Zmarła Litka Stanowska. Dziś chowali Ją w Lublinie. Nie widziałem Jej od kilkunastu lat. Dawno temu – ponad 55 lat – była jedną z trzech – czterech osób, które odkrywały przede mną piękno skautingu i wielką tradycję polskiego harcerstwa: ideę służby. Grzeczny potulny student pierwszego roku polonistyki dowiadywał się, że żyjąc w społeczeństwie, jest otoczony ludźmi, którym trzeba – i można – pomóc. I że właśnie to jest dostępnym każdemu wymiarem chrześcijaństwa. Litka – wtedy jeszcze Samborska – docierała do ludzi poprzez teatr lalek. Ta dziedzina kultury była mi wyjątkowo obca i daleka. Ale optymistyczna życzliwość Litki, Jej naturalna „harcerskość”, budziły myśl, że skoro można przez lalki, to pewnie można i inaczej… Niedługo potem Litka wyszła za mąż – za Adama Stanowskiego, który okazał się dla mnie jednym z najważniejszych nauczycieli uczestnictwa w życiu społecznym, jakich zdarzyło mi się spotkać. Widywaliśmy się nieczęsto, niemniej mogę z przekonaniem powiedzieć, że jestem Ich wychowankiem. I że to właśnie przez Nich zafascynowałem się tą trudną do nazwania tradycją, która łączy katolickość, polskość, inteligenckość, żeromszczyznę i abramowszczyznę, lekceważenie pieniądza, wstręt do nacjonalizmu i szacunek dla pracy społecznej wśród tych, którym jest trudniej. To niebanalna kombinacja sympatii i antypatii ideowych. Nie mieści się w żadnej partii, wszędzie okazuje się niecałkiem poprawna. A równocześnie – wszędzie okazuje się twórcza.  Stanowscy byli tacy. Z radością myślę, że kiedyś się spotkamy…