cywinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2012

7 czerwca 2012. Lektura książki Jarosława Szlaszyńskiego „Przerośl” nasunęła mi refleksję historyczną na temat sytuacji politycznej na wsi polskiej w 1945 roku. Na ogół przyjmujemy tezę, że po wejście Armii Czerwonej wieś, przynajmniej w Polsce wschodniej, podzieliła się od razu na dwa obozy ideologiczne: zwolennicy komunizmu i sympatycy podziemia. Nie było to takie proste. W Przerośli część ludności przycupnęła biernie, zaś skłonna do aktywizmu mniejszość z AKowcami na czele na początku weszła do milicji i organizowała nowy ład w dobrej wierze i w duchu PSLowskim. Dopiero stopniowo okazywało się, że to nie ta droga, nie ta firma i AKowcy zaczęli być wyrzucani z lokalnej władzy, albo sami się od niej usuwali, przesuwając się w stronę PSLowskiej opozycji albo WINowskiego podziemia. Podejrzewam, że tak musiało być i gdzie indziej, ale tego nie widać z miasta, gdzie zwraca się uwagę na dzieje raczej firm politycznych, niż na realne przemiany świadomości społecznej. Reforma rolna, zanim stała się hasłem komuchów, była oczywiście programową treścią chłopów z PSL, którzy przecież nie wiedzieli od razu, w jakim kierunku pójdzie powojenna Polska. W 1946 roku, a w jakiejś mierze jeszcze i później, bardziej od ogólnopolskich „miastowych” haseł liczyły się stosunki lokalne, a więc personalia aktywistów, sytuacja AKowców, swoboda lokalnego Kościoła, swoboda samoorganizacji mieszkańców i miejscowa atmosfera swokół reformy rolnej – a ta ostatnia była, jak się zdaje, też bardzo różna, także zależna od personaliów. W sumie – okazuje się tu waga poznawcza historii lokalnej. To także przyczynek do dziejów polskiej mentalności politycznej i tło do pytania o czas i warunki odrzucenia sowietyzmu przez polską wieś.

 Kontynuuję rozważania
poprzednie.

Dlaczego o Europie współczesnej mówię z takim przekąsem? Czy
znam ją dostatecznie? Pewnie nie, choć na Zachodzie w sumie przemieszkałem
ponad dziesięć lat, byłem w zdecydowanej większości europejskich państw, a
przez dłuższy czas – od roku do sześciu lat – pracowałem i uczestniczyłem w
życiu kulturalnym w trzech krajach: Szwajcarii, Francji i Włoszech. Nie były to
lata ostatnie, lecz przede wszystkim dramatyczna dekada lat osiemdziesiątych,
czas trudnej konfrontacji politycznej. 
Dawny, w Polsce zrodzony mit wzniosłego Zachodu rozsypywał się w moim
przypadku właśnie tam – nad Sekwaną, Tybrem, Rodanem i Renem. W ostatnim
20-leciu jeździłem na Zachód tylko na krótko, ale za to dostęp do informacji o
tym, co się tam dzieje, o czym się tam mówi i o co się kłóci, mam lepszy, niż
za komuny. Te informacje wskazują, że spostrzegana już wtedy anemia myślowa i
ideowa tamtejszej Europy z czasem pogłębia się, a mnożenie instytucjonalnych
struktur, promujących wyobrażoną wspólną tożsamość europejską, nie przynosi
rezultatów w mentalności zbiorowej całego kontynentu. Cóż, ogrzania wielkiej
przestrzeni nie zapewni sama instalacja najnowocześniejszej nawet sieci
kaloryferów. Konieczne jest  rozpalenie
ognia, od którego ciepło poniesie się nią dalej. 

Otóż  ognia nie widać.
Czasem w różnych miejscach pobłyskują pojedyncze iskierki, nie stają się jednak
– jak dotąd – zarzewiem czegokolwiek większego czy trwalszego. Kultura
europejska, w której wyrośliśmy, przeżywa, jak sądzę, głęboki kryzys swej
tożsamości. Cóż, historyk powinien patrzeć na takie zjawiska ze spokojnym
dystansem: dzieje cywilizacji uczą go przecież, że kolejne kryzysy kultur
zawsze oznaczają koniec czegoś, co już wyczerpało swój dynamizm – i początek
czegoś nowego, co dopiero rodzi się i jutro zacznie dynamicznie rosnąć.

Do moich ulubionych lektur ilustrujących takie bolesne
przełomy od dawna należy nie dość znana, a jakże cenna powieść Pani Hani –
Hanny Malewskiej –  „Przemija postać
świata” . To obraz usychania kultury antycznego Rzymu i całej kultury
śródziemnomorskiej, smutny i przejmujący, ale równocześnie wskazujący na bóle
porodowe nowej, nieznanej i groźnej, ale już fascynującej siłą, barbarzyńskiej
Europy. Świat staje się inny, a równocześnie ciągle jest ten sam – przemija
jego postać, choć pozostaje to samo ukryte, nigdy do końca nie nazwane wnętrze.
Ta wizja wielkiej pisarki jest mi pomocą w chwilach rozgoryczenia, a zarazem -
drogowskazem. Książka Malewskiej powstawała gdzieś przed 65 laty, w bardzo
czarnej nocy Polaków i uczyła optymizmu mimo wszystko, a od ludzi myślących
domagała się odważnej, wytężonej i mądrej pracy – stale z myślą o odległej
przyszłości następnych pokoleń. Hej, Pani Hania – cóż to był za wspaniały
człowiek… Bóg pozwolił mi spotkać się w młodości z wielu ludźmi nadzwyczajnymi,
którzy stali się wybitnymi autorytetami intelektualnymi i duchowymi dla mojego
i następnych pokoleń. Teraz, po latach, wspominam te spotkania z dużą
wdzięcznością wobec tych Mistrzów. Z biegiem czasu sylwetki jednych bledną,
drugich stają się coraz bardziej wyraziste. Hanna Malewska ciągle „rośnie” w
mojej pamięci, co raz lepiej uświadamiam sobie, ile zawdzięczam właśnie Jej –
tym niezapomnianym rozmowom, obracającym się niby wokół spraw zwykłych,
codziennych, redakcyjno-prywatnych, ale stale otwartym na pytania najważniejsze
i na zadania, o których zapominać nie wolno. Nasze „tu i teraz” jawiło się w
tych rozmowach jako maleńki  ułamek
wspólnej ludzkiej historii…


  • RSS