Białoruś zażądała dziś wyjazdu ze swego terytorium ambasadora Polski i przedstawiciela UE. W ciągu paru godzin wszystkie 27 państw Unii wezwały do kraju „na konsultacje” swych ambasadorów z Mińska. Poszło na ostro. Po dwóch dniach pewnie Łukaszenka spuści z tonu i sprawa się trochę uspokoi, ale podobnych incydentów nie przypominam sobie w obecnej epoce. Od 2-3 lat narasta we mnie przekonanie, ze jakiś etap historyczny w świecie dobiega końca. Minione dwudziestolecie zaczynało się wielkim optymizmem, pokojem, przyjażnią, zaufaniem powszechnym i obowiązkowym i popisami naiwności rozmaitych oficjeli i decydentów w różnych krajach. Stopniowo humory się psuły, społeczeństwa warczały na sytuację, ale kontury zjawisk dobrych i złych były jeszcze pogrążone w szarości. Ostatnie lata pogłębiły niezadowolenie – i spowodował to nie tylko kryzys, ale może jeszcze bardziej zadziałało odkrycie, że opinia publiczna jest stale oszukiwana przez… – właśnie, nie wiadomo, przez kogo spośród światowych elit politycznych. Jeszcze nie wiadomo, ale szarość stopniowo ustępuje, kontury róznych sił zaczynaja się rysować nawet przed oczami tych, którzy dotąd trwali w ułudzie bezpieczeństwa i dostatku. Najważniejsi politycy – Putin, Merkel, Obama i kilku innych gra swoje sprzeczne, ale jakoś uzupełniające się gry coraz ostrzej, bezwzględniej, ale równocześnie coraz więcej środowisk na świecie okazuje się gotowych do protestów,. Nie wiem, czy jesteśmy w roku 1936, 1937,czy w marcu 1939, ale coś mi się zdaje, że zbliża się jakiś wielki zakręt historyczny, który nie musi przyjąć kształtu wojny, ale tak czy inaczej obali mit bezpieczeństwa, zamożności i rozrywki – i zmusi ludzi do poważnego zastanowienia się nad zbiorowym losem.