Pierwszy Maj. To dla mnie
wielkie, bardzo emocjonalnie przeżywane święto. Ze świąt świeckich bodaj
najbardziej „moje”, konkurować z nim mogłyby 
patriotyczne Trzeci Maj i Jedenasty Listopad, oba wydają mi się jednak
tak  bezdyskusyjne, że skłaniają raczej
do celebracji, niż do zadumy.

 Dramatyzm Pierwszego Maja łączy się dla mnie z
losem jego tradycji, od początku dwuwartościowej – socjalnej i niepodległościowej,
a potem uparcie zakłamywanej i ukradzionej 
walczącym o sprawiedliwą Polskę socjalistom i piłsudczykom przez
służących sowieckiej Rosji komunistów. Pamiętam, jak tłumaczył to mi –
dziesięciolatkowi – w 1949 roku mój Tata, dawny uczestnik rewolucji 1905.
Często w domu nucił „Krew naszą długo leją katy…”, ale właśnie dlatego na mój,
obowiązkowy dla uczniów warszawskiej szkoły podstawowej, udział w oficjalnym
pochodzie pierwszomajowym zdecydowanie się nie godził. „Ci, co wtedy walczyli o
sprawę robotniczą, na taki nieprawdziwy pochód nigdy by nie poszli!” Chyba
wtedy zrozumiałem, o co Tacie chodzi – i tak mi już zostało. Tak, jak i On,
całe życie pozostałem bezpartyjny, ale obracając się – jako przeciwnik
komunizmu – przez dziesiątki lat wśród ludzi skłonnych do postaw i do retoryki
prawicowej, zawsze czułem się i czuję inny, odmiennie od nich postrzegam Polskę
i świat.

 Na częste dziś drwiny z całej tradycji
polskiego socjalizmu – i właśnie z naszego Pierwszego Maja  - reaguję alergicznie. Pół biedy, gdy spotykam
je w mediach – bezradnym świadkiem prasowego kłamstwa i chamstwa byłem od
dziecka. To normalne. Gorzej, gdy ten sam ton wychwytuję w prywatnych
wypowiedziach ludzi skądinąd kulturalnych i godnych szacunku. Wtedy poczucie
duchowej obcości boli. Najsmutniej, kiedy pogłosy takiej drwiny wobec
autentycznych cudzych wartości słyszę w polskich kręgach kościelnych – a zdarza
się to niestety jeszcze często.

 Cóż, trudno oczekiwać, by polski ksiądz, czy
polski biskup, wiedział wiele o prawdziwych dziejach i dokonaniach polskiej lewicy,
często w swych akcjach bliższej cnotom ewangelicznym, niż się to z daleka
wydaje. Ale można od niego wymagać, by nie śmiał się z ludzkiego bólu, wysiłku,
ofiary i solidarności z prześladowanymi – tylko dlatego, że działo się to z
dala od często obojętnej na ludzką biedę zakrystii. 

 Sprawa jest ważna przede wszystkim moralnie,
ale także i społecznie. Powracający do Polski kapitalizm w oczywisty sposób
przywraca wagę kwestii wyzysku człowieka przez człowieka. Przez człowieka, a
nie tylko przez brzydki ustrój, do czego przyzwyczajały nas minione lata.
Powiedzmy jeszcze wyraźniej, dobitniej: narasta w Polsce zjawisko WYZYSKU
BLIŹNIEGO PRZEZ BLIŹNIEGO – i walka z nim staje się na nowo ważna, a niedługo
okaże się pierwszoplanowa. Oczywiście tylko dla Kościoła moralnie wrażliwego –
bo historia nas uczy, że czasem bywa inny. O tym wszystkim chciałem pomyśleć
właśnie dzisiejszego Pierwszego Maja.