cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2012

Otrzymałem wczoraj od Redaktora Michała Płocińskiego z „Rzeczpospolitej” taki liścik:

Szanowny Panie Profesorze, bardzo by mi zależało na Pana
opinii- 5 książek, które najlepiej „uczą polskości. W tym która jest
najważniejsza dla Pana i dlaczego. Bardzo dziękuję za chęć udziału w
przedsięwzięciu. Pozdrawiam – Michał Płociński, Rzeczpospolita- dział
„Opinie” 

Pytanie zafrapowało mnie na tyle, że odłożyłem inne zajęcia i po dwóch godzinach odpowiedziałem tak:  

 

Bohdan Cywiński                                                                                         
Przerośl, 24.4.12

Szanowny Panie Redaktorze, gratuluję pomysłu tego pytania.
Wywołuje ono u mnie potrzebę natychmiastowego zastanowienia się nad niełatwą
odpowiedzią. 

Nie ma jednego poczucia polskości, przeżywamy to różnie. Tym
bardziej nie da się wskazać najlepszych książkowych dróg do tego przeżycia.
Liczy się czas tego dojrzewania i uwarunkowania środowiskowe. Opowiem, jak to
było u mnie.

Rok urodzenia 1939, środowisko inteligenckie o wyraziście
antykomunistycznym, ale odległym od „bogoojczyźnianej” retoryki  sposobie myślenia. Szkoła powszechna w latach
1945-1952, od początku wiem, że trzeba przez nią przejść i że nie wolno jej
wierzyć. Dwie lektury, ustawione przez Rodziców: „OGNIEM I MIECZEM” i  „KAMIENIE NA SZANIEC”. Ta druga jeszcze w
wersji  wojennej, z przemalowanymi
pseudonimami: „Rudy” w niej występuje jako „Czarny”, „Alek” jako „Wojtek”, a
nazwisko autora brzmi „Górecki”. Te dwie książki, przeczytane bardzo wcześnie,
określały mi  najbardziej podstawowe
zręby polskiego etosu.

 
Warszawskie liceum Reytana, 1952-1956, relatywnie dobre i
uczciwe, ale przyjmowane przeze mnie nieufnie. Głębsze zaprzyjaźnienie się z
Kościołem katolickim, w jego wersji odważnej politycznie, a zarazem
intelektualnie bogatej. Na tym tle dwie następne książki. Czytany pod ławką
Krasiński, a w nim zwłaszcza nie wymieniająca imienia Polski, ale tak wiele o
niej w 1954 roku mówiąca „NIEBOSKA KOMEDIA”. 
A równocześnie – proponowany przez podejrzaną ideologicznie szkołę, ale
bliski domowym rozmowom i doświadczeniom „SAMSON” Brandysa. W domu Rodziców
Żydzi występowali w rolach różnych: w czasie niemieckiej okupacji jako ci, którym
należało pomagać, w latach powojennych – jako ci, których, jako wszechwładnych
komunistów trzeba się było bać, potem wreszcie, jako ci, wśród których trafiali
się także i sprzymierzeńcy.  „Nieboska…”
i „Samson”, czytane równolegle w latach stalinowskich, komplikowały licealiście
obraz polskości, zmuszały do samodzielnej refleksji: co jest wartością
niewątpliwą, a co – tylko swojskim, a niekoniecznie zasługującym na aprobatę,
gestem.

Humanistyczne studia i wszystko, co przyszło w życiu potem,
wepchnęło do głowy tłum książek, czytanych już zawodowo. Spośród tych kilku,
które wywołały najwięcej myśli własnych, pokłonię się Żeromskiemu:  jego „RÓŻA” I „URODA ŻYCIA” rysowały mi
polskość jako propozycję życia godziwego w niełatwej, a równocześnie bliskiej
moim doświadczeniom sytuacji .

Dobrze jest mieć w pamięci trochę takich książek, które
stają się punktami odniesienia dla własnego poczucia tożsamości. Pozdrawiam -  Bohdan Cywiński

x

Umieszczam tę wypowiedź i tutaj, zachęcając wszystkich odwiedzających, by się nad własnymi ważnymi lekturami zastanowili. A może i podzielili się wzajemnie swoimi „znaleziskami” – to może nam coś powiedzieć o nas samych… 

Wzywając do samokształcenia, zwracałem się przede wszystkim do młodych – do licealistów i studentów. W czasie zajęć na uczelni już po dwóch – trzech spotkaniach rozróżniam tych, którzy przyszli na uniwersytet z wykształceniem tylko szkolnym i tych, wcale nie tak rzadko spotykanych, którzy mają obyczaj czytania i myślenia na własny rachunek, a potem na wykładzie zadają kłopotliwe, ale jakże ciekawe pytania. Dziś z kolei chcę dotknąć kwestii, która odnosi do starych – czyli m.in. do mnie osobiście. Zawsze wydawało mi się, ze o problemach młodzieży mówi się mnóstwo, a o starości – znacznie mniej. Teraz sprawa emerytur rozogniła dyskusję. Ja jednak chcę mówić nie o tym. Na emeryturę – jako samodzielny pracownik naukowy – zostałem w sposób zgodny z prawem,ale bardzo niegrzeczny,wygnany w momencie przekraczania 70-tki, potem już dwukrotnie angażowany gdzie indziej, tyle, że za jedną czwartą uprzednich poborów. Okey, budżet nie człowiek, ale musi żyć i kwitnąć, ja już nie. Siedzę na wsi, żyję z emerytury parę razy większej, niż ta u moich tutejszych sąsiadów i parę razy mniejszej od wielu dawnych kolegów warszawskich sprzed trzydziestu lat – i jestem z życia zdecydowanie zadowolony. Starość oznacza koniec „kariery” – i chwała Bogu! Starość wypycha także z rynku – to wymaga ograniczenia potrzeb i czasem bywa niemiłe, ale jak dotąd, da się znieść. Wielkim plusem starości jest to, że odzyskuje się wielkie przestrzenie wolności: wolność czasu.I tu wracam do problematyki samokształcenia. Aktywnośc zawodowa czy publiczna ogromnie ogranicza szanse rozszerzania i pogłębiania zainteresowań intelektualnych. W ostatnich miesiącach znalazłem wreszcie czas na lektury, o których marzyłem od lat. Przeczuwałem, że będą ciekawe, ale okazują się wręcz fascynujące. Z tygodnia na tydzień widzę więcej i lepiej, czuję się dojrzalszy (sic!) i bardziej wolny od bzdurnych teoryjek, jakimi karmi nas dekadencka humanistyka współczesnej Europy. Poczytajcie sobie jakąś rzeczowo napisaną historię filozofii – zaczynając choćby od naszego starego Tatarkiewicza, a potem zaglądając tu i ówdzie do tekstów źródłowych i zobaczcie, jak żałośnie niedouczeni są nasi współcześni autorzy w porównaniu z pisarzami bizantyjskimi, arabskimi czy europejskimi sprzed 1500, 1200 czy 800 lat. Wiemy dziś niby więcej, ale rozumiemy mniej od tamtych.

Kiedy się starzejesz, wolno ci już być niemodnym. Skorzystaj z tego w wymiarze intelektualnym. Nie pożałujesz.

                                                   5.4.2012


  • RSS