Cechująca mnie od wczesnej młodości skłonność do
amatorskiego filozofowania i przyglądania się filozofiom cudzym (niestety tylko
przyglądania, bez porządnego studium znaczących tekstów), skłania mnie do
ponawianego co czas jakiś namysłu nad ludzkim poczuciem tożsamości –
indywidualnej i zbiorowej. Kim jestem ja? O kim – i dlaczego – o pewnych
ludziach chcę mówić: my, o innych: oni, a co do jeszcze innych waham się, do
jakiej kategorii ich zaliczyć?

 Moja – i twoja, i
każdego innego człowieka -  ludzka
tożsamość  kształtuje się w zderzeniu
dwóch trudnych do zaprzeczenia faktów. Jestem bytem indywidualnym, w mej
kombinacji i proporcji cech osobniczych i w mojej drodze życiowej na pewno
niepowtarzalnym, więc odrębnym – innym od was wszystkich. Ale równocześnie
uczestniczę w życiu wspólnym, należę i pragnę należeć do jakiegoś „my”. Moja
tożsamość zakłada więc i odrębność i przynależność. Pragnę realizacji obu tych
cech, choć czasem poświęcam jedną z nich dla uwydatnienia drugiej.

W kontekście tych pytań pierwszych, w jakimś sensie
filozoficznych, pojawia mi się kwestia tożsamości polskiej – mojej, twojej,
naszej. Poczuć ją, przeżyć, cieszyć się nią – jest mi łatwo, ale zrozumieć,
nazwać, opisać jej treść – bardzo trudno. Łatwo przy tym opowiadać o niej w
odniesieniu do Kochanowskiego, Kościuszki, Słowackiego czy Traugutta. Myśląc o
nich, można szkicować sobie pewien model Polaka – oczywiście nie takiego, jakim
realnie był, ale takiego, jako chciał stawiać sobie za wzorzec, za ideał
polskości. W tym ideale odbijała się wyobrażona i upragniona odrębność.

Można także przypatrywać się przynależności tego Polaka do
jakichś ówczesnych wspólnot szerszych – geograficznie, ideowo, kulturowo,
politycznie. Wiemy o  historycznym
dramatyzmie tych różnych modeli przynależności: wkraczaliśmy do Europy
chrześcijańskiej, byliśmy w niej pomostem ku Wschodowi, byliśmy przedmurzem
broniącym jej przed nie-Europą, uczyliśmy się w niej Zachodu – jego osiągnięć i
jego mitów, korzystaliśmy z niej i ją współtworzyliśmy naszą pracą i kulturą.
Europa mocarstw skreśliła nas potem ze swej mapy, pozostawiając jednak żywy
polski mit: niech trwa, bo jest piękny i przejmujący. Nieobecni politycznie,
byliśmy na kontynencie wciąż ważni duchowo. To w pewien szczególny sposób
określało i naszą odrębność, i przynależność. W 1918 roku powróciliśmy do
obecności politycznej, a w dwa lata później Radzymin okazał się skutecznym
bastionem obronnym Europy.

 Dalsze dzieje
polskiego dwudziestego wieku – przy całym swym skomplikowaniu – dadzą się
opisywać wciąż tym samym językiem pojęciowym: otwarcia na zawsze imponujący
Zachód, pragnienia uczestnictwa, specyficznego „patriotyzmu Zachodu”, a
równocześnie polskiej nierównej walki i ofiar, zbrodni neo-zaborców i zaskakującej
nas każdorazowo politycznej obojętności aliantów. Przez pół wieku znów
uczestniczyliśmy w rzeczywistości europejskiej jedynie jako treść mitu: byliśmy
Czeczenią epoki pojałtańskiej. Mimo naszej zrozumiałej ówczesnej goryczy –
przyznajmy: to nie było mało. Tamtej Europie byliśmy jako mit, jako
zawstydzający znak zapytania, potrzebni. Toteż szanowano nas, chociaż
wydawaliśmy się bezsilni. A potem „Solidarność” pokazała, że pewną siłę mamy.
Na mapie europejskiej była to swoista powtórka z fenomenu Radzymina. Nie tak
jednoznaczna, ale w swych międzynarodowych skutkach trochę podobna.

Wydarzenia lat 1990-tych i 2000-nych trudno mi jest opisywać
w tej samej konwencji i przy użyciu tych samych pojęć. Dlaczego – czy to
powodowana wiekiem nieostrość spojrzenia, czy jednak może radykalna zmiana
dekoracji, albo i biegu fabuły w 
aktualnej scenie tego samego, ale bardzo urozmaiconego dziejowego
dramatu? Cóż, dekoracje polityczne zupełnie nowe, czasem zaskakujące
pomysłowością, częściej – nieświadomie powtarzające nienajlepsze kształty epok
dawnych. Zainteresowanym polecałbym tu szczególnie spojrzenie na lata 1814-15 i
na konstruowanie ówczesnej „unii europejskiej” pod tytułowym hasłem Świętego
Przymierza, a potem na kolejne etapy jego rozpadu… Zerknięcie w tamte oficjalne
wypowiedzi poszczególnych dworów i rządów, a także w nieznane wtedy kulisy tych
zachowań, to dla współczesnego polityka, ale zwłaszcza dla politologa
–prawdziwy smakołyk… Nihil novi sub Iove?

Ważniejsze od dekoracji są wszakże dramatis personae.
Sprawdźmy, kto z dawnego świata jest, a kogo brakuje, kto wreszcie pojawił się
nowy? Polska i Polacy – są. Nie bardzo przekonywujący, nie bardzo sympatyczni,
nie dość zorientowani w świecie i po staremu naiwni, ale są. Dawni wrogowie i
zaborcy są, w szczególności jest bardzo wyraziste i jak zawsze zbyt pewne
siebie imperium rosyjskie, nawiązujące do dawnej agresywnej wobec sąsiadów
polityki, a zwłaszcza – imperialnej retoryki.

 Czy jednak jest dawny
„Zachód”, czy jest Europa? I tu paradoksalnie stwierdzam zaskakujący brak. O
Unii Europejskiej mówi się ciągle, traktuje się ją jako organizm polityczny
wagi niezwykłej. Ale Europy w dawnym sensie, jako podmiotu czy choćby serii
podmiotów różnych, ale sobie bliskich kulturowo – nie widzę. Czyżby więc nowa
dekoracja nie kryła za sobą istotnej treści?

Tu przerywam, za parę dni postaram się do tego tematu
wrócić.