczenie polityczne.
Żartobliwe powiedzenie, że „ludzie są tacy i tacy“ często przypomina,
że nie każdy chce sobie pozwolić na kosztowny życiowo styl postępowania
zgodnie ze swymi przekonaniami. Sądzę, że o tej różnicy między ludźmi
musi pamiętać każdy, kto chce uprawiać – albo choćby tylko rozumieć –
politykę. Bez tego okaże się naiwnym idealistą, wierzącym, że „pójdzie
za mną cały naród“, lub równie naiwnym Breżniewem, spodziewającym się,
że zdoła kupić lub zastraszyć wszystkich…

Jesteśmy świadkami – i
współuczestnikami – narastającego i coraz głośniej wyrażającego się
społecznego niezadowolenia z biegu spraw polskich. Spróbujmy
zdefiniować, czego to niezadowolenie najczęściej dotyczy.
 Po
pierwsze – działań i zachowań polskich polityków. Protest opinii
publicznej budzi wątpliwa merytorycznie treść tych działań, ale jeszcze
bardziej ich skandaliczny poziom moralny i kulturalny.
Mówiąc
po prostu – ich chamstwo i poczucie zupełnej bezkarności. Może nie
jesteśmy en masse społeczeństwem szczególnie kulturalnym, ale od
polityka, którego gotowi jesteśmy nazywać naszym, domagamy się pewnej
klasy. Ma być człowiekiem przyzwoitym i poważnym, musi prezentować
pewien poziom moralny. Inaczej uznamy go za uzurpatora, człowieka
obcego, przynoszącego nam wstyd i pogardzimy nim. A gardzić obcą władzą
w tym kraju umiemy wyjątkowo dobrze. I skutecznie.

Zachowania i wypowiedzi
polityków są podkreślane i zwielokrotniane przez usłużne media, gotowe
powiedzieć i napisać wszystko, co będzie się podobać mocodawcy, bądź
temu, który dobrze płaci. Mówiono kiedyś, że w demokracji media są –
obok ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej -czwartą władzą. Dziś w
Polsce jest inaczej: żeby być władzą, trzeba być kimś i cenić sobie
własną niezależność. Bez tego chcąc nie chcąc idzie się na smyczy
polityków i opluwa się, kogo każą. Jak na to reaguje słuchacz i
czytelnik? Przede wszystkim jest znużony jazgotem i wymysłami. Ze
złośliwości chichocze, ale pochwałom nie wierzy. Bardziej krytyczny
wyłącza telewizor i przestaje kupować prasę. Kto potrafi, włącza
internet. Kariera tego źródła informacji o świecie – i tego miejsca
wymiany rzeczywistych ludzkich poglądów – jest w tej chwili w Polsce
oszałamiająca. A upolitycznienie tych rozmów i wyrażane tam opinie
znacząco kontrastują z tym, co znaleźć można w telewizorze i w prasie.
Z internetem radzi sobie oczywiście nie każdy. Inni – jak za dawnych
czasów – słuchają plotki. Plotka często przesadza, koloryzuje, ale
przynajmniej nie jest sprzedajna. I jest – nasza. Czyje są media, nie
wie praktycznie nikt.

I wreszcie sądy. Są
nieusuwalnym i potrzebnym elementem życia publicznego. Były od zawsze.
Na ogół w Polsce mało mieliśmy powodów, by darzyć je szczególnym
zaufaniem. Od wielu pokoleń były raczej aparatem ucisku i represji
ludzi uczciwych, niż narzędziem ich obrony przed przestępstwem. Były  najczęściej
sądami obcymi, sterowanymi przez wrogów. Kryliśmy się więc przed nimi,
tęskniąc równocześnie do prawdziwej sprawiedliwości. Dwadzieścia lat
temu pojawiła się szansa zbudowania sądów dla społeczeństwa
wiarygodnych. Dziś zaczynamy uświadamiać sobie, że została w wielkim
stopniu zmarnowana. Zniszczyła ją korupcja, ta prywatna, posługująca
się setkami drobnych łapówek, i ta duża, lepiej zorganizowana i często
krypto-polityczna. A gdy już coś o jej istnieniu wiemy, to jak można
wierzyć w różne dziwne zbiegi okoliczności, w serie niewyjaśnionych
samobójstw ludzi, którzy wiedzieli za dużo, w pomyłki i przypadkowe
błędy… A więc po staremu wiemy: skazać człowieka, to sąd potrafi, ale
o prawdzie wiarygodnie wyrokować nie może.

Obserwacja naszego „światka politycznego“ i naszych mediów publicznych
ostatnich lat z początku robiła wrażenie chaotycznej wojny wszystkich
ze wszystkimi – i jako taka budziła raczej powszechną ironię, niż
poważny protest. Od tego jest demokracja, żeby wszyscy wymyślali jedni
drugim – żartowaliśmy z tych awantur. Z czasem zauważyliśmy jednak, że
w pozornym chaosie idzie o zorganizowaną akcję medialną, skierowaną
przeciwko konkretnym osobom, z jakichś powodów niewygodnym dla pewnych
środowisk politycznych. Przypomnijmy dla przykładu parę postaci, które
obrzucano błotem i ośmieszano prymitywną drwiną na kolejnych etapach,
nie dając im szansy rzeczowego przedstawienia jakichkolwiek ich
argumentów. Byli to ludzie głęboko różni, ale z rozmaitych powodów
niewygodni dla środowisk pełniących władzę polityczną.
 Pierwszym
czarnym charakterem okazał się Antoni Macierewicz, gdy – wykonując
formalne polecenie swych urzędowych władz – dostarczył do prezydium
sejmu – listę osób, figurujących w dokumentach peerlowskiego MSW w
charakterze dobrowolnych tajnych współpracowników, a po 1990 roku
pełniących ważne funkcie w naszym aparacie państwowym. Od tego momentu
Macierewicza należało medialnie zniszczyć, zaś próby obrony jego
dobrego imienia nie miały szans na ukazanie się w mediach. 

Nieco później przedmiotem
zmasowanego ataku stał się redemptorysta, ksiądz Tadeusz Rydzyk, twórca
skromnie wyglądającej gazety „Nasz Dziennik“ i radiostacji pod nazwą
„Radio Maryja“. Wokół tych dwóch niedużych instytucji, szerzących
bardzo tradycyjnie i emocjonalnie ujmowany światopogląd katolicki i
narodowy, szybko skupił się zaskakująco liczny i wewnętrznie
zintegrowany krąg odbiorców. To, zdumiewające nasze elity, powodzenie
przedsięwzięć księdza Rydzyka wywołało zorganizowaną kontrakcję
łączących się w tym celu polityków, intelektualistów, części kleru i
hierarchii kościelnej. Pismu i rozgłośni – rzeczywiście operującym
bardzo zjadliwym tonem i przesadnie sformułowanymi zarzutami wobec
przeciwników, zarzucano szerzenie ciemnoty, nacjonalizmu i
antysemityzmu, równocześnie drwiąc z jego niewyszukanego poziomu
kulturalnego i sugerując powiązania z politykami rosyjskimi. Żadnego z
tych zarzutów nie udało się oczywiście uzasadnić przed organami
ścigania, stały się one jednak treścią ataków prasowych. Życzliwe
odezwanie się o „Naszym Dzenniku“ czy o „Radiu Maryja“ w mediach
publicznych bądź okazywało się niemożliwe, bądź było traktowane jak
dowód indywidualnej aberracji umysłowej.
 
Z czasem zorganizowana walka medialna skoncentrowała się na
pierwszoplanowych postaciach politycznych, dażących do oczyszczenia
polskiego życia publicznego z pozostałości PRL-owskich i do dynamizacji
polskiego udziału w polityce światowej. W tym kontekście rozpocząl się
na progu lat 2000-nych atak na braci Kaczyńskich. W tym przypadku
bardzo trudno było dobrać jakiekolwiek  - choćby
nieprawdziwe, ale prawdopodobne – zarzuty merytoryczne, toteż
propaganda skupiła się na prymitywnym wyśmiewaniu obu braci. Poziom
kulturalny tych drwin wart był zapamiętania jako podręcznikowy przykład
chamstwa w życiu publicznym. W zestawieniu z nim nawet obecne wyczyny
posła Palikota wydać się mogą dżentelmenerią.
 Cała
ta akcja, której apogeum przypadło na początku 2005 roku, spaliła na
panewce: Lech Kaczyński został wybrany prezydentem, a partia stworzona
przez Jarosława Kaczyńskiego zwyciężyła w wyborach parlamentarnych. Od
tego momentu walka z obu braćmi nabrała barw ściśle politycznych, być
może zaostrzyła się, ale potoczyła się przynajmniej na nieco wyższym
poziomie kulturalnym. Wybory parlamentarne 2007 roku przesunęły PiS do
roli opozycji. Rząd objęła koalicja przeciwników obozu Kaczyńskich, a
prezydent znalazł się w sytuacji, praktycznie umniejszającej jego wpływ
na bieżącą politykę państwa. Ostatnie dwa lata były dlań pasmem
nieustannych utrudnień w sprawowaniu jego urzędowych funkcji. Skandale,
wybuchające wokół jego istotnych dla sprawy polskiej podróży
zagranicznych, widziane z dzisiejszej perspektywy, po sprawie
smoleńskiej ujawniają swe dramatycznie złowrogie dno.
 
Spójrzmy jednak na dzieje tych polskich dwudziestu lat jeszcze z ogólniejszego punktu widzenia.
Wszystkie
te zjawiska – te fakty polityczne i te nasze reakcje na nie – znaczą w
Polsce coś więcej, niż mogłyby znaczyć na przykład w Szwajcarii.
Jesteśmy społeczeństwem, które 120 lat żyło bez własnego państwa, pod
władzą cudzą i dla nas podłą, potem mieliśmy dwadzieścia lat oddechu i
znów pięćdziesiąt następnych – bez swobody i elementarnej
sprawiedliwości. Nie wierzyliśmy tym kolejnym obcym władzom,
negowaliśmy to państwo nie nasze – i nauczyliśmy się być jednością bez
państwa i wbrew niemu. Ta nieufność wobec oficjalnych polityków, wobec
ówczesnych mediów, wobec nieuczciwych sądów uratowała naszą tożsamość,
nasz byt. Z tym cennym, ale dwuznacznym doświadczeniem weszliśmy
dwadzieścia lat temu w polityczną niezależność. Pragnęliśmy państwa
własnego, ale w naszej świadomości było ono tylko pięknym mitem,
zaprzeczeniem znanych nam wstrętnych realiów czasów wcześniejszych.
Entuzjazm realizacji tego mitu wypalił się po paru latach pod wpływem
pierwszych niedobrych doświadczeń. Rzeczywistość zszarzała, a potem
zaczęła stopniowo ciemnieć. Nie ze względów ekonomicznych: okresami
było trudno, ale dokonał się w Polsce niewątpliwy skok cywilizacyjny –
i trudno to poważnie zakwestionować. Jądrem trudności okazała się
polityka, a w niej zachwianie, żeby nie rzec – upadek, wiarygodności
państwa. Upadek zawiniony przez wielu spośród tych, którzy tym państwem
sterowali i którzy je reprezentowali.

Sytuacja podobna bywa
słabością dla każdego kraju. Tam, gdzie społeczeństwo ma dopiero
odbudować w sobie utraconą we wcześniejszych doświadczeniach wiarę w
możliwość życia w państwie własnym i uczciwym, ten upadek wiarygodności
jest w moim przekonaniu dramatem, ciosem w organizm dopiero powracający
do sił i z tego względu wyjątkowo wrażliwy. Państwo w Polsce nie jest
fundamentem życia narodowego, ale budowlą, którą ten naród umiejący już
żyć bez niego, wznosi, by być silniejszym i żyć pełniej. Żeby jednak to
państwo budować i umacniać, musi być pewien, że nie wznosi tylko
makiety, budowli pozornej, czy wręcz teatralnej dekoracji. Polak jest w
tym względzie nieufny i podejrzliwy – nauczyła go tego jego historia.
Kredytu zaufania majstrom od budowania państwa udzieli niechętnie i na
krótko. I myślę, że o tym polityk w Polsce powinien pamiętać
koniecznie. Jeśli oczywiście chce tu pracować na zamówienie tego
narodu, a nie na czyjekolwiek inne.
                                                   


 II. Polska dla ludzi pracy 



Pamiętam czasy, kiedy
pojęcie „ludzie pracy“ zawłaszczone było przez komunistycznych
propagandzistów, usiłujących nas mobilizować do walki ze
zmitologizowanym amerykańskim wyzyskiwaczem i imperialistą. Naszym
wodzem w tej walce miał być Józef Stalin. Rezultat tej propagandy był
taki, że do wszelkiej mowy o „ludziach pracy“ i o „wyzysku“ wszyscy
mieliśmy stosunek złośliwie prześmiewczy. Musiały minąć lata, zanim
zauważyliśmy, że to pojęcie wyzyskiwanych ludzi pracy odnosi się do nas
samych, a naszym rzeczywistym wyzyskiwaczem jest właśnie ta
komunistyczna władza, która zatruwa nam umysły swymi kłamstwami.
Ruchem świadomie odwołującym się do ludzi pracy i czyniącym z nich
główny podmiot walki o wolną Polskę, była dopiero „Solidarność“.
Strajki Wybrzeża, Śląska i innych regionów, były dziełem ludzi pracy.
Ci, co woleli czuć się kim innym, obserwowali rzecz z boku, za to
obficie pojawili się dopiero po zwycięstwie.
  Polskim
ludziom pracy od początku aktywnie towarzyszył natomiast dawny robotnik
z kamieniołomu, a za czasów „Solidarności“ już papież – Jan Paweł II.
Jego encyklika „Laborem exercens“ z 1981 roku zawiera najgłębsze do
dziś ujęcie sensu ludzkiej pracy i godności człowieka, który ją w
różnych postaciach wykonuje. Pisze w niej Papież: „…Człowiek,
stworzony na obraz Boga, przez swoją pracę uczestniczy w dziele swego
Stwórcy – i na miarę swoich ludzkich możliwości poniekąd dalej je
rozwija i dopełnia, postępując wciąż naprzód w odsłanianiu ukrytych w
całym stworzeniu zasobów i wartości“. I dalej, mówiąc o Chrystusie i
Jego nauczaniu: „Była to również ewangelia pracy, gdyż Ten, kto ją
głosił, sam był człowiekiem pracy, pracy rzemieślniczej…“ Na wyższy
piedestał podnieść człowieka pracy niewątpliwie nie można.

Celem solidarnościowej walki
była zatem Polska ludzi pracy. Koniec lat osiemdziesiątych przyniósł
jednak stopniową zmianę sposobów myślenia, ambicji jednostkowych i
zbiorowych, ludzkich postaw
i
projektów na przyszłość. Rok 1989 i wielki wybuch swobody różnie
ukierunkowanych dążeń dał zielone światło ludziom aktywnym i
przedsiębiorczym, gotowym psychicznie i materialnie do indywidualnych
inicjatyw gospodarczych. Ich działania też były oczywiście pracą – i to
pracą trudną, podejmowaną na własną odpowiedzialność, a społecznie
prawie zawsze bardzo przydatną. Należało temu przyklasnąć – ta energia
była Polsce potrzebna. Tak zrodził się nowy pozytywny mit rzutkiego
businesmana, człowieka przedsiębiorczego i operatywnego. Szeregowy
człowiek pracy, wcześniej niosący na sobie ryzyko strajkowych walk o
wolną Polskę, wkrótce po osiągnięciu zwycięstwa przestał imponować, w
społecznym odczuciu odszedł w cień. Miał za mało pieniędzy. „Kasa,
Miśku, kasa!“

Wśród nowych businesmanów jedni byli uczciwi, drudzy mniej, a trafiali
się – jak wszędzie – zwykli złodzieje. To normalne – i to bodaj nie
najważniejsze. Nie to przyniosło najwięcej społecznej szkody, że ileś
tam pieniędzy ukradziono, ale to, że setkom tysięcy, jeśli nie
milionom, Polaków wmówiono, że miarą wartości człowieka jest zdobyta
przez niego „kasa“. Ludzie, którzy w to uwierzą, są do kupienia od
zaraz. I z tą chwilą przestają być podmiotem politycznym: nie będą się
bawić w żadne ryzykowne protesty. Wybierają wygodną niewolę.
 A
najniebezpieczniejsze jest to, że ten wybór nie wymaga żadnej świadomej
decyzji. Do niczego nie musisz się zapisywać i niczego nie deklarujesz.
Po prostu cieszysz się swoją konsumpcją i dbasz, żeby było jej coraz
więcej. I nie myślisz o innych.

 
Nie da się ukryć:
zaraza konsumizmu przyszła do nas z Zachodu. Dotarło do nas stamtąd
mnóstwo rzeczy i myśli dobrych, cennych, ważnych i twórczych – i dobrze
się stało, że jesteśmy już dziś na nowo częścią Zachodu. Ale przyszedł
do nas także stamtąd ten prymitywny dyktat rynku, który poprzez reklamę
wmawia nam, że musimy mieć to i tamto, że wczorajszy produkt jest już
bezwartościowy w porównaniu z tym dzisiejszym, na który przecie
prawdziwego Europejczyka też na pewno stać…
 Filozofia
rynku jest z założenia totalitarna: wszystko ma być na sprzedaż,
wszystko do kupienia. Ty też. Jeśli nie chcesz tego przyjąć, jesteś
niemądry, staroświecki i śmieszny, jak dziewczyna, która wstydzi się
rozebrać na plaży. Sam skazujesz się na przegraną.
 Dyktat
rynku przemówił do nas silnie. Znękani odwiecznym polskim ubóstwem,
chcieliśmy wreszcie ucieszyć się słodkim dostatkiem, który naprawdę
wydał się nam najważniejszym kryterium europejskości.
Czy słusznie użyłem w tym zdaniu czasu przeszłego? „Chcieliśmy“, czy
„chcemy“? Z pewnością zjawisko to trwa i dziś, ale wydaje mi się, że
główna fala konsumcyjnej powodzi płynęła przez Polskę jakieś dziesięć
lat temu. Dziś utrzymuje się jeszcze na znacznych przestrzeniach
społecznych, ale coraz więcej wysp suchych ukazuje się na polskiej
powierzchni. Los ludzi i środowisk poszkodowanych w ubiegłych latach
jest przedmiotem coraz szerszego zainteresowania opinii, wszelkie
zbiórki społecznej samopomocy – i te typu akcji Jerzego Owsiaka, i te
stale ponawiane działania parafialno-caritasowe – przynoszą rezultaty
coraz większe. Inaczej też zaczynamy patrzeć na świat naszego biznesu,
coraz częściej zadając jego rekinom krępujące pytania, skąd właściwie
wzięli kasę na  początkowe rozkręcenie swych
interesów. Znaczy to, że kasa jest dla nas w dalszym ciągu sprawą
bardzo ważną, ale stopniowo przestaje być „wszystkim“. A momenty trudne
i bolesne, jakie przeżywamy w tym roku, wskazują jednoznacznie, że duch
solidarności i poczucie szacunku dla wartości pozamaterialnych są w
naszym odczuciu niemniej silne, niż dawniej. Z punktu widzenia zwykłego
człowieka pracy taka zmiana wrażliwości społecznej – zwłaszcza w młodym
pokoleniu, wcale nie tak zmaterializowanym, jak nam się to dziesięć lat
temu wydawało – jest zjawiskiem bardzo pocieszającym. Idzie o to, by ta
nowa energia rosła i by znalazła zastosowanie w państwie polskiego
jutra.
                
            


III. Niepodległa i cenna dla świata  


Żeby budować Polskę dla
ludzi uczciwych, Polskę dla ludzi pracy, trzeba żyć w Polsce
niepodległej. Jej rzeczywista niepodległość jest warunkiem niezbędnym,
wyjściowym dla nadawania temu państwu wszelkich pożądanych przez naród
cech ustrojowych. W tym sensie postulat niepodległości Polski nie może
być dodatkiem do jakiejkolwiek innej ideologii. Musi wszystkie inne
polskie cele poprzedzać, bo – po prostu – bez jego spełnienia wszystko
inne stanie się fikcją. Wiemy to z własnego doświadczenia: naród bez
niepodległości nie ginie, ale jego istnienie jest tylko wegetacją bez
szans rozwojowych.

Niepodległe państwo mamy
nieprzerwanie od dwudziestu lat. To już drugie takie dwudziestolecie od
lat… ponad trzystu. Tak, to nie błąd w rachunku – w 1710 roku
Rzeczpospolita Obojga Narodów już rzeczywiście niepodległym państwem
nie była. Ta chronologiczna arytmetyka mówi coś o naszej „niewzruszenie
pewnej“ egzystencji politycznej i o prawdziwości sloganów o  jej
bezpieczeństwie. W tej kwestii nie wierzę niczyim gwarancjom. Żyjemy na
geopolitycznym przedmurzu i nie powinniśmy o tym zapominać. Dla Rosji
jesteśmy po pierwsze uciążliwą zawalidrogą na szlaku do Europy, po
drugie – odwiecznym wichrzycielem, budzącym odruchy buntu różnych
narodów przeciwko moskiewskiemu czy petersburskiemu imperium. Dla
Europy Zachodniej z kolei jesteśmy ziemią kresową, którą dobrze jest
mieć, ale której nie traktuje się jako integralnej i niezbędnej do
życia części całego organizmu i w której obronę inwestować warto tylko
ograniczone siły i środki. Toteż bywaliśmy, bywamy i będziemy bywać
przedmiotem przetargów. Pierwsze rokowania na temat rozbioru Polski
toczyły się między Iwanem Groźnym a cesarzem w roku 1570, ostatnie, o
których wiemy – w Jałcie i Poczdamie. W międzyczasie można takich
układów wymienić co najmniej kilkanaście – ze strony zachodniej
występowały w nich najczęściej Prusy i Austria, ale sporadycznie także
Francja – monarchiczna, rewolucyjna i republikańska, Anglia, wreszcie
pod koniec drugiej wojny światowej – także Stany Zjednoczone.
Naiwnością byłoby traktowanie tych wydarzeń jako serii oderwanych
przypadków. Przeciwnie – jest to łańcuch kolejnych potwierdzeń stałej
tendencji politycznej, ujawniającej się, ilekroć Rosja wydaje się
światu silna, a Polska – i w ogóle Europa środkowo-wschodnia – słaba.
Przy konstelacjach przeciwnych silna Polska może liczyć na sojusze z
Zachodem. Konferencji wersalskiej w 1919 roku nie byłoby, gdyby nie
rozsypała się wcześniej carska Rosja. Cynicznie i inteligentnie pisał o
tym pod koniec lat 1920 francuski nacjonalista Bainville, twierdząc, że
idea samostanowienia narodów może w Europie być stosowana tak długo,
jak długo Rosja będzie jeszcze słaba – i ani roku dłużej. Historia
całego XX wieku w pełni przyznała mu rację.
 Wniosek
nasuwa się oczywisty: na mapie Europy nie ma miejsca na Polskę słabą i
potulną – utrzyma się tylko Polska silna i bardzo samodzielna
politycznie.
Pozostaje oczywiście niepewność, czy wnioski z wieków minionych są
ważne także w stuleciu bieżącym. Odpowiadając, rozłożyłbym tę kwestię
na parę pytań szczegółowych: – czy dzisiejsza Rosja żywi swe dawne
tendencje imperialne, czy też chce się przeobrazić w „zwykłe“ państwo
narodowe? – czy  dzisiejszy unijny Zachód jest
jeszcze klasycznym europejskim Zachodem? – czy wspólczesne „Obamowe“
USA, to jeszcze dawna, dwudziestowieczna Ameryka?  -
czy i w jakiej mierze o polityce światowej decydują obecnie nie znane
dawniej siły poza-europejskie? i wreszcie, czy można już mówić o
Europie środkowo-wschodniej, jako o regionalnym podmiocie politycznym,
czy tylko – jak dawniej – o mozaice przedmiotów polityki cudzej?

Wyczerpująca odpowiedź na te pytania jest oczywiście potrzebna dla
określenia pożądanych kierunków i stylu polskiej polityki zagranicznej,
niewątpliwie przekracza jednak ramy tego szkicu. Odpowiadając najkrócej
i w skrajnym uproszczeniu, aktualną sytuację można, jak sądzę, opisać
następująco: po pierwsze – Rosja Putina i Miedwiediewa, mimo głębokiego
osłabienia wewnętrznego, chce odbudować swoją pozycję mocarstwa
imperialnego i w możliwie największym stopniu odtworzyć wokół siebie
krąg państw satelitarnych. Zgodnie z całą tradycją epok pprzednich
wiele starań dokłada przy tym do wytworzenia w świecie zachodnim
przekonania o swej woli przyjaznych kontaktów z całym światem, o swym
liberalizmie wewnętrznym i o wiarygodności swej polityki
zagranicznej. 

Po drugie – Europa
zachodnia, wbrew swej deklarowanej integracji w strukturach Unii
Europejskiej, przeżywa obecnie okres osłabienia dawnych tendencji
zjednoczeniowych i odradzania się wagi interesów partykularnych. Nie
łączy jej przy tym żadna wyrazista jedność ideowa. Nie jest więc – i
chyba w najbliższym czasie nie będzie – podmiotem żadnej rzeczywiście
wspólnej polityki zewnętrznej. Dwa spośród tradycyjnie najsilniejszych
państw unijnych – Niemcy i Francja – dość entuzjastycznie podchodzą do
propozycji politycznego zbliżenia z Rosją, co wzbudza mieszane reakcje
wielu innych państw członkowskich Unii Europejskiej. Ten ostatni fakt
jest dla nas niewątpliwie ważny. 

Po trzecie – światowa
pozycja Stanów Zjednoczonych ulega stopniowemu osłabieniu: słabnie
amerykański priorytet gospodarczy, zaangażowania militarne i polityczne
na Bliskim Wschodzie przynoszą rezultaty tak wątpliwe, że uderza to w
mit niezrównanej potęgi Ameryki, a ostatnio polityka Baracka Obamy
wielu obserwatorów dziwi, często rozczarowuje czy niepokoi. Można
sądzić, że choć USA pozostaną jeszcze jakiś czas mocarstwem numer jeden
na arenie światowej, to pierwszeństwo amerykańskie stanie się coraz
bardziej dyskusyjne, a jego autorytet międzynarodowy będzie stopniowo
spadał. 

Po czwarte – globalną
proporcję sił najbardziej zmienia seria sukcesów
ekonomiczno-cywilizacyjnych i wzrost wpływów politycznych wielkich
państw azjatyckich. Kapitały i przemysł międzynarodowy szybko
przesuwają się – zwłaszcza z Europy – do Azji. Należy spodziewać się,
że w najbliższych dekadach za gospodarką przesunie się tam i polityka,
co spowoduje stopniową marginalizację tradycyjnie najważniejszej
Europy. Drugim zjawiskiem wielkiej wagi jest tocząca się od dziesięciu
lat wojna cywilizacji, kultur i systemów wartości między światem
zachodnim, głównie amerykańskim, a światem wartości islamskich. W
wojnie tej wschodni terroryzm i zachodni interwencjonizm polityczny są
tylko zewnętrznymi i najbardziej nagłośnionymi przejawami konfliktu,
który w istocie sięga znacznie głębiej – do fundamentów filozofii
człowieka. Głębia i ostrość tego sporu oddalają co najmniej na dwa-trzy
pokolenia popularną do niedawna wizję jednej globalnej wioski, żyjącej
w daleko posuniętym consensusie. Przez dłuższy czas wioski będą jeszcze
co najmniej dwie, a ich mieszkańcy będą się pewnie wzajemnie
podejrzewać o rzeczy najgorsze.

Po piąte wreszcie – na całym
tym tle Europa środkowo-wschodnia, mimo dokonującego się w niej
gigantycznego postępu ekonomicznego i cywilizacyjnego, przez dłuższy
czas pozostanie jeszcze relatywnie słabym partnerem rozgrywek
międzynarodowych. Dążenie do dorównania silniejszym państwom Europy
zachodniej może hamować gotowość do występowania z inicjatywami
własnymi.
Słabością
państw tego regionu jest niedostateczna praktyka ich instytucjonalnych
struktur politycznych i szczupłość wyrobionych kadr w tej dziedzinie.
Ich siłą może stać się natomiast większa determinacja ideowa i
dojrzalszy stosunek do podstawowych wyborów politycznych, jaki cechuje
zazwyczaj społeczeństwa ciężej doświadczone politycznie. Jest to jednak
tylko nadzieja, która spełnić się może, ale nie musi. Mało
prawdopodobne wydaje się tu samoistne pojawienie się jakichś ważnych w
skali ogólnoeuropejskiej idei czy propozycji działań. Prawdopodobne
mogłoby się natomiast okazać podchwycenie podobnych inicjatyw,
przychodzących skądinąd. Choćby z silnej Polski.

W tle konfliktów i napięć
zauważalnych we współczesnym świecie widzę osobiście wielki rozłam
duchowy ludzi, społeczności i kultur współczesnych, rozłam, o którym
przyjęte jest milczeć w gabinetach i salonach, a który uwydatnia się w
reakcjach mas ludzi prostych w różnych punktach globu. Idzie o rozłam
między przekonaniem o absolutnej niezależności bytowej i moralnej
człowieka,
a wiarą w
tak czy inaczej nazywanego, ale władającego światem i objawiającego mu
ostateczne wartości Boga. Człowiek wierzący w Boga żyje w
rzeczywistości innej, niż jego niewierzący bliźni, inne są fundamenty
jego filozofii, moralności i kultury. Porozumienie tych dwóch może być
bardzo szerokie, będzie jednak zawsze płytkie. Dzielącej ich różnicy
nie da się, jak sądzę, w pełni przekroczyć. Filozofia nieoganiczonego
liberalizmu, leżąca u podstaw Wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie da
się pogodzić z wiarą w zależność świata i człowieka od Boga.
Współczesny świat nie ma na to żadnej przekonywującej rady, a tym
bardziej – gotowych recept politycznych. Nie znaczy to jednak, że
problem ten nie istnieje. Owszem – uwydatnia się na wszystkich
kontynentach – często z ogromną siłą. Czasem rodzi nienawiść, a czasem
– solidarność. Nie udawajmy, że można o nim zapomnieć. 

Wróćmy do Polski. Tak w
najogólniejszym zarysie widząc współczesną sytuację międzynarodową,
oczekiwałbym od polskiej polityki zagranicznej przyjęcia kilku
podstawowych zasad działania.
 Polska
polityka musi po pierwsze być samodzielna w wyznaczaniu swych celów i w
dobieraniu środków dla ich realizacji. Jej rzeczywistą racją musi na
każdym jej etapie być dobro Polski – państwa i społeczeństwa. Wszelkie
zobowiązania sojusznicze, czy wynikające na przykład z uczestnictwa w
Unii Europejskiej, winny być traktowane jako system ułatwień lub
przyjętych barier w uprawianiu tej własnej polityki i jako takie maja
być uczciwie i lojalnie przestrzegane, natomiast nie mogą być uznane za
pretekst do rezygnacji z polskiej samodzielności. Unia Europejska ani
żaden inny układ międzynarodowy nie stawia sobie za cel realizacji
celów specyficznie polskich i o tę realizację musimy dbać sami,
intensywnie domagając się uwzględnienia naszych potrzeb na forum
międzynarodowym. Musimy być przygotowani, że nie będzie to łatwe ani
przyjemne: w grze interesów lubiani bywają tylko ci uczestnicy, którzy
nie zgłaszają własnych żądań i nie stawiają warunków.

Polityka polska, jeśli ma
być samodzielna, musi być też aktywna. Nie powinna ograniczać się do
reagowania na sytuacje stworzone przez kontrpartnerów, ale sama winna
te sytuacje kreować swymi inicjatywami, obliczonymi na pobudzenie
aktywności państw innych. W szczególności Unia Europejska na obecnym
etapie wymaga, jak się zdaje, szukania nowych form swej obecności na
forum światowym. Kreatywność polskiej myśli politycznej na tym polu
mogłaby rzeczywiście zwiększyć rolę naszego kraju w polityce światowej
i europejskiej.
 
Wymaga to jednak określonego rozumienia idei europejskiej. Europeizm
może być i bywa rozumiany jako ideologia swoistego zbiorowego egoizmu
regionalnego, nastawionego na kontynuację tradycyjnego uprzywilejowania
mieszkańców tego kontynentu w porównaniu z ludnością reszty świata. W
tym rozumieniu europeizm staje się ideologią analogiczną do dawnego
nacjonalizmu, różniącą się od niego tylko szerszą bazą terytorialną i
ludnościową. Udział w tak rozumianej (choć może inaczej nazywanej) idei
wspólnoty europejskiej byłby dla Polski, wolnej od obciążającego
balastu tradycji dawnego kolonializmu i wyzysku innych kontynentów,
wyborem złym, drogą fałszywą moralnie i politycznie.
 Istotnym
kapitałem politycznym Polski jest w płaszczyźnie historycznej nasza
tradycja udziału w walkach wyzwoleńczych różnych narodów świata, nasz
romantyzm polityczny, wykpiwany często w Europie, ale pamiętany i
szanowany na innych kontynentach, a w epoce niemal współczesnej –
piękny mit polskiej „Solidarności“ i jej historycznego zwycięstwa.
Polska jako ewentualny rzecznik solidarności narodów słabszych,
domagających się swoich praw do wolności przed naciskami imperialnymi,
miałaby do odegrania kolosalną rolę na skalę globalną. Wymaga to tylko
mądrej i odważnej, nie lękającej się drwin, polityki wsparcia tych
krajów, które dziś stają przed problemami, jakie nękały nas ćwierć
wieku temu.

Fundamentem znaczenia
politycznego Polski w świecie przez długi czas nie będzie nasza potęga
ekonomiczna: należymy do uboższych państw europejskich i nawet
optymiści potwierdzą, że sytuacja ta może poprawiać się jedynie bardzo
powoli. Należymy natomiast do społeczeństw wyrazistych kulturalnie,
które nie uległy do końca ani dawnym naciskom totalitarnym, ani
duchowemu    
ogłupieniu
przez dyktat rynku. Ta wyrazistość dawnej i współczesnej kultury
polskiej, jej trwały koloryt jest czynnikiem przyciągającym do naszego
kraju. Polska polityka zagraniczna powinna aktywnie wykorzystywać ten
atut „innej europejskości“ kulturalnej, pociągającej dla tych, którzy
czują się obco w bardziej podporządkowanej rynkowi, często agresywnie
laickiej i bardzo pewnej swego uprzywilejowania Europie zachodniej.
 Wszystkie
te możliwości intensyfikacji naszej polityki zagranicznej wydają się
dostępne w obecnej sytuacji, nie wymagają szczególnych nakładów, tylko
inicjatywy, energii i odporności na złośliwe reakcje z różnych stron.
Aktywność polityczna jednego państwa rzadko bywa mile widziana przez
inne. W polityce międzynarodowej ma wyraźne zastosowanie wskazówka,
ważna także we wszystkich stosunkach międzyludzkich: nie bój się
zanadto twych wrogów – i nie ufaj przesadnie sprzymierzeńcom.
    
                                                   


 IV. Garść morałów 



Czy należy je umieszczać w
tym tekście? Ten i ów zarzuci mi moralizowanie. Zgoda, mam taką
skłonność. Sądzę jednak, że poważna rozmowa o polityce w wymiarze
krajowym, europejskim czy światowym, nie może pominąć problematyki
moralnej. Jako historyk nie spotkałem żadnej naprawdę ważnej realizacji
dziejowej, która nie miałaby jakiegoś – pozytywnego lub negatywnego –
moralnego sensu. A osobiście przeżyłem baśń, w której moralny zapał
garstki zapaleńców, zarażając najpierw parę, a potem paręset tysięcy
innych zwykłych i bezbronnych ludzi, doprowadził do bezkrwawego
obalenia totalitarnego systemu, któremu nie umieli dać rady politycy
całego szeregu mocarstw. Zdarzyło się to w sierpniu 1980 roku w
Gdańsku, Szczecinie, Jastrzębiu… Po tym doświadczeniu nikt mi nie
wytłumaczy, że miejsca na moralność w polityce nie ma. Mówcie to komu
innemu.

W Polsce zresztą ostatnio często wspominamy o wartościach, które
chcielibyśmy odnaleźć w życiu publicznym. Polski spór o wartości toczy
się najczęściej w trzech płaszczyznach: między tradycjonalistami a
zwolennikami nowoczesności, między romantykami a pragmatykami i –
najboleśniejszy – między tymi, którzy w czasach PRL-u musieli zdawać
trudne egzaminy politycznej moralności i rozmaicie się z nich
wywiązali. Każdej z tych spraw chcę poświęcić po parę słów.

Tradycji moralnie przejmujących mamy w Polsce zatrzęsienie. Można je
wspominać bardzo długo i niektórzy czynią to przy wielu okazjach. Inni
z tego dla kontrastu drwią. Twierdzą, że trzeba o tym bagażu zapomnieć,
ale sami nie potrafią przestać o nim mówić i zachowują się jak
zbuntowane kilkunastolatki. Wydaje mi się, że w sporze tym po obu
stronach więcej jest emocji, niż sensu. Trzeba zgodzić się, że
przeszłość może nas czegoś o realizacji wartości nauczyć, ale też, że
dawnych przykładów nie da się mechanicznie powtórzyć w czasach, które
zadają nam pytania nowe i inne.
Bez
myślenia, wychodzącego od starych doświadczeń, ale przekraczającego
dawną tradycję i idącego dalej ku nowoczesności, nie zdołamy na te
pytania odpowiedzieć.

Romantyka pytałbym, jak
radzi sobie z kwestią skutecznej realizacji swych idei i czego poza
wzdychaniem umie dokonać; pragmatykowi zaleciłbym refleksję, na kiedy
odkłada realizację tego, z czego dziś rezygnuje. Pytanie następne
byłoby trudniejsze: jaką wartość w swym pragmatyzmie definitywnie
poświęca i czy pomyślał, co przez ten wybór traci. Tu także spokojne
myślenie o realiach zmniejsza ostrość sporu. Preferowany przeze mnie
romantyzm nie musi oznaczać ucieczki od rzeczywistości, ale raczej
odwagę w dziele jej zmieniania.
 
Historia najnowsza udowadnia nam, że w życiu publicznym wartości należy
cenić i na nich budować. Nie każdy był postawiony wobec konieczności
podjęcia decyzji: tak czy nie, ryzykuję swym bezpieczeństwem, czy
podejmuję służbę dla opresora. Wielu z nas musiało jednak tę decyzję
podjąć, bywało to psychologicznie trudne, bo boi się każdy sam. Każda
konkretna sytuacja była trochę inna i do ocen moralnych śpieszyć się
nikomu nie radzę. Pewne czyny zostały jednak dokonane, często za
pieniądze, a ich skutki okazały się krzywdzące dla innych. Zatajanie
prawdy o takich faktach jest pomnażaniem tej krzywdy, a spokój budowany
na utrwalonym kłamstwie jest zawsze pozorny. Prosta sprawiedliwość
wymaga powiedzenia prawdy, a więc i przeprowadzenia możliwie
najdokładniejszej lustracji. Dla wielu starych dziś ludzi okaże się ona
bolesna, ale tylko w ten sposób można oczyścić atmosferę naszego życia
publicznego, raz na zawsze uwolnić nasze życie publiczne od zmory
„haków“  i udowodnić, że osobista przyzwoitość w
czasach trudnych ma swoją trwałą wartość. Taka nauka polskiemu
społeczeństwu przyda się na przyszłość. Nikt nie daje
gwarancji, że odtąd zawsze będzie już w życiu publicznym łatwo.
                                                 

                                                             
V. Moja kartka wyborcza

Wyobrażenia o
Polsce, do której idę, można byłoby kontynuować jeszcze długo – mówić o
rzeczach, które są mi życiowo czy zawodowo bliskie, o przyszłej drodze
polskiej inteligencji i jej dylematach, o fascynujących, trudnych ale
twórczych przemianach polskiej wsi, o ciągle nie domyślanej do końca
kwestii losu i dorobku polskiej dwudziestowiecznej emigracji
politycznej i polskości blisko dwudziestu milionów Polaków żyjących
poza krajem. Pora jednak wyciągać wnioski z tego, o czym powiedziałem
już wcześniej.
 Były
one dla mnie jednoznaczne od dawna. Będąc przez całe życie człowiekiem
bezpartyjnym, zachowałem ten status i współcześnie. Obserwując – ze
świadomie wybranego dystansu – bieg polskich spraw politycznych, już
przed kilku laty uznałem, że najbliżej tego programu Polski, do której
dążę, są koncepcje i działania znanych mi od 1980 roku braci Lecha i
Jarosława Kaczyńskich. W konsekwencji w poprzednich wyborach
prezydenckich głosowałem na Lecha Kaczyńskiego. Minione od tego czasu
lata udowodniły mi, że nie popełniłem błędu. Jego kadencja, trudna
przede wszystkim ze względu na wyjątkowe nagromadzenie wrogości jego
przeciwników politycznych i swoisty koncert nienawiści ze strony
większości mediów, wypełniona była efektywną pracą polityczną, w moim
przekonaniu bardzo wartościową dla Polski wewnętrznie, a może przede
wszystkim – w przestrzeni polityki międzynarodowej. Były to działania
mądre, godne i odważne. Przed dwoma miesiącami było dla mnie jasne, że
będę głosował za prezydenturą Lecha Kaczyńskiego na drugą kadencję jego
służby.
 Zapytany wtedy o szczegółową motywację tego stanowiska, mógłbym  uzasadnić
je dokładnie tymi tezami, jakie dziś zawarłem w powyższych uwagach. W
tym sensie cała treść tego rozważania odbija mój sposób myślenia sprzed
tego, co stało się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem.

 Dziś jednak trzeba powiedzieć o sytuacji więcej i mocniej, bardziej kategorycznie. Nie
wiem, co naprawdę wydarzyło się pod Smoleńskiem. Nie wiem, choć w dwa
miesiące po tamtym wydarzeniu powinienem wiedzieć. Pełna i adekwatna do
rangi tej tragedii informacja została przed polskim społeczeństwem
zasłonięta, zatajona. Zatajona – z jakiego powodu? Co i dlaczego w tej
sprawie ma pozostać czyimś sekretem?

Wiem za to parę rzeczy
innych. Pamiętam, jak niechętnie wyjazd prezydenta RP do Katynia był
traktowany zarówno przez władze rosyjskie, jak i przez polski rząd.
Niechęć rosyjska była tu zrozumiała: postać Lecha Kaczyńskiego od dawna
była Rosjanom solą w oku. Niechęci polskiego rządu  komentować nie będę. Tu znów wiem za mało. Z uzgodnionej z władzami rosyjskimi  inicjatywy
rządu doszo w końcu do wyjazdów dwóch, wyznaczonych na daty różne, przy
czym tylko ten pierwszy – wyjazd premiera – otrzymał rangę i oprawę
oficjalną. Wyjazd prezydenta potraktowany został jako wizyta prywatna,
co oczywiście zredukowało także stosowane w takich przypadkach
nadzwyczajne środki bezpieczeństwa.
 Nastąpiła katastrofa. Zginęła Para prezydencka i blisko stuosobowa grupa wybitnych polskich patriotów.
Odsuwając na stronę dławiący nas wciąż żal, trzeba obiektywnie
stwierdzić, że zdarzenie to było bardzo ważne dla polityki polskiej,
wschodnio-europejskiej i – oczywiście – rosyjskiej. Odejście Lecha
Kaczyńskiego zakwestionowało kontynuację samodzielnej i odważnej
polityki polskiej, osłabiło ogromnie tok współdziałania politycznego
krajów Europy środkowo-wschodniej, stojących wobec zagrożenia
odradzającym się imperializmem rosyjskim – i przez to samo znacząco
ułatwiło dalszą politykę Rosji. Odszedł ktoś, kto własną indywidualną
postawą i wypowiedziami potrafił przysporzyć jej imperializmowi dużo
kłopotów i utrudnień.
 W
tej sytuacji prowadzenie śledztwa po katastrofie, a więc i formułowanie
wyjściowej interpretacji tego wydarzenia, pozostawione zostało – moim
zdaniem kuriozalnie – stronie rosyjskiej, czyli dosłownie temu, „cui
prodest“. Stało to się za całkowitą zgodą rządu polskiego, tłumaczącego
taką decyzję stosowaniem się do prawa międzynarodowego. Wadliwość
interpretacji tego prawa ujawniła się po parudziesięciu niezwykle
ważnych dla przebiegu śledztwa godzinach, nie zmieniło to niczego w
trybie dalszych działań. Zabrakło inicjatywy rządu polskiego.

Premier polski złożył natomiast od razu publiczną deklarację pełnego i bezwarunkowego zaufania do  wszelkich działań śledczych strony rosyjskiej, dając jej tym samym  - w imieniu całej Polski – oficjalną  carte
blanche. Jeśli deklarację tę traktować, jako wyraz jego rzeczywistej
opinii, to przyznam się, że nie wiem, jakie wydarzenia z dziejów
stosunków polsko-rosyjskich podyktowały mu to zaufanie i nie wiem, ilu
Polaków taką opinię podziela. Jeśli natomiast był to jedynie
konwencjonalny gest, to zyskiwał na nim tylko rosyjski rząd Władimira
Putina, a na pewno nie sprawa polska. Mówiąc z pozycji obywatela i
podatnika, sądzę, że nocny stróż, spotykając na strzeżonym przez siebie
terenie obcego przechodnia, powinien sprawdzić jego zachowanie, nie zaś
kierować się tylko swym generalnym zaufaniem do ludzi. Nie za to płacą
mu ci, którzy go do roboty najęli.

Przebieg dwumiesięcznego już śledztwa – na ile cokolwiek o nim w Polsce
wiemy – budzi szereg pytań i wątpliwości, czy wszystko toczy się
normalnie. Przypomnę to, o czym wiemy już od dawna: dziwne podanie
fałszywej godziny katastrofy, zastanawiający stopień zniszczenia
samolotu, spadającego z minimalnej wysokości, niedostateczne
zabezpieczenie śladów materialnych zderzenia z ziemią, natychmiastowe
wejście niwelującego takie ślady ciężkiego sprzętu drogowego na teren
zajścia, niedopuszczenie ekipy polskich specjalistów -archeologów do
przeprowadzenia tam wykopków, mogących cokolwiek odkryć, zatrzymanie w
rosyjskich rękach czarnych skrzynek z rozbitego samolotu, długie
korowody z przekazaniem do Polski choćby kopii istniejących tam
zapisów, irytacja z powodu ujawnienia części stenogramów polskiej
opinii publicznej – lista tych faktów wydłuża się z każdym dniem i
obejmuje sprawy coraz bardziej bulwersujące. Wniosek nasuwa się prosty:
sekrety w tej sprawie są i – jak zwracają na to naszą uwagę także
rosyjscy opozycjoniści – są one w ręku rządu Putina.
 Powiem
otwarcie: nie dziwi mnie w tym wszystkim zachowanie rosyjskich władz.
Nie dlatego, bym próbował je jakoś usprawiedliwiać. Po prostu pracując
od lat nad historią Europy Wschodniej i badając liczne przykłady metody
imperialnych działań polityki rosyjskiej na różnych jej etapach,
przestałem się czemukolwiek w tym zakresie dziwić. Wiem, z kim mamy do
czynienia.

Zdumiewa mnie natomiast i oburza zachowanie rządowej strony polskiej – wobec Rosji i wobec społeczeństwa polskiego. Najpierw
- wobec Rosji. Pisałem wcześniej o niebezpieczeństwie polskiej polityki
potulnej. Cachy takiej właśnie potulności uderzają w całym zachowaniu
polskiego rządu wobec sprawy smoleńskiej. Podstawowym zmartwieniem
pozostaje to, żeby choćby niewczesnym pytaniem o cokolwiek nie urazić
strony rosyjskiej, nie rozminąć się z jej aktualnymi intencjami, nie
naruszyć jej nieskazitelnej opinii na płaszczyźnie międzynarodowej.
Prawdą historyczną ma stać się to, co zadeklaruje rząd rosyjski. Takie
zachowanie i ten niepokój, by własną inicjatywą nie przysporzyć
jakiegokolwiek kłopotu Rosji, to dobrowolne przyjmowanie – w imieniu
nie tylko własnym, ale w imieniu Polski – statusu rosyjskiego satelity.
Wiem, że to zarzut straszny, ale narzuca mi się on nieodparcie.

Po wtóre – wobec
społeczeństwa polskiego. Odnoszę wrażenie, że powszechność i głębia
żałoby narodowej po śmierci prezydenckiej Pary i pozostałych ofiar
katastrofy smoleńskiej zaskoczyła i wręcz zaniepokoiła aktualny obóz
rządzący. Próbowano kwestionować zasadność pochowania Pary
prezydenckiej na Wawelu. Obserwowaliśmy tendencję do wyciszania w
mediach świadectw  zbiorowego smutku i wyrazów
przywiązania do wartości patriotycznych, kojarzonych z osobami ofiar.
Głosy, domagające się poinformowania społeczeństwa o wydarzeniach,
związanych z podróżą prezydenta do Katynia i pytania i wątpliwości,
dotyczące możliwych przyczyn katastrofy, 
budziły
irytację władz i kwalifikowane były pogardliwie jako przejawy
„spiskowej teorii dziejów“ W odpowiedzi na to warto zresztą zapytać,
czym jest podyktowane wykluczenie hipotezy o „spiskowej  -
być może – praktyce“ tego fragmentu dziejów, przed jakimkolwiek
zbadaniem okoliczności katastrofy: ślepotą, czy celowym zamykaniem oczu
na kłopotliwe fakty. Wreszcie – wiele daje do myślenia gorączkowy
pośpiech i styl, w jakim pełniący czasowo obowiązki prezydenta
marszałek sejmu, a skądinąd jeden z kandydatów na ten urząd w
czekających nas wyborach, wkraczał w swoje chwilowe – jak dotąd – role.
Dokonywane natychmiastowo zmiany personalne na stanowiskach, które
mogły poczekać kilka tygodni na obsadzenie przez przyszłego prezydenta
i pośpiesznie podpisywane projekty nowych ustaw, które wcześniej nie
zyskały aprobaty Lecha Kaczyńskiego, dowodzą chęci daleko idącego
odejścia od dotychczasowej koncepcji kierowania państwem polskim. Idee
i działania dotychczasowego prezydenta mają być więc przez nową władzę
porzucone, a przez społeczeństwo – zapomniane.

Otóż taki – i w ten sposób
wprowadzany – projekt polityczny obecnego marszałka sejmu budzi szeroki
opór społeczny. Opór ten konsoliduje się wokół osoby brata zmarłego pod
Smoleńskiem prezydenta i współautora jego koncepcji Polski suwerennej,
uczciwej i solidarnej – wokół Jarosława Kaczyńskiego. To dzieło ma być
kontynuowane. Będzie kontynuowane mocą postawy ideowej społeczeństwa,
które nie pogodzi się z władzą ludzi, zastanawiająco gotowych do
postępowania za politycznym dyktatem, płynącym spoza naszego kraju.
Będzie kontynuowane nawet wtedy, jeśli w najbliższych dniach nasz
kandydat w wyborach prezydenckich, Jarosław Kaczyński, nie osiągnie
zwycięstwa. Idea Polski, do której dążyliśmy od dziesiątków lat i
chcemy dążyć nadal, jest silniejsza i trwalsza od planów naszych
przeciwników politycznych.
 Dziś
mamy jednak szansę ponownego podjęcia jej realizacji nie tylko jako
szeroki ruch społeczny, ale też jako całe państwo – razem z jego nowym
prezydentem, współautorem i kontynuatorem linii programowej jego brata,
ś.p. Lecha Kaczyńskiego. Dlatego oddajemy głos na prezydenta -
Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego przynajmniej czynię tak ja.
    
                      
                                                                   


Bohdan Cywiński 

Przerośl – na Suwalszczyźnie, 9 czerwca 2010 roku.


  • RSS