Z namowy mojego syna Pawła i dzięki jego pomocy organizacyjnej przygotowuję kolejne wydanie „Rodowodów niepokornych”. Takie zajęcie, to chyba dla każdego autora, któremu zdarza się wznowienie książki, robota przyjemna, ale psychicznie trudna: trzeba wleźć we własną skórę sprzed iluś lat. W moim przypadku – sprzed czterdziestu. Nijak się nie mieszczę: przybyło mi nie tylko z 15 kilogramów ciała, ale i trochę doświadczeń życiowych i historycznych. Ale do „Rodowodów…” mam w dalszym stopniu dużą sympatię i mimo zawartych tam paru błędów czy idiotycznych luk w obrazie, mogę się pod nimi w dalszym ciągu podpisać. A podejrzewam, źe ta ksiąźka po czterdziestu latach i w całkiem innej sytuacji dziejowej może jeszcze komuś dać coś do myślenia. Więc – niech leci.

Oznacza to jednak konieczność napisania do niej nowej przedmowy – i tu zaczynają się schody… W jaki świat, w jaką Polskę, wysyłam tym razem tę ksiąźkę? Intuicja powiada mi, że oto zaczyna się nowa epoka, w której pamięć o dawnych niepokornych będzie nie tylko wspomnieniem z odległej epoki, ale może okazać się raz jeszcze wezwaniem do czegoś, czego jeszcze nie potrafię nazwać. Niepokorni z dziewiętnastego wieku nie stanowili obozu politycznego, nie byli nawet określoną formacją ideologiczną. Płonął w nich pewien szczególny ognik duchowy, wyróżniający ich spośród otoczenia. Jak o tym mówić dziś, kiedy wewnętrzne różnice opinii w społeczeństwie – właśnie opinii politycznych i ideologicznych – są na pewno nie mniejsze, niź były w najgorętszym momencie sporów pamiętnego 1905 roku? To niełatwe zadanie dla autora – dziś już starca po siedemdziesiątce. Spróbuję je podjąć.