cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2012

Cechująca mnie od wczesnej młodości skłonność do
amatorskiego filozofowania i przyglądania się filozofiom cudzym (niestety tylko
przyglądania, bez porządnego studium znaczących tekstów), skłania mnie do
ponawianego co czas jakiś namysłu nad ludzkim poczuciem tożsamości –
indywidualnej i zbiorowej. Kim jestem ja? O kim – i dlaczego – o pewnych
ludziach chcę mówić: my, o innych: oni, a co do jeszcze innych waham się, do
jakiej kategorii ich zaliczyć?

 Moja – i twoja, i
każdego innego człowieka -  ludzka
tożsamość  kształtuje się w zderzeniu
dwóch trudnych do zaprzeczenia faktów. Jestem bytem indywidualnym, w mej
kombinacji i proporcji cech osobniczych i w mojej drodze życiowej na pewno
niepowtarzalnym, więc odrębnym – innym od was wszystkich. Ale równocześnie
uczestniczę w życiu wspólnym, należę i pragnę należeć do jakiegoś „my”. Moja
tożsamość zakłada więc i odrębność i przynależność. Pragnę realizacji obu tych
cech, choć czasem poświęcam jedną z nich dla uwydatnienia drugiej.

W kontekście tych pytań pierwszych, w jakimś sensie
filozoficznych, pojawia mi się kwestia tożsamości polskiej – mojej, twojej,
naszej. Poczuć ją, przeżyć, cieszyć się nią – jest mi łatwo, ale zrozumieć,
nazwać, opisać jej treść – bardzo trudno. Łatwo przy tym opowiadać o niej w
odniesieniu do Kochanowskiego, Kościuszki, Słowackiego czy Traugutta. Myśląc o
nich, można szkicować sobie pewien model Polaka – oczywiście nie takiego, jakim
realnie był, ale takiego, jako chciał stawiać sobie za wzorzec, za ideał
polskości. W tym ideale odbijała się wyobrażona i upragniona odrębność.

Można także przypatrywać się przynależności tego Polaka do
jakichś ówczesnych wspólnot szerszych – geograficznie, ideowo, kulturowo,
politycznie. Wiemy o  historycznym
dramatyzmie tych różnych modeli przynależności: wkraczaliśmy do Europy
chrześcijańskiej, byliśmy w niej pomostem ku Wschodowi, byliśmy przedmurzem
broniącym jej przed nie-Europą, uczyliśmy się w niej Zachodu – jego osiągnięć i
jego mitów, korzystaliśmy z niej i ją współtworzyliśmy naszą pracą i kulturą.
Europa mocarstw skreśliła nas potem ze swej mapy, pozostawiając jednak żywy
polski mit: niech trwa, bo jest piękny i przejmujący. Nieobecni politycznie,
byliśmy na kontynencie wciąż ważni duchowo. To w pewien szczególny sposób
określało i naszą odrębność, i przynależność. W 1918 roku powróciliśmy do
obecności politycznej, a w dwa lata później Radzymin okazał się skutecznym
bastionem obronnym Europy.

 Dalsze dzieje
polskiego dwudziestego wieku – przy całym swym skomplikowaniu – dadzą się
opisywać wciąż tym samym językiem pojęciowym: otwarcia na zawsze imponujący
Zachód, pragnienia uczestnictwa, specyficznego „patriotyzmu Zachodu”, a
równocześnie polskiej nierównej walki i ofiar, zbrodni neo-zaborców i zaskakującej
nas każdorazowo politycznej obojętności aliantów. Przez pół wieku znów
uczestniczyliśmy w rzeczywistości europejskiej jedynie jako treść mitu: byliśmy
Czeczenią epoki pojałtańskiej. Mimo naszej zrozumiałej ówczesnej goryczy –
przyznajmy: to nie było mało. Tamtej Europie byliśmy jako mit, jako
zawstydzający znak zapytania, potrzebni. Toteż szanowano nas, chociaż
wydawaliśmy się bezsilni. A potem „Solidarność” pokazała, że pewną siłę mamy.
Na mapie europejskiej była to swoista powtórka z fenomenu Radzymina. Nie tak
jednoznaczna, ale w swych międzynarodowych skutkach trochę podobna.

Wydarzenia lat 1990-tych i 2000-nych trudno mi jest opisywać
w tej samej konwencji i przy użyciu tych samych pojęć. Dlaczego – czy to
powodowana wiekiem nieostrość spojrzenia, czy jednak może radykalna zmiana
dekoracji, albo i biegu fabuły w 
aktualnej scenie tego samego, ale bardzo urozmaiconego dziejowego
dramatu? Cóż, dekoracje polityczne zupełnie nowe, czasem zaskakujące
pomysłowością, częściej – nieświadomie powtarzające nienajlepsze kształty epok
dawnych. Zainteresowanym polecałbym tu szczególnie spojrzenie na lata 1814-15 i
na konstruowanie ówczesnej „unii europejskiej” pod tytułowym hasłem Świętego
Przymierza, a potem na kolejne etapy jego rozpadu… Zerknięcie w tamte oficjalne
wypowiedzi poszczególnych dworów i rządów, a także w nieznane wtedy kulisy tych
zachowań, to dla współczesnego polityka, ale zwłaszcza dla politologa
–prawdziwy smakołyk… Nihil novi sub Iove?

Ważniejsze od dekoracji są wszakże dramatis personae.
Sprawdźmy, kto z dawnego świata jest, a kogo brakuje, kto wreszcie pojawił się
nowy? Polska i Polacy – są. Nie bardzo przekonywujący, nie bardzo sympatyczni,
nie dość zorientowani w świecie i po staremu naiwni, ale są. Dawni wrogowie i
zaborcy są, w szczególności jest bardzo wyraziste i jak zawsze zbyt pewne
siebie imperium rosyjskie, nawiązujące do dawnej agresywnej wobec sąsiadów
polityki, a zwłaszcza – imperialnej retoryki.

 Czy jednak jest dawny
„Zachód”, czy jest Europa? I tu paradoksalnie stwierdzam zaskakujący brak. O
Unii Europejskiej mówi się ciągle, traktuje się ją jako organizm polityczny
wagi niezwykłej. Ale Europy w dawnym sensie, jako podmiotu czy choćby serii
podmiotów różnych, ale sobie bliskich kulturowo – nie widzę. Czyżby więc nowa
dekoracja nie kryła za sobą istotnej treści?

Tu przerywam, za parę dni postaram się do tego tematu
wrócić.

Pierwszy Maj. To dla mnie
wielkie, bardzo emocjonalnie przeżywane święto. Ze świąt świeckich bodaj
najbardziej „moje”, konkurować z nim mogłyby 
patriotyczne Trzeci Maj i Jedenasty Listopad, oba wydają mi się jednak
tak  bezdyskusyjne, że skłaniają raczej
do celebracji, niż do zadumy.

 Dramatyzm Pierwszego Maja łączy się dla mnie z
losem jego tradycji, od początku dwuwartościowej – socjalnej i niepodległościowej,
a potem uparcie zakłamywanej i ukradzionej 
walczącym o sprawiedliwą Polskę socjalistom i piłsudczykom przez
służących sowieckiej Rosji komunistów. Pamiętam, jak tłumaczył to mi –
dziesięciolatkowi – w 1949 roku mój Tata, dawny uczestnik rewolucji 1905.
Często w domu nucił „Krew naszą długo leją katy…”, ale właśnie dlatego na mój,
obowiązkowy dla uczniów warszawskiej szkoły podstawowej, udział w oficjalnym
pochodzie pierwszomajowym zdecydowanie się nie godził. „Ci, co wtedy walczyli o
sprawę robotniczą, na taki nieprawdziwy pochód nigdy by nie poszli!” Chyba
wtedy zrozumiałem, o co Tacie chodzi – i tak mi już zostało. Tak, jak i On,
całe życie pozostałem bezpartyjny, ale obracając się – jako przeciwnik
komunizmu – przez dziesiątki lat wśród ludzi skłonnych do postaw i do retoryki
prawicowej, zawsze czułem się i czuję inny, odmiennie od nich postrzegam Polskę
i świat.

 Na częste dziś drwiny z całej tradycji
polskiego socjalizmu – i właśnie z naszego Pierwszego Maja  - reaguję alergicznie. Pół biedy, gdy spotykam
je w mediach – bezradnym świadkiem prasowego kłamstwa i chamstwa byłem od
dziecka. To normalne. Gorzej, gdy ten sam ton wychwytuję w prywatnych
wypowiedziach ludzi skądinąd kulturalnych i godnych szacunku. Wtedy poczucie
duchowej obcości boli. Najsmutniej, kiedy pogłosy takiej drwiny wobec
autentycznych cudzych wartości słyszę w polskich kręgach kościelnych – a zdarza
się to niestety jeszcze często.

 Cóż, trudno oczekiwać, by polski ksiądz, czy
polski biskup, wiedział wiele o prawdziwych dziejach i dokonaniach polskiej lewicy,
często w swych akcjach bliższej cnotom ewangelicznym, niż się to z daleka
wydaje. Ale można od niego wymagać, by nie śmiał się z ludzkiego bólu, wysiłku,
ofiary i solidarności z prześladowanymi – tylko dlatego, że działo się to z
dala od często obojętnej na ludzką biedę zakrystii. 

 Sprawa jest ważna przede wszystkim moralnie,
ale także i społecznie. Powracający do Polski kapitalizm w oczywisty sposób
przywraca wagę kwestii wyzysku człowieka przez człowieka. Przez człowieka, a
nie tylko przez brzydki ustrój, do czego przyzwyczajały nas minione lata.
Powiedzmy jeszcze wyraźniej, dobitniej: narasta w Polsce zjawisko WYZYSKU
BLIŹNIEGO PRZEZ BLIŹNIEGO – i walka z nim staje się na nowo ważna, a niedługo
okaże się pierwszoplanowa. Oczywiście tylko dla Kościoła moralnie wrażliwego –
bo historia nas uczy, że czasem bywa inny. O tym wszystkim chciałem pomyśleć
właśnie dzisiejszego Pierwszego Maja.    


  • RSS