cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2012

Informacja z mediów: amerykański wywiad, szykując akcję zabicia bin Ladena, wykorzystał agenta-lekarza, który dla dotarcia do danych o bin Ladenie, zorganizował akcję nadzwyczajnego szczepienia dzieci w rejonie, gdzie podejrzewano pobyt ukrywającego się szefa Al-Kaidy. Akcja komandosów amerykańskich powiodła się dzięki informacjom lekarza. Pakistan teraz oskarża lekarza o zdradę poprzez umożliwienie Amerykanom wykonania samowolnej akcji na terenie tego państwa, a Amerykanie protestują, że młodemu lekarzowi dzieje się krzywda.

Albo jestem  skrajnie naiwny, albo po cichu sympatyzuję z Al-Kaidą, ale coś mnie tu brzydzi. Wiem, wywiad jest od tego, żeby po cichu robić rzeczy brudne. Wiem, agentami bywają nie tylko zwykli cwaniaczkowie, ale i ludzie pełniący role wysoko poważane, nie tylko lekarze, ale i duchowni – nie cytujmy tu nazwisk… Moralnością tamtego gościa z Pakistanu niech się martwi kolega Hipokrates. Chyba coś tu z tą jego przysięgą zdarzyło się niecałkiem eleganckiego… Ciekaw jestem natomiast, jak moralny – nie polityczny! – aspekt sprawy oceni (czy w ogóle go dostrzeże) zachodnia opinia publiczna, przyklaskująca niedawno mowom amerykańskich prezydentów o walce sił Dobra z siłami imperium Zła. I jak oceniłaby takie same zachowania, gdyby polityczne barwy tych wydarzeń były odwrotne, to znaczy – gdyby to muzułmanie w taki sposób szykowali zabójstwo kogoś z naszych… Czy i wtedy żal byłoby tego młodego lekarza?

Wytłumaczcie mi, dlaczego mam takie głupie wątpliwości…                                                                        (30.1.12)

Zdaje się, że kolejny raz zostanę wydłubany z dydaktycznej emerytury – tym razem przez kulturoznawców z UKSW, którym moje uwagi o walce kultur w XIX- wiecznej Europie Wschodniej za czasów caratu wydają się przydatne do jakichś szerszych tematów o społecznych rolach kultury. Cieszy mnie to, jak każdego emerytowanego profesora, że się mogę do czegoś nadać – choćby za zupełne grosze. Z niechęcią myślę o dziesiątkach godzin podróży z Suwalszczyzny do Warszawy i z powrotem, ale cóż robić. Rzecz będzie miała sens, jeśli wśród słuchaczy trafi się choć kilku takich, co zdolni są sami coś przeczytać. Bez tego usłyszą tylko spis rzeczy, które warto poznać i przemyśleć na własny rachunek. Wykład z nauk humanistycznych nie ma moim zdaniem przekazać konkretnej wiedzy o faktach, ale po prostu dać wskazówki do znalezienia takiej wiedzy i zaproponować pytania, jakie warto sobie przy takich lekturach postawić.

Dojrzewa także mój pomysł wcześniejszy – serii broszur o polskich, białoruskich, inflanckich i litewskich „oszołomach” w tamtej epoce, wydawanych tanio i prymitywnie, ale w dwóch lub więcej wersjach językowych. Opinie o tym są niezłe, forsy oczywiście nie ma, ale teraz trzeba napisać trzy pierwsze tekściki, a potem martwić się o pieniadze.

Tak więc zaczyna się ustawiać mój nowy rozkład jazdy… 

Siedemnasty stycznia. Słuchajac rano radiowego przeglądu prasy, zdumiałem się. Nie został wspomniany żaden tekst rocznicowy, związany z wkroczeniem Armii Czerwonej do Warszawy w 1945 roku. Nie mam oczywiście dostępu do całej prasy, nie wiem, czy takich tekstów rzeczywiście nie było, ale w każdym razie rocznica mija bez echa. Przez całą młodość co rok mialem jej pełne uszy, w propagandzie tej było mnóstwo kłamstw i komunistycznego świństwa, więc za przesadnym świętowaniem tego dnia na pewno nie tęsknię. Ale pamięć o nim wydaje mi się ważna, zwłaszcza dla Warszawiaków, a symbolicznie – dla całego kraju.Był to jednak jeden z najważniejszych dni warszawskiego dwudziestego wieku.

Dobrze byłoby odpowiedzieć sobie, co się wtedy rzeczywiście zdarzyło. Popularne są dwie odpowiedzi krańcowo różne: radykalne wyzwolenie stolicy z rąk okupanta-oprawcy i moment polskiego zwycięstwa w drugiej wojnie światowej, albo podła zmiana jednej niewoli na drugą, jeszcze gorszą, bo dziewięć razy dłuższą. Sądzę, że żadna z tych odpowiedzi nie jest w pełni prawdziwa, choć i w jednej i w drugiej istnieją elementy prawdy. Proporcja prawdy i kłamstwa w każdej z nich nie da się wykazać w blogowej notce, ale idzie mi tu o to, że o tym skomplikowanym rachunku zbrodni, krzywd i ulg powinniśmy mówić dziś obiektywnie, spokojnie – ale myśleć, informować się, porównywać wspomnienia starców i opinie młodych i mówić o tym głośno i kategorycznie. Po latach komunistycznej propagandy sławiącej dobrodziejstwo sowieckich wyzwolicieli podświadomie weszliśmy w drugą skrajność: skłonni jesteśmy w nich widzieć wyłącznie nowych okupantów, a jednocześnie mniej uwagi poświęcamy pamięci zbrodni niemieckich.

Cóż, należę do bodaj ostatniego rocznika, który pamięta niemieckie mundury, gotowe do strzału automaty na naszych ulicach i podwarszawskich stacjach kolejowych i własny dziecięcy udział w pogrzebie zastrzelonego w akcji oficera AK. Pamiętam oczywiście i to, co przyszło później i trwało tak niezmiernie długo – i to już jest pamięc uczniowska, studencka i dorosła. Czterdzieści kilka lat dominacji sowieckiej nad Polską było dla nas wszystkich doświadczeniem niezmiernie ciężkim i uczyniło mnie na całe życie bardzo podejrzliwym wobec wszelkiej politycznej aktywności rosyjskiej.

Niemniej tamten dzień 17 stycznia wspominam jako szansę zaczerpnięcia oddechu na moment przed możliwą fizyczną zagładą narodu. Zaczerpnięcia oddechu przed następną, także bardzo grożną próbą historyczną. I próbą groźną inaczej – nie tyle idącą ku fizycznej eksterminacji, ile ku zniwelowaniu naszej narodowej tożsamości. Nie poddaliśmy się temu i wreszcie w tym starciu zwyciężyliśmy. A 45 lat okupacji niemieckiej po prostu byśmy nie przeżyli… Tak patrzę na tamten styczeń 45.

W ramach rozglądania się po tym, co dzieje się w naszym życiu publicznym, przyszedł mi do głowy jeszcze jeden temat refleksji i debaty: co to jest, czym może być i jakie ma atuty opozycja w +-demokratycznym społeczeństwie. Najczęściej mówi się o tym, że powinna patrzeć na ręce władzy. To prawda, ale to widok zazwyczaj paskudny i rola niewdzięczna: po niedługim czasie krytyka robi się jednostajna, nudna, poza tym słabnie jej wiarygodność: facet krytykuje, bo – jeśli jest w opozycji – to pewnie musi… Poza tym, najlepszy okazuje się ten, kto pyskuje najodważniej albo najdowcipniej. Lubię mądrych pyskaczy, ale myślę, że liczą się nie tylko oni.

Jeśli nie lubię, nie ufam, aktualnej władzy, to nie znaczy, że muszę pozostać bierny i czekać na lepszy wynik następnych wyborów. Na ogół nie muszę też szykować natychmiastowej rewolucji. Nawet bardzo kulawa demokracja pozostawia mi pewne pole do działania. Nie jestem bezradny, bo nie jestem sam. Takich, jak ja, jest wielu – tylko osobiście się nie znamy. A wiele rzeczy w tym kraju jest do zrobienia właśnie dla tych, którzy są znani z tego, że nie są wysłannikami władzy. Władza – każda – ma w ręku posady, przywileje, ułatwienia, a więc tak czy inaczej – kasę. I tym przyciągnie wielu, praktycznie większość społeczeństwa. Przyciągnie, ale nie zmobilizuje do wytężonego i  ofiarnego działania. Ilość nie przejdzie tu w jakość: najemnik władzy działa na trzy minus.

Opozycja kasy ma mało, kupi niewielu, a ci kupieni okażą się też mało warci. Ci lepsi przyjdą – jak zwykle – za darmo. Ma na w ręku duży atut: dopóki nie łże i nie sprzedaje się byle komu, budzi społeczne zaufanie. Władza na to zaufanie liczyć nie może, osiągają je natomiast dość łatwo ci, którzy z nią nie flirtują. A społeczne zaufanie – to w tym kraju przynajmniej – wielka siła. Można nią zbudować dużo, zupełnie nie interesujac się tym, co robi i co psuje władza. Sądzę, że to nasza najważniejsza, a dotąd niewykorzystana energia – i w gospodarce i w kulturze. Oczywiście – wymaga to solidnego przemyślenia, a potem pracy. Ale chyba warto w tym – pozornie niewyraźnym politycznie, ale dającym wyraźne rezultaty – kierunku iść. Do takiej drogi szykowała się kiedyś młodziutka panna S… 

 

Za rok i 10 dni mija 150 rocznica Powstania Styczniowego. Przyszło mi przedwczoraj do głowy, źe jest to okazja, aby wbić się do opinii publicznej z tematem świadomości i postawy obywatelskiej w naszej XIX wiecznej tradycji. Powstanie Styczniowe jest tu znakomitym, bo wyjątkowo kontrowersyjnym przykładem różnych podejść do tej problematyki – żadne z powstań poza Warszawskim nie wywołało tylu sporów ex post w kwestii jego sensu czy bezsensu. O sensie i bezsensie wprost wypowiadać się nie mam ochoty, mam dziwne wrażenie, że sądy na ten temat zależą od czegoś w rodzaju słuchu czy węchu – jedni to czują, a inni nie. Ciekawi mnie raczej podpatrzenie tych, dla których postawa wobec powstania była pytaniem bezpośrednio wpływającym na bieg ich życia. A także – jak to kształtowało się w opiniach ich środowiska. Przy okazji pracy nad właśnie ukończoną książką, zebrałem troszkę materiałów, tyczących tej tematyki na ziemiach litewsko-białoruskich – syntezy z tego nie da się zrobić, ale parę sylwetek kresowych zarysować można. Czuję, że nie powstrzymam się i to zrobię. Oznacza to wprawdzie kolejny rok ostrej roboty, ale frajda duża…

Od tygodnia usiłuję odnaleźć się w aktualnej problematyce polityki, kultury, Kościoła, po wielomiesięcznej, niemalże paroletniej koncentracji uwagi na jednym historycznym temacie. Okazuje się to trudne: w każdym wymiarze myślowym coś się w międzyczasie mocno pozmieniało. W polityce najbardziej mnie obchodzą sprawy wschodnie, tu Putinowska Rosja odsłoniła już swój imperialny charakter dość wyraźnie, Unia Europejska demonstruje natomiast swoją słabość polityczną i dezintegrację, miękkość Obamy budzi spora irytację w Stanach i w wielu miejscach świata, słowem – szykuje się coś niedobrego, a równocześnie chyba coraz więcej sygnałów wskazuje, że w wielu miejscach na świecie budzą się myśli nowe i może czasem twórcze, a w każdym razie dalekie od politycznej poprawności. Niestety polska polityka zagraniczna w tych próbach szukania czegokolwiek nowego nie uczestniczy. Wydaje mi się zaskakująco ślepa. W  kulturze przepłynęła przez Polskę kolejna fala nieustającej dyskusji o inteligencji, w której jawi mi się jeszcze parę rzeczy wartych powiedzenia, a także stale trwa spór o współczesną i jutrzejszą polską oświatę i o jej wątki humanistyczne. Te dwie kwestie oczywiście się ze sobą łączą, choćby pytaniem: CZY INTELIGENT JEST PRODUKTEM OŚWIATY? Kolejna kwestia, która zresztą dopiero narasta, a wydaje mi się strasznie ciekawa i ważna kulturalnie i politycznie, brzmi:JAKA BĘDZIE JUTRZEJSZA POLSKA WIEŚ? Przewiduję, że za dwadzieścia lat tu staną się rzeczy dla Polski najważniejsze – dobre, albo złe. Wreszcie Kościół – ten polski jest w przededniu dużej zmiany, która będzie miała cechy i kryzysu, i pojawienia się zaskakującej energii nowej. Ale nie wydaje mi się, by dostrzegała to dzisiejsza ekipa polskiego Episkopatu, więc trochę się niepokoję tych kryzysowych bólów… O tym wszystkich chciałbym tu po troszeczku rozmawiać, jeśli znajdą się chętni do wymiany opinii. 

 
Nowy Rok 2012. Bardzo dawno tu nie zaglądałem, nie wpisywałem nic. Mimo to ktoś tu jeszcze zagląda. Więc może warto tu wrócić. Przerwałem prowadzenie bloga, mając do wykonania ogromną robotę – napisanie książki, która była posumowaniem 21 lat kontaktów z mnóstwem ludzi i miejsc w Europie Wschodniej i co najmniej kilku – intensywnej pracy badawczej z dziedziny historii kultury i zagadnień pokrewnych. Termin wykonania pracy był wyznaczony na koniec roku 2011. Ukończoną pracę wysłałem do wydawnictwa wczoraj, czyli w Sylwestra, o godzinie 18.45. Wyjdzie chyba w połowie roku, nazywa się „SZAŃCE KULTUR”i dotyczy procesów rusyfikacji 12 kultur narodów wschodnio-europejskich oraz ich reakcji na tę rusyfikację. Te narody – to Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Finowie, Estończycy, Łotysze, Gruzini, Ormianie, Azerbejdżanie i górale Kaukazu, Tatarzy Krymscy, Mołdawianie besarabscy i wreszcie Żydzi.  Zajmuję się tam głównie wiekiem XVIII i XIX, dociągam temat do 1917 roku (nie jestem sowietologiem, a historia rusyfikacji sowieckiej to sprawa zupełnie odrębna od tej carskiej, niech więc się nią zajmują specjaliści inni). Książka wyjdzie w wydawnictwie „Trio”, będzie dość gruba i podejrzewam, że parę osób trochę zirytuje, a pozostałe – trochę zmęczy… 

Mnie zmęczyła bardzo. Dziś czuję się jednak ogromnie rad – Bóg łaskaw – dożyłem do ostatniej kropki, zdążyłem, napisałem w terminie, znów jestem człowiekiem wolnym i mam prawo do zainteresowań, do lektur – choć na razie chce mi się tylko po pierwsze spać, po drugie chodzić po lesie… Ale mimo to spróbuję jeszcze prowadzić bloga.

 

 

 

 

 

 


  • RSS