cywinski blog

Twój nowy blog

Odnoszę wrażenie, że ważny, ale jeszcze nie odkryty i nie nazwany prawidłowo moment, który pozwoli określić strukturę kultury europejskiej, kryje się w opozycji miejskości i wiejskości. Ta opozycja ma charakter socjologiczny, ale sięga psychologii, filozofii kilku innych dziedzin nauk o człowieku. Jej wyświetlenie mogłoby ujawnić zupełnie nowy obraz kultury i współzależności jej zjawisk. Wbrew pozorom, miałoby to sens polityczny i mogłoby dać do myślenia także facetom z Parlamentu Europejskiego.

Głoszenie takich zasad jako elementu tożsamości europejskiej otwiera polską politykę na problemy małych państw i narodów Europy Środkowo-Wschodniej, tych wchodzących do Unii i tych, które na razie pozostaną poza nią. Promocja tych państw jest dla Polski oczywiście korzystna, powinniśmy więc stać się ich aktywnym adwokatem – i to nawet nie oczekując od nich żadnego natychmiastowego rewanżu. W tej płaszczyźnie wyjątkowo ważnym byłoby dokonanie jakiegoś gestu w kierunku Ukrainy, Mołdawii, Rumunii i Słowacji – razem z Węgrami, a gdyby to się okazało niemożliwe, to nawet i bez nich. Mogłoby to stworzyć nową jakość w tym miejscu Europy. Początek takiej akcji powinien mieć postać pomysłu kulturalnego, a może raczej kulturalno-religijno-agrarystycznego, ożywiającego myśl ekumeniczną i odwołującego się do tradycji kultury chłopskiej i ziemiańskiej wokół Karpat. Prezentacja takiej idei w sporym tekście publicystycznym, odwołującym się do historii, socjologii i literatury, ale wysuwającym także ideę polityczną na przyszłość, jest wyraźnym zadaniem dla mnie samego, niezależnie od wyniku starań o miejsce w Parlamencie Europejskim. To umiałbym zrobić prawie na pewno.
Analogiczny gest w kierunku Bałtów wydaje się psychospołecznie trudniejszy. Litwini są wobec Polaków ogromnie podejrzliwi i wolą trzymać się od nas z daleka, Białorusini wydają się senni i na tym etapie nie mogą być wartościowym partnerem. Czy jest ktoś zainteresowany środkowo-europejskim dialogiem kulturowo-politycznym na Łotwie – nie wiem. To zresztą trzeba sprawdzić przy najbliższej okazji.
Wejście do Parlamentu Europejskiego pozwoliłoby mi nadać tym akcjom większy rozgłos, ułatwiłoby kontakty z ludźmi z innych krajów, może pozwoliłoby zdobyć pieniądze na jakieś działania, przekraczające pisanie artykułów i wygłaszanie odczytów, niemniej nie jest niezbędnym warunkiem dla podjęcia takiej aktywności.

Rosja jest mi znana znacznie lepiej niż Niemcy. Inaczej: jest mi mniej nieznana. Historycznie, kulturowo, obyczajowo, a nawet politycznie. To niebezpieczeństwo widzę więc wyraziściej. Sądzę, że w tym wypadku mamy do czynienia z konfliktem racji stanu naprawdę nieusuwalnym. Jeśli Niemcom stosunkowo silna, choć od nich słabsza, Polska może być przy pewnych założeniach przydatna, jako swoiste zaplecze polityczne i gospodarcze, o tyle Rosji na drodze do Europy Polska jako państwo słowiańskie, a zachodnie, będzie zawsze przeszkadzać. Przykład politycznej tożsamości Polaków na zasadzie kontrastu silnie wyostrza azjatyckie i imperialne cechy Rosji w oczach Europejczyków. Przeciwieństwa kulturowe i mentalne między Polakami i Rosjanami wykluczają polityczną wspólnotę, a połknąć Polski rosyjskie imperium mimo wszystko nie potrafi. W interesie Rosji jest nieistnienie Polski, a co najmniej jej słabość kompromitująca ją w oczach zachodu. W tej sytuacji nie widzę szansy na radykalną likwidację tego konfliktu, póki Rosja będzie Rosją, a Polska – Polską. Rosja wierzy, że z Polską zdoła się uporać, jeśli zapewni sobie w tym względzie akceptację zachodu. Wiedeń 1815 i Jałta 1944 były udanymi przykładami takich rozwiązań. Dziś jeszcze nie czas na powtórzenie tego manewru, bo zbyt świeża jest klęska sowietyzmu, w której Polska odegrała spektakularną rolę, ale próby powrotu do tej koncepcji mogą, a nawet niemal powinny, się jeszcze powtarzać.

W tej sytuacji w interesie Polski leży po pierwsze manifestowanie swej przynależności kulturowej i politycznej do zachodu, a odrębności od Rosji. W pojęciu kultury europejskiej powinniśmy zatem akcentować jej cechy szczególne, nie poddające się rynkowej niwelacji, a więc szczególnie tradycję Rzymu i średniowiecznej christianitas, jako wzorca unii europejskiej, zaś w polityce – zasadę samostanowienia narodów wbrew rachunkowi interesów imperialnych.

Unia Europejska pragnie być traktowana jako rzeczywisty, samodzielny i integralny podmiot polityczny, czy nawet historyczny. Sądzę, że jej tożsamość, jak dotąd, wyczerpuje się w byciu aktualną formą pokojowego współistnienia prawdziwych podmiotów, jakimi są realnie istniejące państwa, wchodzące w jej skład. I tak pozostanie jeszcze przez jakiś czas. Stąd jestem przekonany, że uczestnictwo w Unii Europejskiej powinniśmy traktować jako nową historyczną formę prowadzenia polityki polskiej, to jest odwołującej się do polskiej, a nie jakiejkolwiek innej, szerzej pojmowanej, racji stanu. Póki co, naszą grupą politycznego odniesienia musi pozostawać Polska, nie Europa. Niezależnie od naszego wejścia do Unii, nie zmieniona pozostaje nasza sytuacja geopolityczna: jak dawniej tkwimy – wraz z Litwą, Białorusią i Ukrainą – między dwoma niebezpiecznymi mocarstwami: Niemcami i Rosją.

Mówienie o niebezpieczeństwie niemieckim jest w tej chwili skrajnie niepoprawne polityczne, ale właśnie dlatego chcę się nad tym zastanowić. W toku pracy studialnej wpadła mi do rąk ważna, a dotąd nieznana, książka sprzed 67 lat: „Bismarck a Polska” Józefa Feldmana. Autor broni tezy o rzeczywistym i trwałym, a w jakimś sensie nawet nieuniknionym, konflikcie dwóch racji stanu – polskiej i pruskiej. Za słabo znam kolejne etapy historii tego konfliktu, żeby mieć na ten temat zdanie kategoryczne, ale nawet jeśli Feldman rzecz przerysowuje, to ma za sobą argumenty bardzo mocne. W tej sytuacji należy co najmniej postawić z dzisiejszej perspektywy kilka pytań. Oto one: – co znaczy dziś dziejowa tradycja siedmiu stuleci państwa krzyżackiego, a potem pruskiego? – czy możliwa jest tożsamość historyczna Niemiec bez odwoływania się do tej tradycji i dlaczego niby mieliby Niemcy z tej tradycji rezygnować? – jak długo i jak kategorycznie państwo niemieckie będzie godzić się z dokonanym 60 lat temu radykalnym przesunięciem swych granic o kilkaset kilometrów na zachód? – jak postrzegana jest obecnie z niemieckiej perspektywy Polska, a jak Rosja? – zakładając, że Niemcom potrzebny jest mocny partner na wschodzie, czy Polska może do takiej roli pretendować, czy też partnerem tym stanie się dla Niemców Rosja?

Czy dla Niemców jest przekonywujący argument swoistej niezniszczalności Polski, zbyt dużej, by ją wchłonąć, a odpornej na rozbiory niemiecko-rosyjskie? W tym kontekście warto byłoby wiedzieć coś więcej o dawnej, niesympatycznej, niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, bo to się z powyższymi pytaniami wyraźnie zazębia. Znajomość współczesnej niemieckiej myśli politycznej jest mi tu koniecznie potrzebna, bo bez tego nie sposób wyważyć proporcji zagrożeń polskiej racji stanu na najbliższe pół wieku. Warto zauważyć, że właśnie myśl niemiecka jest dla nas najważniejsza, bo Francuzi, Anglicy, Amerykanie, zawsze sprawę polską będą traktować jako wtórny element rachunku sił na kontynencie, natomiast tylko dla Niemców jesteśmy problemem bezpośrednio dotkliwym i przez to ważnym. Gdyby okazało się, że polskość i Polska są przez Niemców traktowane jako siły liczące się jako międzynarodowi partnerzy długofalowej współłpracy, należałoby z takiej oferty skorzystać. Nie można sobie jednak tu pozwolić na żadne chciejstwo, które miałoby zastąpić poważną analizę kierunków rozwojowych polityki niemieckiej. Nie wolno też wierzyć w żadne propagandowe czy dyplomatyczne gesty: zdrowa, nieufna ostrożność z jednej strony, a polityka inicjatywna, nie zaś reaktywna – z drugiej, byłyby tu wyjściem najwłaściwszym.

Co ja wiem o Parlamencie Europejskim – poza jego oficjalnymi funkcjami w strukturach UE? Znam mniej więcej nastrój jego kuluarów sprzed lat blisko dwudziestu. Wtedy budziły moją sympatię, bo odbyłem tam kilkanaście mniej lub bardziej powierzchownych rozmów o Polsce, Europie, „Solidarności” i tak dalej. W niektórych może udało mi się moim rozmówcom przekazać coś z tego, co uważałem wtedy za najważniejsze. Wtedy także uznałem, że nawet niezależnie od swych funkcji formalnych forum to jest dla Europy ważne: tu pojawiają się bowiem w życiu politycznym idee jeszcze nie osiodłane przez interes materialny lub aparat którejkolwiek władzy: jest to bazar, gdzie można sprzedać lub kupić myśl, którą jutro ktoś zaprzęgnie do takiego czy innego rydwanu. Cóż, rydwanu ani nawet podwody nie mam, zaprzęganie mnie nie interesuje, ale prezentacja i kojarzenie idei – nawet bardzo.
Chcę tam być i swoje trzy grosze wtrącać co najmniej do paru dysput: do kwestii praw człowieka oglądanych przez pryzmaty różnych kultur, do europejskiej polityki wobec Rosji, wobec islamu, wobec Latynosów, do szczególnej kwestii Europy Środkowo-Wschodniej i jej pilnego włączenia w obręb Unii. Z moich dotychczasowych wystąpień w różnych gremiach intelektualnych na zachodzie wyniosłem wrażenia raczej dobre, budziły one na ogół zainteresowanie, chyba dlatego, że traktuję je zwykle serio i przygotowuję z naiwną starannością. Gdyby stać mnie było na – powiedzmy – cztery dobrze przygotowane wystąpienia rocznie, obojętnie, czy na forum parlamentu, czy w komisjach, czy w znaczących środowiskach „około-parlamentarnych”, to cała moja obecność tam okaże się sensowna, a może w jakimś procencie nawet owocna.

Osobnym zagadnieniem, które powinno stanowić punkt pierwszy, ale jest tak trudne do mądrego rozegrania, że nie należy się z nim ani śpieszyć, ani – tym bardziej – o nim deklamować, jest troska o polityczny bieg sprawy polskiej w Europie. Nie widzę, szczerze mówiąc, ludzi, którzy mają jakikolwiek dalekosiężny, to jest obliczony na jakie dwa pokolenia, plan czy projekt ideowy w tej dziedzinie. Lat temu czterdzieści było pod tym względem lepiej: plan był bardzo konkretny. Cóż, zrealizowaliśmy go szybciej, niż można było przewidywać i rzeczywistość bieżąca przegoniła nasze myślenie. Pytania: jaka Polska w jakiej Europie? jaka Europa w jakim świecie? – muszą odnosić się przynajmniej do całej pierwszej połowy nowego stulecia, wymagają więc znacznej dozy wyobraźni, realistycznej, racjonalnie podbudowanej, ale nie skrępowanej sytuacją najbliższych trzech lat. Mało jest polityków, którzy zdolni są zachować zdolność historycznego wizjonerstwa i dawać mu jakiś wyraz. Sądzę jednak, że taka potrzeba jest teraz widoczna i w całej Europie, i – bardziej, niż gdzie indziej – w Polsce.

Kandyduję do Parlamentu Europejskiego. Lista Narodowego Komitetu Wyborczego Wyborców zdobyła wymaganą we wstępnym etapie liczbę podpisów i została zarejestrowana. Dlaczego w to wchodzę, nie będąc przecie politykiem, nie zaliczając się z pewnością do euro-entuzjastów i mając tak wiele zadań, wcześniej podjętych i prac, będących w toku?

Cóż, po pierwsze – nie będąc politykiem w sensie zawodu, czy kariery, interesowałem się zawsze ewolucją sytuacji politycznej w kraju i na świecie i zdarzało mi się angażować politycznie, kiedy okoliczności tego w moim pojęciu wymagały. Taka obecność ludzi o temperamencie społeczników w gremiach politycznych bywa czasem kłopotliwa, ale czasem przydatna – ich opinie komplikują proces podejmowania decyzji, ale też zwracają uwagę na sprawy, które politykom-zawodowcom wydać się mogą mało ważne.
Po drugie – myślę, że Unii trzeba pilnować. Skoro z dwóch wyjść trudnych i kontrowersyjnych wybraliśmy w referendum wejście do tej wspólnoty, to nie po to, żeby się biernie poddawać dominującym w niej nastrojom, ale żeby konfrontować je z tym, co wynika z naszych doświadczeń i naszej racji stanu. Do pełnienia takich ról chyba się z mym umiarkowanym sceptycyzmem nadaję.
Po trzecie wreszcie – przywiązując szczególną wagę do spraw Europy Środkowo-Wschodniej, której w związku z wejściem kilku tutejszych krajów do Unii grozi dziś pewna dezintegracja, sądzę, że obecność w Parlamencie Europejskim głębszej refleksji na ten temat może mieć jakąś historyczną wagę. Może uda mi się do tego przyłożyć.

Wejdę do tego Parlamentu, albo i nie. Formalnie zadecydują o tym wyborcy, którzy mnie nie znają i którym rzecz ta jest w jakiejś mierze obojętna. Osobiście sądzę, że decyzja istotna będzie podjęta raczej przez Sąsiada z Góry, który wie, kto Mu do czego i gdzie może się przydać. Toteż spać mogę spokojnie: zgłaszając swą gotowość, swoje zrobiłem. Dla mnie roboty nie zabraknie i poza Parlamentem. Żeby tylko starczyło czasu, pomyślunku i energii…


  • RSS