cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2012

 

Dzielni głodówkowicze „oświatowi” sprawili już przynajmniej tyle, że opinia publiczna została poruszona kwestią programów szkolnych. To dobrze, bo decydentom pokazano, że nie poruszają się w bezproblemowej próżni. Ciekawe, czy coś z tego zrozumieją. Sprawa należy jednak nie do nich, ale do nas: po pierwsze – do uczniów, po drugie – do dorosłej myślącej części społeczeństwa, po trzecie – do nauczycieli. których autorytet wychowawców został przez tych decydentów bardzo poważnie uszkodzony. Gdybym był dyrektorem szkoły, zastanawiałbym się, czy nie przejść raczej do handlu pietruszką na bazarze… Sądzę jednak, że wszyscy chętni do myślenia o sprawach społecznych powinni sobie zadać kilka pytań serio, wykraczających poza kwestię, co myślimy o jakości naszego rządu. Po pierwsze: czego można i należy wymagać od szkoły, a co trzeba w dobrze pojętym własnym interesie robić poza nią.Mój Tata chodził jeszcze do szkoły carskiej, ja – do stalinowskiej, moje dzieci uczyły się za granicą, gdzie o Polsce nie dowiadywały się nic poza tym, co same znalazły gdzie indziej,kiedy więc moje wnuki teraz trafią na znakomitą reformę oświatową naszego obecnego rządu, to będzie to zgodne z rodzinną tradycją, że sprawa własnej polskości i własnego poziomu kulturalnego jest za poważna, żeby ją oddawać w ręce fachowców od jakiejkolwiek oficjalnej oświaty. W tych kwestiach będziesz tym, czym się sam zrobisz. Jeśli nie zrobisz nic i zadowolisz się tym, co ci da oficjalna oświata, to zostaniesz dyplomowanym ciemniakiem, pozbawionym treningu w myśleniu o wartościach, a więc podatnym na wszelką manipulację. I będzie to wina nietyle p.Tuska, ile twojej wlasnej głupoty i lenistwa. 

Sprawy ważne muszą być przedmiotem twego SAMOKSZTAŁCENIA. Tak bywa niemal zawsze, bo o programach szkolnych z reguły współdecydują politycy i rynek, a obie te siły chcą tobą manipulować. We współczesnej Polsce póki co jeszcze samodzielne kształcenie się, czytanie książek i rozmowy o nich nie są karane, a internet jest otwarty i daje spore możliwości. Oczywiście 90% twych kolegów pożałuje czasu na samokształcenie, przeznaczą go na imprezowanie, albo na zdobywanie kasy – i zostaną dyplomowanymi ciemniakami. Ale 10% ludzi z ambicją bycia człowiekiem kulturalnym – to wcale nie mało. Warto należeć do tej kasty, choć kasy to nie przyniesie. Wybór należy do ciebie.

Osobiście jestem historykiem kultury, znam się trochę na Europie Środkowej i Wschodniej i na historii Kościołów chrześcijańskich na tym terenie. Ten blog mógłby się stać miejscem startowym dla porad lektur z tego zakresu – zainteresowanych proszę o wpisy i komentarze. A myślę, że z łatwością znajdą się i fachowcy od innych dziedzin, którzy mogą chętnym bezinteresownie ułatwić start do samokształcenia. Nie damy się ogłupić ministerstwu ciemnoty narodowej!   - 30.3.12 

 

 

 

 

20.03.2012

 Wiadomo, że ludzi zniewala się kijem lub marchewką. Odnoszę wrażenie, że w naszej (polskiej? tradycyjnej?) kulturze i w sugerowanej przez nią wrażliwości etycznej jeteśmy stosunkowo odporni na lęk przed kijem. Trochę się go boimy, ale tego strachu nam wstyd i żeby nas rzeczywiście zniewolić, kij musi być naprawdę gruby i sękaty. Naszą większą słabością jest natomiast to, że marchewkę lubimy bardzo. Pół wieku temu niektórzy z nas dawali się zniewolić komunie, stawali się”TW” – na ogół nie ze strachu, ale z apetytu na marchewkę… Dzisiaj błyszczący bogactwem świat oferuje nam marchewkę na każdym rogu. Kupuje naszą wolność wyjątkowo łatwo. Nieźle mi znana młoda, dobrze sytuowana kobieta uważa, że w żadnym razie nie chce obniżyć swego wysokiego standardu materialnego, owszem: chce mieć coraz więcej. Marchewka chyba wydaje się jej już życiowo niezbędna. Żal mi jej, odnoszę wrażenie, że dziewczyna ta po prostu straciła słuch do pewnych rzeczy. I nie zdaje sobie sprawy, że marchewki nigdy nie będzie dość. Przeżyje życie w samodzielnie wybranej niewoli.                                                     

 

Zmarła Litka Stanowska. Dziś chowali Ją w Lublinie. Nie widziałem Jej od kilkunastu lat. Dawno temu – ponad 55 lat – była jedną z trzech – czterech osób, które odkrywały przede mną piękno skautingu i wielką tradycję polskiego harcerstwa: ideę służby. Grzeczny potulny student pierwszego roku polonistyki dowiadywał się, że żyjąc w społeczeństwie, jest otoczony ludźmi, którym trzeba – i można – pomóc. I że właśnie to jest dostępnym każdemu wymiarem chrześcijaństwa. Litka – wtedy jeszcze Samborska – docierała do ludzi poprzez teatr lalek. Ta dziedzina kultury była mi wyjątkowo obca i daleka. Ale optymistyczna życzliwość Litki, Jej naturalna „harcerskość”, budziły myśl, że skoro można przez lalki, to pewnie można i inaczej… Niedługo potem Litka wyszła za mąż – za Adama Stanowskiego, który okazał się dla mnie jednym z najważniejszych nauczycieli uczestnictwa w życiu społecznym, jakich zdarzyło mi się spotkać. Widywaliśmy się nieczęsto, niemniej mogę z przekonaniem powiedzieć, że jestem Ich wychowankiem. I że to właśnie przez Nich zafascynowałem się tą trudną do nazwania tradycją, która łączy katolickość, polskość, inteligenckość, żeromszczyznę i abramowszczyznę, lekceważenie pieniądza, wstręt do nacjonalizmu i szacunek dla pracy społecznej wśród tych, którym jest trudniej. To niebanalna kombinacja sympatii i antypatii ideowych. Nie mieści się w żadnej partii, wszędzie okazuje się niecałkiem poprawna. A równocześnie – wszędzie okazuje się twórcza.  Stanowscy byli tacy. Z radością myślę, że kiedyś się spotkamy…  


  • RSS